Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : spodniczka

Sztuka.

brummblogging

Kupić półtora metra wrzosowego, bawełnianego materiału o zadawalającej szerokości i wyciąć z niego dwie nogawki, to żadna sztuka. Każdy by potrafił, gdyby tylko wystarczająco mocno chciał. Ale wycisnąć z tego samego kawałka jeszcze spódniczkę w rozmiarze 128, dla wyrośniętej prawie sześciolatki, spódniczkę z kieszonkami, zakładkami i na pasku to już nie przelewki! Do tego trzeba być sprytnym jak jakiś Macgyver! Niejednokrotnie trzeba nawet dwukrotnie obrócić szablon, nim się odnajdzie jego optymalne ułożenie na ścinkach. Ho, ho! 

spódniczka

Na kopercie z wykrojem znalazłam swoją własną adnotację nieszyty. Hmmm. Akurat! taki z niego nieszyty, jak ze mnie Beyonce.  Nikt się na to nie nabierze. Widać na pierwszy rzut oka w brummBLOGa, że szyty przynajmniej dwa razy. Tym lepiej.

Przód musiałam skroić ze szwem pośrodku. Żeby ten niegodny czyn uzasadnić, odszyłam tam niewielkie, ładne pęknięcie. Czy pęknięcie to należyte uzasadnienie? jeśli nie bardzo to proszę, dokładam jeszcze dekoracyjne, podwójne stębnowanie tłustą nicią!

Całość powiększyłam i wzdłużyłam, o ile tylko mogłam. Niezbyt wiele. Troszeczkę, gdyż okazuje się, że rozmiar 128 słabo już konweniuje z gabarytem prawie sześciolatki. A szkoda, bo prawie nieszyty. Hłe hłe hłe!

spódniczka dżinsowa

Kremowe dodatki - lamówka, gruba nić i guziki - brum...brum...brum... kieszenie, przody, rozporek, tyły, kieszenie, szlufki, pasek, gumka, doły i gotowe! to dopiero sztuka jedna! wrzosowo - kremowa.

spoódniczka

Część stębnowań wykonałam ściegiem potrójnym, później żałowałam, że nie wszystkie, a potem przestałam nad tym ubolewać, bo ta część jest akurat akurat. Szlufki są podszyte do dołu (nikt mi pewnie nie uwierzy, ale zrobiłam to naumyślnie ) można przez nie luźno przeciągnąć jakiś ozdobny, koralikowy, sznurkowy pasek... czy coś takiego. Serio, zrobiłam to celowo!

spódniczka

Będziemy się z Małą nosić wiosną wrzosowo, spodniowo i spódniczkowo. O rety, ale szał! będziemy jak bliźniaczki. Obszyte obie półtorametrowym kawałkiem dżinsu bawełnianego szerokości zadawalającej. Oj! będzie siedziało!

Teraz nastąpi nagły i nieoczekiwany zwrot akcji. 

komin

A nie mówiłam? 

Zwrot w stronę komina. Początkowo miał być szal. Miałam kawałeczek sztucznego jedwabiu, 90 x 150 i, że szal wiosenny. Miał być. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że 90 to trochę zbyt wiele, a 150 to dużo za mało jak na szal.  No to eureka! znaczy komin! jednakże, choć 90 może być, to 150 jest wciąż dużo za mało, żeby komin komfortowo zamotać na dwa razy nie utknąwszy przy drugim razie. 

No... to eureka 2! ciachnąć na pół. W rezultacie mam wiosenny komin o wymiarach 45 x 300cm, obrzucony ściegiem rolującym, nicią obojętną, motany po trzykroć, i uroczy aż strach. Komin pasujący do kobaltowego płaszcza, którego mole się nie imają i który wciąż jest na topie, w szafie i na blogu, o tam: płaszcz. Pięknie? 

PS Gramy rodzinnie w Dixit. Gra polega na podawaniu skojarzeń i dopasowywaniu do nich kart obrazkowych. Kris: "Piąty element". Przy stole wywiązuje się krótka wymiana zdań. Śmichy, chichy, itp. Po chwili Iga: "Jakie to było hasło? siódmy kawałek?" 

Kto pierwszy rzuci kamieniem?

brummblogging

No... to może ja? ŁUP!

spodnie

Otoczakiem rzucę. Srebrzystoszarym. ŁUP! BUM! BĘC!

Interesujący i obiecujący, szary dżins kupiłam na allegro. Srebrzyste kamienie były w pakiecie. Tkanina jest niezbyt gruba, lekko rozciąga się w poprzek i zasadniczo wszystko jest z nią w porządku. Oj! że tam trochę była przykurzona od lewej strony, jakby po niej przeszedł mały nosorożec i że miała jedną, małą dziurkę to wspominać nawet nie warto! bo czy się od tego dziurka zaceruje, albo brud się spierze? wątpię... no to po co? 

Wzór podoba mi się szalenie! och! gdybym ci ja miała ze dwadzieścia lat i tyleż kilo mniej... oj! udziergałabym dla siebie... ale czy mi od tego stękania ubędzie? wątpię... więc szyję odjechane spodnie dla dziewczynki. Sięgam do koperty po wykrój, z którego korzystałam tutaj jesienny outfit Igi i który wciąż działa znakomicie. Dodaję porządnie na szwy i jeszcze porządniej na podwinięcia, bo ta mała co dzień mi się powiększa i powiększa!

spodnie

 Szyło się szybko, łatwo i przyjemnie, jak to zwykle bywa, kiedy pracuje się z takim oldskulowym włóknem jak bawełna oraz fasonem, który się już zna i lubi. Rachu ciachu i po strachu. Rozporek jest ściemą i odszyłam go tylko po to, żeby umieścić na pasku ten przefantastyczny guzik! Guzik dziwaczny, srebrny i nigdy, do niczego mi niepasujacy! Za to do otoczaków jest wprost stworzony! Ten guzik.

spodnie

Iga wygląda w spodniach świetnie, choć ona sama twierdzi, że trochę chłopacko

Cisnęłam już kamieniem, to rąbnę jeszcze bombką. W sam środek. ŁUUUP!

spódniczka

Trudno jest, coraz trudniej wycisnąć spodnie i spódniczkę z 1mb. Bo ta mała co dzień mi się powiększa i powiększa, a 1mb wciąż tak samo kusy. Trzeba oszukiwać i kantować, gdzie się tylko da. Ciachać otoczaki wbrew sztuce krawieckiej, aż się wszyscy wielcy krawcy z łoskotem w grobach przewracają. ŁUP! BUM! BĘC!

spódniczka

Z resztą to wcale nie miała być bombka, tylko zwykła spódniczka, identyczna jak ta: zwykła spódniczka Tym razem nie zaszyłam zakładek i przyoszczędziłam tkaniny na kieszeniach, żeby nie zabrakło na pasek. Dopiero pod koniec mnie tknęło, że mogłabym... coś ulepszyć, więc wciągnęłam gumkę w podwinięcie dołu. Bomba! W każdej chwili można ją przeciąć i odzyskać linię litery A, utraconą na rzecz litery B.

spódniczka

Zbliżenie na guziki. Tu udało mi się wykorzystać aż dwa. Zostało mi ich tylko 37. Oj! 

Iga nie jest przekonana do mojego bombowego pomysłu. Skubie gumkę i okręca się przed lustrem niepewnie. "Raczej... raczej nie poszłamby w tym do szkoły..." Podnosi nogi jak bocian. Za to ja jestem wniebowzięta! Otoczakami, swoją wydajnością z 1mb, kompatybilnością dziwacznych guzików, srebrzystością i szarością, spodniami, spódniczką i tym, że na owerloku zastałam szare nici! wszystkie cztery! 

PS Oj! jak mi się dzisiaj ciężko pisało. Mam nadzieję, że Wam będzie się równie ciężko czytało i poczujecie przez chwilę mój ból twórczy, wszechogarniający. I przeszywający na wskroś, o tak: ŁUP... BUM... TRACH! No ja na przykład cierpię, gdy to czytam.

Ekspansja.

brummblogging

Nie wystarcza mi już wsparcie rodziny i rozpoznawalność na dzielni! Nie ustaję w swoim dążeniu do zaszczytów, splendorów, pieniądzów i sławy... pragnę zdobyć rozgłos na mieście! odbić się szerokim echem; zintegrować się z trójmiejskim środowiskiem blogerów; bywać na galach, ogrzewać się w blasku fleszy i błyszczeć na iwentach. Pierwszy, najtrudniejszy krok już za mną, zgłosiłam brummBLOGa do konkursu. 

W nagrodę dają... hmmm... statuetkę. Wiem, wiem... cienko... na dodatek nie mam kominka i nie bardzo wiem, gdzie mogłabym ją godnie wyeksponować :O Nagrodą dodatkową jest wręczenie jej (tej nieustawnej statuetki) na uroczystej gali :O jesoo! kolana mi drżą na samą myśl o uroczystej, a serce mi łomocze na wieść o gali.

W "Burdzie" listopadowej, jak znalazł, zamieszczono kwiat jednej nocy i kilka innych sukienek w klimacie galowym (o! kolano mi zadrżało) odpowiednich na wieczorne wyjścia. Tylko mi teraz trzeba tej gali... już mniejsza o statuetkę, bo bez kominka to i tak trochę bez sensu...

Droga do mojej ekspansji jest wyboista... wiedzie tędy:

tekst alternatywny

...i usłana jest Waszymi kliknięciami.

Uff! Łatwo nie było! mam już za sobą krętą ścieżkę aplikacji, kandydacji i nominacji; jedną kwalifikację, dwa maile potwierdzające i zaproszenie do Instytutu Kultury Miejskiej* na spotkanie nominowanych blogerów :O 

* Mamo, jakie to szczęście, że jednak się powstrzymuję od bluzgania na brummBLOGu, mogliby mnie nie wpuścić do tego Instytutu Kultury!

Już. Można klikać!

Z innych, mniej ważnych wiadomości to uszyłam spódniczkę dla Igi. Z resztki tkaniny, która została po skrojeniu spodni. Akuratnej resztki. 

Bardzo chciałam uszyć bombkę, z tegorocznej, sierpniowej "Burdy", która ogromnie mi się podoba na fotach żurnalowych... jednak zwyciężył mój zmysł praktyczny i zdrowy rozsądek. W tym wykroju jest mniej zakładek, dużo szerszy dół i pasek, który można dopasować gumką; jest to model nr 144 z "Burdy" 8/2011.

Zakładki w przodach przestębnowałam, żeby nie rozkładały się od samej talii. Na pliskach kieszeni nabiłam ćwieki. Pasek modelowy zastąpiłam zwykłym prostym paskiem i umieściłam w nim gumkę; dzięki tym zabiegom obeszło się bez rozporka i wszywania suwaka :D

To prosty do uszycia, klasyczny i bardzo wdzięczny model. 

Taki spódniczkowy evergeen... nie to, co ta znakomita, ekstrawagancka bombka...

Ych!

 Jakby co, to wciąż można kliknąć

Gala, gala, trala lala! ;D

PS Z życia przedszkolaka. Iga: "Przyszła dziś do nas pani od jezusmniekocha..."  ; Ja: Pani od religii? ; Iga: "No, przecież mówię!"  :D

Klątwa.

brummblogging

 Przy okazji produkowania spodni, spodenek, bermudów i szortów wakacyjnych wszelkiego autoramentu, niejaka Cytrynna rzuciła na mnie, w komentarzu, klątwę spodenkową. Tak sobie mimochodem, półgębkiem rzuciła, ale mnie zmroziła do głębi... i przeszyła na wskroś. 

"Portek zawsze zabraknie" *

*tutaj rozlegają się dźwięki grozy:  tłukące się naczynia, przeciągłe wycie wilkołaka, odgłosy przyklejania się fiseliny do żelazka, chrzęszczenie styropianem i skrzypienie paznokciem po tablicy. Uhuuuuuu!

Nigdy! pomyślałam sobie, nigdy, przenigdy mi NIE ZABRAKNIE! Choćbym miała uszyć jeszcze jedną... co tam! JESZCZE DWIE pary spodenek! na kilka dni przed wyjazdem, potykając się o torby i walizki, plątając się w bezładnie rozrzuconych ciuchach i tonąc w niezliczonych, dmuchanych zabawkach basenowych. NIGDY! UHUUUUU!!!*

* dźwięki jak powyżej, plus jedno nad wyraz szpetne przekleństwo krawcowej. Uhuuu!

Zgiń przepadnij spodenkowa klątwo Cytrynny!

...a kysz!

Tkanin miałam niewielki wybór (w tle słychać skrzypienie zawiasów i dźwięk pękania szafy w szwach, uhuuu!) a już letnich płócienek to jak na lekarstwo (jakby mi troszkę urósł nos...) więc wzięłam, co było i pocięłam. Na kawałki. Plan był taki, żeby skroić rybaczki za kolano i bermudy przed kolano, jednakże podczas cięcia, rybaczki wydały mi się przesadnie długie, a bermudy trochę przykrótkie... i dłuższe skróciłam, a krótsze wzdłużyłam.

 Jakby tego było mało, w tych dłuższych (co mi się wciąż wydawały za bardzo) zaprasowałam u dołu mankiety... W wyniku tych wszystkich działań otrzymałam dwie pary identycznych portek o długości "w kolanko"  z tym, że jedna para z mankietami. Uhuuuu! 

Ale zacznę od spódnicy :D


Mogłam, oczywiście uszyć kolejną parę portek, tym razem dla Igi, jednakże uznałam, że dwie w zupełności mi wystarczą do odczynienia klątwy (w końcu ile klątwo-mocy może z siebie wycisnąć JEDNA CYTRYNNA?) więc jest spódniczka! 

Wykorzystałam całą (jakąś taką, nieprzesadną) szerokość bawełny i naszyłam zygzakiem gumki, jak poprzednio. U dołu koronka, jak poprzednio :D się nie wysilałam twórczo, jak widać. Nie miałam czasu na pierdoły.

Tkanina nie daje po sobie poznać, że jest cienka i miękka :O musicie mi uwierzyć na słowo, że taką właśnie jest i nadaje się doskonale na toskańskie upały. Sterczenie widoczne na zdjęciu jest dziełem przypadku i apretury fabrycznej, nie ma w ogóle wpływu na wyżej wymienione cechy. Musicie mi uwierzyć! Uhuuuu!

Klimaty raczej pierwszowrześniowe :D ale się nie uskarżam.

Uwaga, będzie można za chwilę łypnąć za kulisę!!!  :O

Cóż my tu mamy... żadnych szpilek, ani śladu mydła i brak miary centymetrowej. Brzeg zaprasowany na oko (podkreślam, że ZAPRASOWANY bo zdarza mi się też szyć "na dziko") i naszywanie gumek na oko. Poszło szybko i równiutko. 

Spodenki z mankietami:

Zbliżonko:


Te tam gumki, kieszonki, paski widać wyraźnie. Kunszt krawcowej można dOCENIĆ.

Spodenki bez mankietów:


Zbliżonko na detal i na hurt:


I co Cytrynno? zabraknie? jak zabraknie? Nie może zabraknąć. Nigdy. NIGDY! 

UHUUUU!*

*Dźwięki jak poprzednio plus diaboliczny chichot.

Napchałam te wszystkie spodenki do waliz i toreb. Odczyniłam klątwę plując przez lewą nogawkę i pojechałam w obce kraje. A tam... a tam Marcel chadzał przez 14 dni w dwóch partkach na zmianę... DWÓCH. Bez przerwy. Jak mu tę jedną wyrwałam rano z rąk, to wciągał tę drugą i leciał nad basen. Tam już mu w ogóle nie były potrzebne, więc zamieniał je na kąpielówki. 

Wróciłam do domu z całą kupą nowo poszytych, nietkniętych, niewyciągniętych z torby nawet spodenek... wytrzepałam z nich pająki i żuki toskańskie i pomyślałam, że to chyba w ogóle nie była żadna klątwa... tylko taka sobie, uwaga luźna? półgębkiem... i może niepotrzebnie mnie tak zmroziła do głębi i przeszyła?

 No nic!

W każdym mącirazie spodenek wystarczyło

... i to z nawiązką!

Uhuuuu!*

* W tle donośny śmiech Cytrynny!


PS Anegdotki dziś nie będzie, bo się humorystycznie wyprztykałam we wpisie! 

Le(t)nia robota.

brummblogging

Mam w sobie coś na kształt lenia. Na kształt. Szyć mi się chce szalenie! ale tylko pod warunkiem, że do wykonania są DWA, no góra TRZY, SZWY. Czwarty, choćby był tylko rygielkiem, dziurką, czy inną pierdółką już jest sabotowany przez lenia, że o matko! tyle roboty;  że po co to komu i kto to doceni? że to takie skomplikowane i lepiej chyba zabrać kije i iść na dwie godziny na NORDIC.

Lepiej iść!

Nawet siedem kilometrów po wertepach,

nałykać się kurzu,

oddać litr krwi komarom;

... to lepiej, niż wykonać ten CZWARTY SZEW. 

Tego wewnętrznego sabotażystę można czasem obcyganić. Zaplanować prostą spódnicę maxi dla dziewczynki. Tylko jeden szew ;D i obszycie dołu. Żadnego tam wycinania, cała szerokość wiskozy, zwykły prostokąt. Łatwizna! to chyba lepiej, niż ten pot, kurz... i komary!

Ciiiiii!

Nie wspominamy o 9 szwach zygzakowych, przy górnej krawędzi, z których każdy musi otulić gumkę kapeluszową, a żaden nie może jej UJĄĆ; co w sumie nie jest takie trudne. Tylko ŻMUDNE. Nie przyznajemy się (nawet przed sobą) że dół można wykończyć haftowaną taśmą, i że możliwe jest naszycie jej LEWĄ STRONĄ do wierzchu... prucie... prucie... prucie i wykańczanie dołu ponownie. 

Oj, taka tam... le(t)nia robota. 

I tyle radochy!

Zwłaszcza z tą taśmą... na lewą stronę :O

Na koniec ściągamy równiutko wszystkie gumeczki, łapiemy kije i idziemy na NORDIC!

To nie takie trudne, tych 7 km po wertepach, komary... i kurz.

Wiskozowa spódniczka jest fantastyczna i warta każdego ze swoich szwów! Iga bombowo w niej wygląda.

Kształt lenia rysuje się coraz wyraźniej. We mnie. Zaczyna mnie przerastać nawet zmiana nici. Grzebię w szafie, ale nie tej z tkaninami, tylko takiej ze szpargałami. O! znajduję coś :O Lenia znieczulam obietnicą, że to już PRAWIE SKOŃCZONE. Tylko lakier jeszcze, i jeszcze i znowu. Leń w narkozie już drugą dobę, a ja lakieruję 9 raz...

W sumie, to mogłabym lenia hibernować i lakierować kolejnych 10 dni, co dwie godziny.

Letni wieszaczek, przeznaczony do pokoiku Igi. Pomalowany białą farbą, oklejony serwetkami i polakierowany. Polakierowany. Polakierowany... Prace nad nim trwały około 15 miesięcy. Macie pojęcie? Mój LEŃ ZEMDLAŁ :O

Podoba mi się idiotycznie rozmieszczony wzór. Kiedyś byłam fanatyczką symetrii i taki bajzel nie mieścił mi się w bani, a teraz proszę! wszystko od sasa do lasa! i pięknie! O... leń się ocknął i każe mi kończyć...

Kończąc wspomnę o mojej manii biżuteryjnej, która jest jak OPRYSZCZKA. Kiedy mi się wydaje, że ostatecznie się jej pozbyłam... atakuje mnie podstępnie i wyłącza z życia towarzyskiego na tydzień. Nie ma rady, można tylko przeczekać (nie robiąc, pod żadnym pozorem, nowych zakupów!) łagodząc objawy przez grzebanie w pudle z koralikami. Czasem się uda coś sensownego wygrzebać.

Miedziane półfabrykaty i koraliki z masy perłowej.

Biżuteryjnie pożeram swój własny ogon. Coraz częściej demontuję ozdoby, których nie noszę, coś dodaję, coś ujmuję i COŚ POWSTAJE. W tym sezonie miałam chęć na obfitość i swobodnie kompilowałam po kilka par w jedną.

Lazurowe, letnie kolczyki z masy perłowej, na posrebrzanym biglu.

Barwne, cygańskie kolczyki z masy perłowej i żółtych koralików. Bigle szlachetne, a i tak mi gniją dziurki...

To tyle na dziś, bo się ZRYŁAM, JAK DZIK, tym pisaniem. 

Koniec niezbyt gorącego wpisu, z zaledwie LETNIMI robótkami. 

W planach mam bluzkę bez rękawów z niepodwijanym dołem, może się jakoś przełamię...

No i oczywiście 9 km nordikowania z równoczesnym dokarmianiem komarów!


...boszsz! jak mi się nie chce ;D

PS Oglądamy "Boso przez świat"; Iga: "Dlaczego jest bałagan?" ; my (powtarzamy za Cejrowskim): "Bo taka jest tradycja" ; Iga: "Gdzie jest taka tradycja?" ; my (powtarzamy za prowadzącym) "W Meksyku i w Polsce" ; Iga: "W Polsce??? to dlaczego na mnie zawsze krzyczycie, że mam sprzątać???!!!"  :O

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci