Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : spodniczka

10 rzeczy...

brummblogging

...o które nikt nie chce mnie zapytać, a które chciałabym w końcu o sobie napisać!

  • Po pierwsze oczywista oczywistość - lubię szyć. Nie bez przesady mogę powiedzieć, że podczas szycia jestem w zupełnie innym stanie świadomości, mam zawężone pole widzenia i mocno ograniczoną poczytalność. Przyznacie, że to dobrze tłumaczy moje liczne przygody, omyłki i potknięcia? W krawieckim amoku będąc wyłączam wszystkie zbędne funkcje życiowe, pozwalam dzieciom na zbyt wiele, psu na prawie wszystko i oddaję się szyciu. 
  • Lubię też gotować. Gotowanie dzieciom, jest jednakowoż zupełnie inną dyscypliną i w zasadzie bardziej przypomina kuchenne rewolucje, niż sztukę kulinarną. Dlatego lubiłam bardzo gotowanie, zanim zaczęłam miksować warzywa na pulpę, kleić kleiki podejrzanej maści, rozdrabniać widelcem i podawać łyżeczką. Moja samoocena sięgnęła dna, kiedy usłyszałam, że najlepiej wychodzą mi frytki z keczupem.
  • Dużo czytam, ale książka nie jest dla mnie fetyszem. Mogłabym płacić niewielki abonament za dostęp do dobrego i zróżnicowanego księgozbioru. Książka jako przedmiot bardzo mnie irytuje, zbyt wiele kosztuje, zajmuje miejsce i okropnie się kurzy... poza tym nigdy nie sięgam drugi raz po tę samą pozycję* więc po cóż to gromadzić?

* Z wyjątkiem dwóch: "Faraon" i "Egipcjanin Sinuhe"

  • Mentalnie jestem weganką. Nabiał mi nie służy, więc żadna strata, a mięsa unikam. Gotuję całkiem sensowne wegańskie zupy, piekę bardzo smaczne wegańskie, bezglutenowe ciasta, kręcę fantastyczny humus* i codziennie ze wszystkich sił staram się zostać prawdziwą weganką. Na próżno.

* Zdaję sobie sprawę, że to bardzo wywrotowa potrawa... na dodatek jeżdżę na rowerze... Na wszelki wypadek spakuję sobie dzisiaj pidżamkę i szczoteczkę.

  • Stałam się ekoterrorystką i drżę na myśl o wycince świerków w puszczy. Poza tym robię na co dzień te wszystkie bzdurne rzeczy: segreguję śmieci - ups... spakuję tę szczoteczkę od razu - unikam, oszczędzam i używam, a wszystko bio i lokalne, bez konserwantów, sztucznych barwników i gumy guar. Bez końca studiuję etykiety - patrz punkt trzeci - i zmuszam do tego wszystkiego moich współdomowników.
  • Interesuje mnie holokaust jako przejaw zła w najczystszej postaci. Sporo o tym czytam, dużo oglądam i wciąż nie ogarniam! Wybrałam się na premierę filmu "Syn Szawła", zapłaciłam 25 za bilet i... nie ogarniam tak samo jak przedtem. Groza.
  • Fascynują mnie bomby atomowe i eksplozje jądrowe, a porządny grzyb zawsze sprawia, że włosy stają mi dęba. Gdybym mogła cofnąć się w czasie, wybrałabym lata '50 ubiegłego wieku, Poligon Nevada i dobre gogle. Tę pasję można łatwo wytłumaczyć zgubnym wpływem wybuchu w Czernobylu, na mój młody, rozwijający się mózg. Zapewne doszło wówczas do jakichś tajemniczych mutacji, a tego rodzaju zwyrodnienia są zupełnie nieodwracalne i klops. Nawiasem mówiąc Czernobyl też mnie rajcuje. Moja wycieczka życia, to byłby zapewne szybki spacer po zamkniętej strefie ochronnej, z krótką wizytą w czwartym bloku... rozmarzyłam się.
  • Teraz, kiedy się już lepiej znamy zdradzę Wam, że kiedy byłam młodsza chciałam zajmować się medycyną sądową i codziennie robić jakąś ciekawą sekcję zwłok. Doktor G jest moją idolką! Sporo się tego naoglądałam na discovery i muszę przyznać, że to nawet ciekawsze, niż krawiectwo. Poza tym dostrzegam pewne cech wspólne - krojenie... szycie... - do których mam dobrą rękę i profesjonalne przygotowanie. Nadawałabym się. Ponadto w czasie emisji Życie bez wstydu nie cofam się przed niczym i nie zasłaniam oczu ręką oraz nie piszczę jak Kris, nawet na liposukcji!
  • Tym, którzy tutaj dobrnęli, należy się mały smaczek - hipnotyzuje mnie tematyka seryjnych zabójców, a za kultowy w tym temacie uważam dokument Paragraf 148 - kara śmierci. Przerażająca tematyka i straszne czasy. Nie unikam też ujęcia tematu w kulturze masowej, pamiętam jak dziś w jakim stanie wyszłam z kina po projekcji Seven.
  • I oczywiście bardzo lubię pisać, a już pasjami to brummBLOGa!

 Ponieważ żołnierz nie może obejść się bez karabinu, piosenka bez tekstu, a wpis bez fotek uraczę Was na koniec kilkoma zdjątkami moich ostatnich osiągnięć. Oczywiście krawieckich osiągnięć, nie będę przecież wstawiać tutaj wegańskiego barszczu, ani tym bardziej humusu. Pocięłam niedawno kupon wrzosowego dżinsu. Udało się z półtora metra tkaniny wyciachać spodnie i spódniczkę. To dobra wiadomość, gdyż materiał nie kosztował więcej niż kilkanaście złotych, a ciuszki wyszły świetnie!

spódniczka dżinsowa

Wykorzystałam stary wykrój solidnie go powiększając, to bardzo uniwersalny fason, łatwy do uszycia i wygodny do użycia. Z tyłu, w rozporku pozwoliłam sobie na małą ekstrawagancję i wszyłam piękny, plastykowy, srebrny suwak. Jakoś się tak zrobiło... szykownie.

spódniczka dla dziewczynki

Na spodnie skopiowałam po raz kolejny wykrój z Burdy nr 3/2013, ale tym razem w rozmiarze 152. Dodałam ekstra 2cm w stanie, bo aktualnie żadne portki nie przykrywają Małej tyłka... a jak przykucnie, to już prawdziwe kino... Te dodatkowe centymetry są więc bardzo mile widziane!

spodnie dżinsowe

Poza tym z resztek dzianiny po mojej pałatce uszyłam dla Igi nowy, szkolny kardigan. Skorzystałam z tamtego szablonu przezornie go powiększając. Niestety całe przezorne powiększenie utraciłam rozcinając i ponownie zszywając... a następnie znów rozcinając i łącząc owerlokiem od nowa. I jeszcze. Sądziłam, że uwinę się w pół godziny, ale absolutnie wszystkie szwy poprawiałam, cięłam lub prułam. 

kardigan z dzianiny

Wygląda na prosty? i owszem... wygląda. Nawet nieźle wygląda, niestety to pozory. Ta mordęga uzmysłowiła mi pewną rzecz: być może ta dzianina jest bardziej wymagająca, niż sądziłam? Co z kolei pociąga za sobą wniosek: może pałatka uszyta z innej tkaniny lepiej by się układała i chętniej by współpracowała? albo też: możliwe, że straciłam swoje wszystkie moce i już nie umiem szyć? Nie, to na pewno ta wredna, pomarszczona w trąbę dzianina!

kardigan

 Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze w zanadrzu niezbyt wymagający kostium kotka i postaram się go szybciutko pokazać, bo na swoją chwilę czekają już bombowe śniegowce Igi. Teraz, gdy już tak dobrze się znamy i tyle o mnie wiecie, musimy się częściej widywać na brummBLOGu. Do zoo!

PS Kris wychodzi wieczorem się myć. Ja oglądam dokument o kobietach w Auschwitz. Kris wraca i widzi wspaniałą, naziemną detonację bomby wodorowej. "Co za wieczór!" mówi z ekscytacją "Najpierw Oświęcim, a na deser grzybek!"

Nieogar.

brummblogging

 Tak jak się spodziewałam, nie ogarnął. Mimo, że w radio* cały dzień trąbili, że mu tłumaczyłam, pokazywałam  zegar i sylabizowałam głośno i dosadnie: ju tro śpi my d ł u ż e j! go dzi nę d ł u ż e j! Nie dotarło. Następnego dnia wstał, jak zwykle i już o 6.20 (ze starego na nowy) wrednie merdał kitą i pojękiwał niedwuznacznie. Po dwunastym siknięciu i jednej kupce rzuciłam okiem na zegarek i pociemniało mi przed oczami... 6.50 i co tu zrobić z resztą, tak gówniano i zbyt wcześnie rozpoczętego, dnia? Może zagrzebię się po uszy w butwiejących liściach.

*wiem, to się odmienia, ale uważam to za profanację.

jack russell terrier

 Do dziś mu nie minęło... wszystko mu się, biedaczkowi poprzestawiało i poprzekręcało przez tę nieszczęsną zmianę czasu. Od 17 zaczyna obwąchiwanie michy i posyłanie mi powłóczystych, sugestywnych spojrzeń. Że kolacja. Rano zaś przedwczesna pobudka, ale nic nie szkodzi, gdyż odkąd napisałam na brummBLOGu o musze tsetse, cierpię na bezsenność! Nie zmienia to zasadniczo mojej podłej kondycji, całymi dniami jestem nieprzytomna... ale nocami mam trochę więcej czasu. To czytam. Ktoś musi pracować na te wszystkie statystyki i hamować trendy spadkowe, no nie?

 Poza tym wczoraj doszłam do wniosku, że nie mam życia, bo... sprzątam pokoje moich dzieci. Dzieci urodziłam - na szczęście - tylko dwójkę, ale jakoś tak pochopnie przyznałam każdemu z nich po jednym pokoju. Dużo lepiej by było, gdybym je zakwaterowała w schowku na szczotki... no, nie dla szczotek, ale dla mojego zdrowia psychicznego i dla bloga na pewno lepiej. Kiedy ogarnę jedną norkę, od razu mogę zacząć odgruzowywać przyległą i tak w koło Macieju! Nic nie pomaga, ani prośba, ani groźba (nawet karalna) ani darcie ryja z całej pydy, a głos mam donośny. Nic!

 Szyję więc mało. Dzisiaj na przykład  u s z y ł a m  psu smycz. To znaczy na jednym końcu taśmy zamocowałam karabińczyk, a na przeciwległym odszyłam pętlę. Najwięcej roboty było ze zmianą nici na zielone. Oczywiście sama smycz bardzo nie taka, bo człowiek kupuje, a kurier paczki nosi i zawartość nigdy nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. I moim wyobrażeniem. A zdjęcie - wiadomo  - nie oddaje... Jako rekompensatę mam zapas taśmy parcianej na rok.

 W ubiegłym tygodniu bardziej się wytężyłam i udziergałam dres dla Igi! Powstał z resztek dzianin, jest ciepły i komfortowy. Nie szukałam żadnych nowych wykrojów, bo mam focha na Burdę za to, że od dawna mnie nie inspiruje nawet do tego, by ją kupić. Postanowiłam używać tego i tego oraz tamtego szablonu tak długo, aż się kompletnie złachają i dopóty, dopóki wszyscy czytelnicy brummBLOGa nie fochną się na Burdę tak jak ja! Oto dowód:

bluza dresowa

I jeszcze:

dres

 I znów:

dres dla dziewczynki

Sądzę, że wystarczy. Grudniowy numer na pewno kupię. 

Zestaw jest naprawdę fajny! Bakłażanowa dzianina jest śliczna i dobrze komponuje się z szarym melanżem. Szyła się bezproblemowo.  Na brzuchu bluzy umieściłam kieszeń w kształcie kangurzej torby. Niezbyt szerokie podwinięcie czapki podszyłam ręcznie ściegiem prawie krytym. Czapkę i kieszonkę bluzy ozdobiłam ćwiekami, które już zaczęły odpadać. Z okrawków i resztek dzianin powycinałam czapki listopadowe.

czapki z dzianiny

Dwa tygodnie temu, kiedy się nie odezwałam do Was ani słowem uszyłam sobie za małą bluzkę - wybaczcie, nie jestem jeszcze gotowa, żeby o tym pisać :!%^#&^$&^* - oraz wypociłam plisowaną spódniczkę dla Igi. Kiedy rok temu kupowałam, za piątaka, te plisy sądziłam, że tylko do nich wszyję pasek i gotowe... Srodze się pomyliłam! Narąbałam się przy tym jak przysłowiowy szpadel. Względnie jak biszkopt, ale jest:

plisowanka

Także ten. Cośtam czasem grzebię przy maszynie, pomiędzy spacerkami, porządkami i porządkami. Nie śpię, czytam i czasem, w porze około obiadowej, udaję kurę domową. Zażywam duże dawki witaminy D i martwię się, że szynka jest rakotwórcza, a w soli kuchennej są mikrocząsteczki plastiku, których zjadam 1000 rocznie i że pies mi się całkowicie poprzestawiał, a był już całkiem dobrze ułożony. 

PS Kris: "Marcel jest bardzo obrzydliwy. Trzeba go utwardzać!" ; Iga: "Obrzydliwy??? to trzeba z nim iść do kosmetyczki!"

Pani Fudżikowa!

brummblogging

Pani Fudżikowa. Takiego się dorobiłam imionka. Względnie Pańcia lub Mamcia... i tak, reaguję na nie wszystkie. Już prawie się utożsamiam i możliwe, że gdy mnie ktoś z zaskoczenia spyta o dane personalne, wystrzelę z tą Panią Fudżikową. Wszystko przez szkołę. Psią szkołę oczywiście. Uczęszczamy z Fujim od poniedziałku. Instruktorzy zapewniają, że jeśli oboje dołożymy wszelkich starań Fuji Fi, po ukończeniu kursu, będzie grzecznym psem. No cóż... ja dokładam. Kręcę się w koło po placu, w lekkim przygięciu, z kabanosem w oślinionych palcach i powtarzam po tysiąckroć: równaj, równaj, równaj. Czasem mam chwilę przerwy i wtedy mówię: siad. Siad rzadko jest wykonywany samoistnie, dlatego (w lekkim przygięciu) realizuję siada ręcznie. Znaną od wieków metodą dźwigni. 

Wczoraj zapoznałam się ze skomplikowanym protokołem wychodzenia. Okazuje się, że samiec alfa zawsze przekracza próg pierwszy. Oczywiście nie muszę dodawać, że do przedwczoraj jako pierwszy, bezceremonialnie ładował się Fuji. Dlatego pracujemy ciężko nad wdrożeniem protokołu i przy każdym wychodzeniu dochodzi między nami do walki o władzę. Naturalnie trwa to długo, zbyt długo, a drzwi jest troje... frontowe, od wiatrołapu i wyjściowe. Protokół obowiązuje przy wszystkich drzwiach, dlatego próba sił ponawiana jest co i rusz, a nasze wyjście na siku przeciąga się w nieskończoność. Jednakowoż, to w końcu nie mnie rwie pęcherz  i ciśnie kupka, więc zawsze zwyciężam. Ha! Mówię Wam, to wielka satysfakcja przejść jako pierwsza. Trzykrotnie!

Do klasy, wspólnie z nami chodzą cztery owczarki niemieckie, skaczące na dwa metry i toczące pianę z pysków; jeden jazgotliwy cziłała, który reaguje szczekaniem na najmniejszy ruch; malutki Kokos, będący permanentnie w trybie warczenia; nadpobudliwy, niesubordynowany czarny labrador; budzący respekt amstaf i Fuji Fi z zamiłowania terier. Wydawało mi się, że wszyscy radzą sobie mniej więcej tak samo, czyli beznadziejnie, ale Iga sprowadziła mnie na ziemię. Zapytana o to, kto jest najgorszym uczniem w tej grupie odpowiedziała: "Oj mamo! nie pytaj, bo odpowiedź ci się na pewno nie spodoba..."  Ponieważ tonący smyczy się chwyta, bąknęłam z nadzieją: Szczekliwy cziłała? toczący pianę z pyska Edgar? ...pomyśl, może jednak wściekły Kokos? "Nie mamo. Najgorszym uczniem jest Fuji."

Na szczęście, choć zostałam odarta z resztek złudzeń, nie poddałam się. Codziennie, przez 90 minut, krążę po placu ze smakołykiem w ręce i daję z siebie więcej, niż wszystko. Wdrażam wytrwale nowe komendy i realizuję ręcznie siad. Jestem bezlitosna podczas przechodzenia przez drzwi. Jestem konsekwentna w egzekwowaniu równaj. Jestem samcem Alfa! I tylko na chwilę przez zaśnięciem z tyłu głowy rodzi się myśl, czy tam bardziej szkolą jego... czy mnie?

Nawet nie mam czasu pomyśleć o krawiectwie. Noszę w sobie jakąś taką, wielką tęsknotę, ale nie mam nawet chwili, żeby sobie uświadomić, że to krawiecki smętek z nieszycia. Biorę też czasami nożyczki do ręki i dziwię się, że tak dobrze leżą. Rzemieślnicza nostalgia. Na szczęście jeszcze przed urlopem skleciłam coś bezsensownego, zrobiłam słabe fotki i mam teraz jak znalazł! Spódnica dla Igi!

 spódnica z żorżety

Bezsensowna, acz urocza! Spódnica powstała z kilku niewielkich kawałków cieniutkiej żorżety w grochy. Szaleję za tą miętową! Wykrój, prostszy od konstrukcji cepa, wypociłam samodzielnie. Składa się nań powtórzony ośmiokrotnie klin o kształcie trapezu, którego i długość, i szerokość u dołu były determinowane wielkością skrawków tkaniny. Na poniższym zdjęciu mniej więcej widać, co mam na myśli pisząc o trapezie. 

spódnica w grochy

 Z konieczności podszyłam spódnicę zwykłą, białą, lekko rozszerzaną ku dołowi podszewką z dederonu. Dzięki temu mniej się elektryzuje i trochę mniej prześwituje. W dodatku nie wpływa na wielkość kroczków Igi, więc jest wykombinowana optymalnie. Zwyczajnie ujęłam ją wszywając gumkę w pasie. No dobra, było z tym trochę brandzlowania, bo wszystko się ślizgało i ciągało, ale podprasowane i naszpikowane gęsto szpilkami w końcu się poddało.

spódnica z żorżety

Sama chętnie bym się w takie grochy przyodziała, ale nie dla psa kiełbasa, ani dla Fujika pozycja samca Alfa. Fason jest mi dobrze znany, prosty w realizacji, łaskawy dla krągłych sylwetek i wyśmienicie się kręci, więc tym bardziej zazdroszczę Małej. Nie wiem, kiedy znowu będę miała godzinkę na uszycie czegoś tak absolutnie bezsensownego... i uroczego. 

spódnica w grochy

No, a teraz Pani Fudżikowa idzie na spacerek... ma do pokonania troje drzwi, Gra o Tron wciąż trwa, a futrzaty wróg nie bierze jeńców!

*Wiadomość z ostatniej chwili: "Na poniedziałek Pani Fudżikowa przemyśli kolczatkę."

 PS Marcel: "W szkole nam mówili, że każdy jest wyjątkowy!" ; Iga: "Marcel, są tylko DWIE wyjątkowe osoby na świecie: mama i Święty Mikołaj."

Moja mama jest krawcową!

brummblogging

Słowo daję, że na co dzień mój nadzwyczajny krawiecki talent ukryty jest głęboko i nigdy nie przyznaję się publicznie do swojego wyuczonego zawodu. Na prowokacyjne zaczepki typu: jesteś krawcową? odpowiadam błyskotliwie: chyba ty! i oddalam się szybko w nieznanym kierunku. Doświadczenie nauczyło mnie, że krawcowa, to ktoś, kogo każdy chciałby mieć i to nie tylko wśród znajomych na FB, a już tzw. dobra krawcowa to po prostu mroczny obiekt pożądania. Tak więc bezpieczniej jest trzymać swoje umiejętności głęboko pod korcem...

Niestety zdarzają się niekontrolowane przecieki, a także, o zgrozo! kojarzy się mnie niekiedy, jako prowadzącą takiego jednego, fajnego bloga. Słowem demaskacja i zdekonspiracja na całej linii szwu. To pierwszy krok do wielu niewygodnych pytań w stylu: a czy uszyjesz? przerobisz? skrócisz? wzdłużysz mi na jutro? zwęzisz przed zmrokiem? a wiecie, jak teraz szybko robi się ciemno... itp. Przeto lepiej się głęboko zakonspirować i mieć zawsze w pogotowiu odpowiedź, że to? a to... to z ubiegłorocznej wyprzedaży w HaieM... stare już, ale tanie było i się nie skulkowało!

Przez pięć lat chodzenia do szkoły nr 85 udało mi się trzymać gębę na kłódkę, byłam całkowicie incognito i występowałam pod przykrywką lekko zakręconej mamy pozbawionej zajęcia. Obstawiałam więc wszystkie funkcje we wszystkich trójkach, żyłam spokojnie, i beztrosko. Do czasu, kiedy do szkoły poszła Iga i od drzwi ogłosiła: Moja mama jest krawcową! nie każdy od razu reaguje na takie czcze przechwałki, więc Mała na dowód pokazywała piórniki, plecaki tuniki, śniadaniówki, kocyki i wiele, wiele innych. No i teraz... teraz muszę uszyć dwie flagi, na Wielkie Szkolne Święto Języków! Tak jakoś, nie wiedzieć kiedy, zgłoszono mnie na ochotnika. Podwójnego.

Robota ta śni mi się po nocach. Budzę się zaplątana we własną pidżamę i zlana potem. Mimo, że aktualnie jestem trochę zaabsorbowana pasowaniem mojej małej uczennicy na ucznia, to z tyłu głowy wciąż łopoczą mi te cholerne flagi. Myślałam o nich z lękiem, kiedy szyłam białą bluzeczkę z bawełny i przepełniały mnie grozą, gdy kroiłam spódniczki.

bluzeczka

Bluzka. Korzystałam z wykroju w rozmiarze 128, z Burdy nr 8/2012. Informacja ta jest całkowicie bezsensowna w świetle tego, ilu zmian dokonałam. W zasadzie jest ona zupełnie nie do poznania! Przód skroiłam bez cięcia; pominęłam kołnierzyk, a dodałam żabocik; rękawki ujęłam gumką, na całą długość tyłu dałam zapięcie i przedłużyłam bluzkę o 5cm. 

bluzka

Spódniczkę uszyłam z resztki po spódnicy sezamowej. Strasznie byłam podekscytowana, że tak to sobie wszystko cwanie wykombinowałam! i taka byłam sobą zachwycona! i spódniczką oczarowana! taka... że porzuciłam mydełko na desce, a następnie żelazko porzuciłam na mydełku, a na koniec przyłożyłam to wszystko na środek przodu... Aaaaaaaa!!!!

spódniczka

Długość 50cm, co dla Igi oznacza takie małe 3/4. Jakby pół łydki. Pomiędzy fabrycznymi, ozdobnymi odszyciami ułożyłam zakładki tak, aby wykorzystać całą szerokość tkaniny. W pasie pliska, a pod nią lekko naciągnięta gumka, która dyscyplinuje dżins w talii.

spódniczka

Zakładki przestębnowałam fajnym szwem dekoracyjnym. Tym samym ściegiem podszyłam dół spódniczki. Świetnie to wygląda! Jak już wspomniałam wyżej, byłam w stanie euforycznym.

spódniczka dżinsowa

Aż do chwili stopienia mydełka gorącym żelazkiem i wlepienia go w sam środek swojego samozadowolenia, czyli na przód. Aaaaaaa! Co za smród! co za ból! i co za żal... Prasowałam przez bibułę, prałam, zapierałam mydełkiem odplamiającym, prasowałam przez bibułę, zapierałam... w końcu zrezygnowana pokazałam Małej: Mama... przecież nikt normalny tego nie zobaczy! a dziękuję ci dziecko kochane! zwłaszcza za nikt normalny! 

Na wszelki wypadek - nienormalnych nie brakuje - szybko skroiłam i zszyłam drugą spódniczkę. Najprostszą z możliwych, z zakładkami i na gumce. Skorzystałam ze znanego mi wykroju, z tamtego pominąwszy wszystko poza przodem, tyłem i gumką w pasie. To są elementy w zasadzie, nie do ominięcia.

spódniczka

Poznajecie tkaninę? Tak, tak! to reszta po zdziwionym misiukusym żakieciku, jeszcze mi pozostał niewielki kawałek. W odróżnieniu od poprzedniej spódniczki szyłam ją szybko, nie ekscytowałam się przesadnie i co najważniejsze, nie wlepiłam w nią żadnego mydełka. Jest dobrze!

Teraz nie mam już żadnej wymówki, ani wykrętki i muszę zabierać się za te nieszczęsne flagi. W poniedziałek trzynastego! Podszewki we wszystkich wymaganych kolorach już mam na stanie, instrukcje i wskazówki podrukowane. Tylko szyć, szyć i łopotać! A! i wiecie co? bo jakby coś, to moja mama też jest krawcową. Aaaaaa!

 

PS Rozmowy damsko-męskie: Ja: Do cholery skąd tu tyle kurzu! ; Kris: "Lato było, okna ciągle pootwierane, to wlatuje to całe dziadostwo z podwórka." ; Ja: To skąd mamy tyle kurzu zimą? ; Kris: "No, okna są zamknięte to wszystko kisi się w środku." ...Męska Logika.

W trzy falbany.

brummblogging

Naszyło się trochę tych falban, oj namarszczyło i naszyło. W latach '80 szyła moja mama*, oj szyła, marszczyła i szyła. Potem, na początku lat '90, wzięłam sprawy w swoje ręce i też marszczyłam, oj marszczyłam... oj! jak tak teraz o tym myślę, to może tam właśnie tkwi źródło mojej głębokiej odrazy do tej nużącej czynności? Dawno o tym nie wspominałam, ale marszczenia nie znoszę! nie znoszę bardziej od tej odrażającej i natarczywej muchy, która spacerowała nam po twarzach w sobotę od 5.30! bardziej! 

*Matka moja szyła jeszcze, prócz tych falban, spódnice z bawełnianych koronek lub wstawek. W pasmanteriach było tego dużo i tanio. Łączyła je ze sobą, lekko wdając każde następne okrążenie i wychodziły jej cudowne spódnice o kształcie litery A. Całe z koronki! To był dopiero szał! Oczywiście do kolan sięgała podszewka, poniżej były ażurowe.

W każdym mącirazie marszczyło się i szyło tych falban bez liku. Szyło się ze zwykłego płótna i farbowało na rozmaite kolory. W kotle się gotowało, zamiast zupy, trzy falbany. Czarny nigdy się nie udawał. Inne kolory też nie bardzo, ale i tak było oryginalnie i szałowo. Niedobrze było się zgrzać i spocić, pod taką spódnicą. Po balu dla klas ósmych byłam, od pasa w dół, pofarbowana na czarnozielonkawo. W takim stanie odbierałam następnego dnia świadectwo. Doszorowałam się dopiero na początku lipca.

Tak mnie naszło na te trzy falbany i na wspominki. Zaczęłam szycie od spódnicy dla Igi, ale już następnego dnia, kiedy lekko otrząsnęłam się z szoku pomarszczeniowego, zachciało mi się takiej samej dla siebie. Bardzo mi się zachciało! poszukam tylko odpowiedniej tkaniny w szafie, albo, jeszcze lepiej, na allegro i sobie wymarszczę brrrrrr! jeszcze przed urlopem podobną.

spódniczka

Pamiętacie moje siaty na zakupy? kto zapomniał, za karę klika tu: siaty. Pojawił się tam komentarz Uli, że to tkanina fajna na sukienkę lub spódnicę i tak ziarno zostało zasiane. I jest spódnica w trzy falbany, na gorące lato i na piknik w parku. 

spódnica

Ten zielonkawy brzeg początkowo odcięłam z szerokości tkaniny i odrzuciłam. Podczas szycia zmieniłam jednak plany i wykonałam z niego górną część spódnicy. Trochę wbrew sztuce krawieckiej, ale za to jak ładnie!  Tkanina niestety, leżakując w szafie na górnej półce, nie zmieniła swoich właściwości ani na jotę i szyła się paskudnie. Maszyna gęsto przepuszczała ściegi i nie bardzo chciała współpracować. Dziwne!

spódnica z falbanami

Pierwsze piętro to nie całkiem podwojony obwód talii; środkowy pas, to całkiem podwojony obwód pierwszego piętra; dół to nie całkiem podwojony pas środkowy. Kto zrozumiał temu w nagrodę szpula łososiowych nici! Przy cienkiej i podatnej tkaninie, można zawsze dać podwójną szerokość, ale to będzie naprawdę sporo materiału, trzy kilo spódnicy i 72 godziny marszczenia się w bólu.

spódnica marszczona

Dodatkowo, jak uczyła mnie matka, każdą kolejną falbanę kroję szerszą od poprzedniej. To zapewnia spódnicy dobre proporcje. I tak całkowita długość to 3/4 łydki Igi.  W jednostkach bardziej uniwersalnych, czyli centymetrach to będzie 55; pierwsza falbana 13 cm, druga 19 cm i dolna 22 cm. Ja  nie wiem, gdzie mi jeden centymetr zaginął, bo jak beniedydy cała spódnica ma 55... bez naciągania!

spódnica

Kto nabrał ochoty na spódnicę w trzy falbany, siada jutro do maszyny. Kogo ta pięknie pomarszczona część garderoby nie kusi ten trąba! Rzecz jest prosta do uszycia i bardzo efektowna, więc koniec końców - mimo nieprzebranej ilości tkaniny do zmarszczenia, brrrr! - bardzo polecam!

 

PS  Iga: "Idziemy w końcu na te fajerwerki?"; Kris: "Wyjrzyj za okno."; Iga: "No? wyjrzałam. Idziemy na te fajerwerki?"; Kris: "Co widzisz dziecko?"; Iga: "Kreski."; Kris: "Pamiętaj, kiedy za oknem są kreski, nie wychodzimy!" Iga: "Szkoda. Kreski są fajne. Chociaż... chyba paski są fajniejsze..." 

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci