Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : ksiazka

Historie dzieci.

brummblogging

Staś trafił do IOP ponieważ jego rodzice są bezdomni, a on ma poważną chorobę genetyczną. Ma 6 miesięcy i na razie rozwija się cudownie. Choroba jeszcze nie zaatakowała, ale któregoś dnia ten moment nadejdzie. Brat Stasia już nie żyje. Siostra jest umierająca. Staś też umrze jako dziecko. Jego choroba uniemożliwia prawidłowe funkcjonowanie wątroby i trzustki. Pewnego dnia dostanie rozległej żółtaczki i przestanie jeść. Będzie musiał być objęty opieką hospicyjną.

Janek ma genetyczną wadę jelit. Ma dopiero trzy miesiące, a już od dwóch jest karmiony pozaustrojowo. Nigdy nie znajdzie rodziny adopcyjnej, ani zastępczej. Nigdy nie będzie nastolatkiem. Prawdopodobnie nie dożyje wieku szkolnego. Jego starszy brat zmarł jako niemowlę – tak jak wszyscy mężczyźni w rodzinie jego matki.

Joasia jest zdrową dziewczynką. Urodziła się o czasie i została zostawiona w oddziale noworodkowym. Do IOP trafiła mając tydzień. Jej mama miała starsze dzieci, było jej ciężko samotnie wychowywać kilkoro maluchów. Zależało jej na tym, by córeczka trafiła do rodziny jak najszybciej. Stawiła się w sądzie w 42 dniu po porodzie (najwcześniejszy możliwy prawnie termin) i zrzekła się praw do dziecka. Tego samego popołudnia Joasia poznała rodziców adopcyjnych, a po 5 dniach znalazła się w domu.

Maciuś cierpi na bardzo poważną alergię skórną i pokarmową. Tak poważną, że z buzi leci mu krew. Bardzo cierpi. Cały czas leży w rękawiczkach, żeby nie podrapać sobie twarzy. Nie może chwytać zabawek, bawić się swoimi rączkami i przez to normalnie rozwijać. Trzykrotnie odmówiono przyjęcia go na odział dermatologii, ponieważ nie ma rodziców i nikt nie może zapewnić mu całodobowej opieki. „Takich pacjentów nie obsługujemy.”– powtarzają w szpitalu.

Tomek urodził się w 42. tygodniu ciąży, a ważył tyle, co półtorej torebki cukru. Rodzice go nie pokochali. Chociaż był rozpieszczany, całowany i noszony na rękach przez opiekunki, miał chorobę sierocą i koszmary senne. Cały czas żył w swoim świecie. Było mu wszystko jedno, kto go weźmie na ręce, a łóżeczko w ośrodku było jedynym miejscem, w którym potrafił zasnąć. Trafił do adopcji, kiedy miał cztery miesiące. Pierwszy raz przytulił się, kiedy skończył rok.

 

Kochani! Pamiętacie na pewno mój grudniowy wpis, w którym zachęcałam Was do dobroczynności. Wraz z Mocną Grupą Blogerów staramy się zwrócić Waszą uwagę na potrzeby Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku. Czym jest IOP i w jaki sposób pomaga dzieciom można dowiedzieć się na stronie Fundacji Rodzin AdopcyjnychA jak my możemy pomóc Fundacji? To proste! a nawet prostsze:

  • możemy zlecić przelew dowolnej kwoty na konto Fundacji;
  • możemy kupić bransoletkę Ence Pence
  • możemy przekazać Fundacji 1% swojego podatku;
  • możemy ofiarować: środki czystości (proszki do prania, płyny do mycia podłóg i urządzeń sanitarnych), kosmetyki dla dzieci (szampony, płyny do kąpieli, kremy – szczególnie dla dzieci z wrażliwą lub atopową skórą), mokre chusteczki, pieluchy (tetrowe i jednorazowe) 
  • możemy zostać wolontariuszami.

Wszystkie niezbędne szczegóły zatarto w zakładce W jaki sposób można pomóc? 

IOP

Nasze hasło mobilizacyjne i rozpoznawcze to: Internety Dzieciom.

*Historie dzieci, oraz fotografia zmieszczona powyżej pochodzą ze strony adopcja.org.pl

 

Mówiłam Wam, że po trzech Królach kończę z ględzeniem o świętach? żartowałam! Chciałabym jeszcze pochwalić Świętego Mikołaja gdyż był w tym roku nad wyraz kulturalny! Nic a nic nie nabrudził wpadając do nas przez komin, nie wypił całego mleka, nie pożarł wszystkich pierniczków i na dodatek zostawił pod choinką zupełnie niezwykłe prezenty.

książki dla dzieci

Zazdrościcie Mikołaja? no to jeszcze na dobitkę:

muzyka dla dzieci

Oczywiście najwyżej z radochy skakałam ja. Obdarowani wykazywali dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu uczuć. Może to i lepiej. Dla Mikołaja. Po bliższym zapoznaniu się ze stosikiem polecam ze wszech miar:

  • zbiór opowiadań, pt "Nie każdy umiał się przewrócić"
  • nietypową w formie i treści książeczkę "Wilk, pies i owce"; 
  • trochę straszną powieść dla trochę starszych dzieci "Osobliwy dom pani Peregrine"
  • płyty Muzalinki (nie tylko tę z kolędami)
  • i baśnie polskie do słuchania "Cudowna studzienka"

"Ucieszki Cieszka" czyta Kris, bo ja się nie znam na czeskich żartach. Na słowackich zresztą także nie. Po tej lekturze Iga chodzi po domu i powtarza: Tośmy się dziś znowu nacieszyli światem! "Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy'ego" przeczytał Marcel w jeden wieczór, z umiarkowanym entuzjazmem, w zamian za jeden wieczór grania na kompie. "Cudowna studzienka" to siedem godzin słuchania bajek, z czego Iga poznała dogłębnie pierwszych kilkanaście minut... zawsze włącza płytę od początku!!!

Poza lekturami polecam bardzo fajną grę rodzinną "Mały książę"  rozgrywka jest niezbyt długa, dużo interakcji między graczami, kafelki są ładnie wykonane i piękne graficznie. Wiek sugerowany to 8+ ale Iga radzi sobie znakomicie, chociaż ma 5 i pół. 

gry planszowe

We czwórkę gramy także w "Nogi stonogi", "Pędzące żółwie" i "Tęczę" grę w kolory typu memo, przy której najgęściej poci się Kris. Wszystkie trzy  pozycje bardzo polecam! Na tegorocznych, jesiennych targach planszówek mieliśmy okazję przetestować układanki magnetyczne, które bardzo spodobały się Idze:

gry dla dzieci

Zabawa do samochodu, na długą podróż pociągiem, czy przesiadywanie w poczekalni. Jak się Wam znudzi, można pozwolić trochę poukładać dzieciakowi ;) W tej serii wydano jeszcze "Tangramy" (nie polecam, to nieprzerwane pasmo frustracji) i "Magiczny las".

Kiedy Iga znudzi się naszym towarzystwem rozkładamy grę dla starszaków:

gry planszowe

Nie przepadam za tematyką rycerską, ale na szczęście nie wpływa ona znacząco na dramaturgię rozgrywki. "Carcassonne" jest grą łatwą, lekką i przyjemną. Rozgrywka w wersji podstawowej jest krótka i dość liniowa, na szczęście dodatki gwarantują trochę adrenaliny i gula skakanie. "Mosty zamki i bazary" oraz "Księżniczka i smok" potrafią wywołać niejeden kryzys rodzinny.

Przy takiej ilości kafelków do gry powstał problem ich przechowywania, a także problem ich podglądywania. Wymyśliłam, że uczciwie i praktycznie byłoby pobierać je z nieprzezroczystego woreczka, tak jak kości do Scrabble. Wybrałam tkaninę z czerwonym flokowym smokiem i uszyłam worek:

woreczek

Wszystkie kafelki swobodnie się w nim mieszczą. Ręka każdego gracza swobodnie do niego sięga, za to oczy oszustów nie sięgają! Teraz trochę trudniej będzie mi wygrać z Krisem... czasem opłacało się wybrać taki, czy inny kafelek i posłać smoka na żer!

woreczek na kafelki do gry

Tkaninę już kiedyś wykorzystałam na uszycie fajnej siaty ze smokiem, można na nią zerknąć tam Łowcy Smoków zdjęcia marne, ale krawiectwo na wysokim poziomie. Buhaha!

kafelki co carcassonne

Na koniec ujęcie ze smokiem, który najbardziej lubi zjadać rolników Krisa i zionąć ogniem na jego rycerzy, a także tratować jego trakty i niszczyć jego zamki! Oj! zagrałoby się partyjkę Carcassonne! i rozgromiło przeciwników... oj...

Mówiłam, że po Trzech Królach kończę ględzenie o świętach i prezentach? 

To teraz mówię, że niczego nie obiecuję, ale być może to już rzeczywiście definitywnie koniec!

A teraz lecę do banku zrobić przelew na rzecz IOP!

Cfetr.

brummblogging

Z pięknej, granatowej i obsypanej brokatem dzianiny, którą pokazywałam już na FB, uszyłam sobie dzisiaj cfetr. Tak się mówiło u mnie w domu: załóż cfetr, ewentualnie w rachubę wchodziła jeszcze forma cfeter. Oraz mówiło się: dlaczego chodzisz na skarpetkach  :O ale o tym może innym wpisem, tymczasem zajmiemy się dzianiną.

Grudzień zobowiązuje. Wypada uszyć coś puchatego i ciepłego. Cfetr się kwalifikuje, zwłaszcza z tej dzianiny, co ją już niektórzy ujrzeli na FB i się zachwycili. Ale, że ten GRUDZIEŃ JAK Z KOZIEJ DUPY WACHLARZ, a ta ZIMA JAK WIOSNA, a ze mnie KUTWA AŻ ŻAL, to cfetr ma krótki rękaw. O taki:


Taką fantastyczną granatową dzianinę błyszczącą, jak rozgwieżdżone, zimowe niebo, kupiłam sobie jesienią. Miała DZIWNĄ SZEROKOŚĆ 80cm :O olaboga! dobrze, że to dojrzałam, bo musiałabym szyć PIĄTY KOMIN rozgwieżdżony, a szyję mam tylko jedną i to niezbyt łabędzią. 

Kupiłam więc tej dzianiny odpowiednio więcej, jednak nie na tyle, żeby ją rzępolić nożycami jak popadnie, a tylko na tyle, żeby pobudzić swoją kreatywność i ukryte (na codzień) pokłady przemyślności. W żołnierskich słowach ujmując - jakkolwiek układałam jakikolwiek wykrój i tak brakowało na rękaw, lub na pół pleców...

 Szablon, którym tak zawzięcie i kreatywnie kręciłam w tę i wewtę, to Burdowy Sweter, co to za słowo? SWETER? ;D z numeru 11/2012. Trudno jednak powiedzieć, że wykorzystałam go do skrojenia cfetra... gdyż, sporo go pozwężałam WSZĘDZIE, zmieniłam kształt dekoltu, linię ramion i fason rękawa. 

Poza tymi modyfikacjami jest to, w pewnym stopniu - niewielkim - ten ich sweter.

Wszystkie WYKOŃCZENIA WYKONAŁAM RĘCZNIE. Wokół dekoltu wsunęłam w podwinięcie wąziutką pliskę ze skosu, która trochę je stabilizuje i ma zapobiec rozciągnięciu po pępek. 

Dzianina (bawełniana) jest masywna, mocno rozciągliwa i bardzo PRZYJEMNA W USZYCIU. Nie puszcza oczek, nie strzela fochów, nie siepie się. Jest niedroga (przypuszczam, że kupiłam jej TRZY SZTUKI, co daje 15,60 za caaaały piękny cfeter) i przyjazna dla nosiciela.

Mikołaj przyniósł mi z TK Maxx'a piękny brokatowy paseczek więc, gdybym smażąc płaskie ziemniaczki, wyprostowała się gwałtownie i jebutnęła łbem w (zawsze otwarte) drzwi szafki, i stwierdziła nagle, że może od dziś BĘDĘ  NOSIĆ PASKI - to mam odpowiedni na podorędziu. Mogę nim w każdej podnieść wartość cferta o 142%

Dzianiny pozostało mi pięć mikroskrawków.

Poćwiczę na nich swoją pomysłowość, poszlifuję kreatywność, naprężę żyłkę na czole do granic możliwości i może wyda mi jeszcze czapkę. Tak się mówiło u mnie w domu: czy z tego wyda spódnicę? bo ja bym bardzo chciała TAKĄ CZAPKĘ... JEŚLI WYDA :D

Teraz udzielę odpowiedzi na pytania, które nigdy nie padły. Tak na wszelki wypadek, bo mam akurat chwilę, a potem, jak padną mogę nie mieć, bo będę czytać :D Od Mikołaja Krisa dostałam w tym roku KSIĄŻKI. Dla pewności sama je sobie starannie wybrałam i zamówiłam przez Alegro:

Widać wszystko, prócz audiobuka, który kupiłam przez pomyłkę :D ale gdy już wzięłam go w łapy i dowiedziałam się, że co prawda strzeliłam babola, ale tego babola czytają J.Trzepiecińska i Z.Zamachowski (są to: "Zachcianki" dziesięć zmysłowych opowieści autorstwa min. Gretkowskiej, Kuczoka, Kofty, Chutnika, Dukaja) to się zachęciłam i ucieszyłam niezmiernie!

W taki oto sposób sama sobie zrobiłam wielką niespodziankę.

Ponieważ Mikołaj idzie z duchem czasu, położył nam pod choinką coś, co jest KSIĄŻKĄ DO KWADRATU, sześcianu, A NAWET (ostatnio nasza ulubiona wielkość internetowa) do PIERDYLIONU, mianowicie pięknego i smukłego, płaskiego jak karteczka, a pojemnego jak biblioteczka, Kindle'a. Mogę oszaleć na jego punkcie! 

Chyba JUŻ TROCHĘ szaleję na jego punkcie :O

Kolejna paląca kwestia TO: czym się zajmuję, gdy nie bloguję? A TYM:

Do niedawna gry planszowe kojarzyły mi się wyłącznie w Chińczykiem. Potem obiło mi się o uszy, że istnieją jakieś fantastyczne i wielce skomplikowane... w tym momencie się zazwyczaj wyłączam, bo nie mam już w bani miejsca na rzeczy wielce skomplikowane. I tak sobie żyłam w nieświadomości, że pomiędzy chińcem, a erpegiem rozciąga się KRAINA GIER PRZYGODOWYCH, zabawowych I DOŚĆ PROSTYCH w obsłudze, serwujących graczom masę fanu i emocji nie zawsze łatwych do poskromienia :O

W "Świat Dysku" mogłabym grać tydzień bez przerwy!

...potem zrobić przerwę na spanie 

...i grać kolejny tydzień :D

Na koniec perełka;

Odkrycie roku.

Zachwyt dekady: "Kolor Magii"  Terrego Pratchetta.

Pierwsza część cyklu "Świat Dysku", wyciągnięta spomiędzy nibyksiążek  ;D Krisa, NIEPOZORNA i wcale niezapowiadająca tego, że po jej przeczytaniu zapragnę, aby ziemia była PŁASKA, a okręty znikające za horyzontem, spadały poza Krańcowy Wodospad. POLECAM! także ze względu na wspaniały dowcip i świetny język, choć głównie przez wzgląd na fantastyczną konstrukcję magicznego, choć całkiem płaskiego, świata.


Mój ulubiony bohater pierwszej części to Bagaż, czyli kufer podróżny wykonany z drzewa myślącej gruszy. Krisa ulubiona postać to Śmierć :D 

Dla tych śmiałków, którzy cierpią na nadmiar wolnego czasu i jakoś doczołgali się do końca

(były liczne obrazki, więc może ktoś? chociaż?) anegdotka w formie graficznej nieco:

Impreza - na którą zaprosił nas Marcel - była fantastyczna! były żelki Harribo, sok jabłkomięta (ulubiony napój dzieciaków) malinowe Mamby, czipsy Duszki i Flipsy, oraz doskonała MUZA i nastrojowe ŚWIATŁO :D

Przedsięwzięcie pochłonęło równowartość DWÓCH TYGODNIÓWEK :O

Organizator pościerał nawet kurze! i posprzątał.

...ale mi się dziś dobrze pisze! mogłabym jeszcze :D

Kasztany i Dynie.

brummblogging

Chodzimy na długie spacery i SZUKAMY KASZTANÓW. Codziennie! Korzystamy z jesiennego słońca i... szukamy kasztanów. Łazimy do warzywniaka, w którym nic nie ma i po drodze zaglądamy pod kasztany, czy już coś jest. Dzieciakom kompletnie odbiło na punkcie kasztanów.

Mnie lekko odbiło na punkcie JESIENNEGO SŁOŃCA!

Gotuję dania z dyni. Do tej dyni nie mogłam przekonać się od lat. Nawet DO UST NIE BRAŁAM, a teraz odbiło mi na punkcie dyni. Wygrzebuję z niej farfocle GOŁĄ ŁAPĄ bez najmniejszego obrzydzenia. Przyrządzam... próbuję i... nadal nie mogę się przekonać do dyni, ale wyraźnie mi odbiło na jej punkcie. Może to przez jej fizyczne podobieństwo do jesiennego słońca?

Oglądam wrzosy wrzosowe w kwiaciarni. Zachwycam się nimi po drodze na kasztany.

Dynię mam na myśli, lub na dnie siaty. 

Jesień.

Przez te spacery, słońce jak dynia i dynie jak słońce; kasztany w kieszeniach i łażenie po parku, pod dęby, bo tam czasami można znaleźć żołędzie, takie oldskulowe kasztany... OPÓŹNIAM SIĘ Z ROBOTĄ. Po kasztanach przyjdzie czas na liście (chodzicie na liście?) i znowu z robótkami będzie krucho... 

Nie, żeby tak ZUPEŁNIE NIC, ale wyraźnie się opóźniam...

Z resztek zeszłorocznych dzianin uszyłam dla Igi alladynki. Dwie pary. Wykorzystałam stary, wypróbowany wykrój z Burdy 10/2008. To bardzo prosty fason, ale tamtego dnia, kiedy odgarniałam ze stołu kasztany, rozstawiałam maszyny, zmieniałam TRZY SZPULE nici na owerloku... bardzo mnie przerastał swoją złożonością. Złożonością z trzech części...

Jak widać pokonałam niemoc i sprężyłam się do tego stopnia, że naszyłam jeszcze kieszenie na przodach.

W ogóle nie poszerzałam wykroju w rozmiarze 122 (jest naprawdę obfity) i tylko przedłużyłam nogawki o 12cm. Spodnie są wygodne i bardzo ładne. Iga świetnie w nich wygląda :D

Następnego dnia, po spacerze, kasztanach i wygrzebaniu farfocli z dyni (gołą łapą) zmniejszyłam dwie bluzki w rozmiarze męskim XXL do rozmiaru dziecięcego 158. Biały, bawełniany podkoszulek ozdobiłam aplikacją wyciętą z innej, zbyt małej bluzki. Zachowałam oryginalny dekolt, zwęziłam po bokach i skroiłam nowe rękawy, zachowując ich oryginalne podwinięcie.

Odcięłam obszycie dołu i po skróceniu bluzki, doszyłam je ponownie owerlokiem trzynitkowym, jak plisę. W ten sposób, nie mając profesjonalnego sprzętu, mam profesjonalnie wykończony dół bluzki. Aplikację podkleiłam fiseliną i przestębnowałam trzykrotnie i w dodatku krzywo. Nie, że aplikacja krzywo, tylko szwy się wiją... Efekt bardzo mi się podoba!

Kolejna URATOWANA BLUZKA wygląda tak:

Tu było trudniej, bo nosiłam ją jakiś czas JA i miała kilka plam... Żeby je OMINĄĆ musiałam skroić nowe ramię (poniżej oryginalnego) i nowe podkroje szyi (które obszyłam resztką białej bluzki z powyżeja) a także karczki na przodach.

... ale jest haczyk:

"Mama! Pani od angola zwracała dziś na mnie większą uwagę... pewnie przez jasno-niebieską bluzę..."

więc uwaga z kolorami :D

Dziś od rana bardzo wieje. Dzieciaki sądzą, że to IDEALNA POGODA NA KASZTANY :D Przy okazji sprawdzę, czy w warzywniaku, jak zwykle, nic nie ma :D Słońce wyciągnie mnie z domu i będę tego żałować, wlokąc za sobą siatę z dynią... i może śliwki, jeśli będę miała szczęście i będą...

Od soboty nie straszna mi już słota. Kris kupił mi parasol z Benettona  w cenie outletowej i w kolorze: benettonfiolet! co po polsku oznacza mniej więcej: dzikiwrzos. Macie pojęcie jaką TO MA MOC! i jak to się pięknie komponuje ze ZŁOTĄ DYNIĄ i RUDYM KASZTANEM :D 

Na koniec spis lektur:

Kupiłam sobie (na allegro, bardzo tanio, nówki!) w prezencie urodzinowym. 

PS. Pan Jacek Dehnel pisze smakowicie! co za język! jego historie są zajmujące i przejmujące :O bardzo polecam! 

Rozmowy damsko-męskie. Wiszę na bezprzewodowym, Kris siedzi na kompie. Ja: O! 5 osób na brumBLOGu lubię to! ; Kris zgryźliwie: "5  i w tym ja..." ; Ja optymistycznie: No... i ja, ale nie szkodzi! i tak lubię. Kris: "Ciekawe, czy nas liczy jako dwie, czy jedną?" ; Ja: sprawdźmy! ; Kris: "To gaszę!" ; Ja: To gaś na trzy! TRZY! ; Kris: "Już! ...i jak?"; Ja: "6... teraz jest sześć" :O

Z oddali, bez sensu, słychać znany szlagier: im więcej ciebie tyyym mniej...

Czy Tu Czy Tam.

brummblogging

 Książka to kosztowne i niebezpieczne hobby. Wciąga BARDZIEJ NIŻ ZIOŁO i ma poważniejsze skutki społeczne niż alkoholizm. Kto raz spróbował na długo zapamięta TEN DRESZCZ i najprawdopodobniej zechce spróbować znowu... i znowu... i jeszcze!

 Im dalej w las, tym więcej papieru.

Przekazano mi w genach RYZYKO UZALEŻNIENIA. Pochodzę z rodziny z tradycjami :O i jestem PODATNA. Mam mózg zdeformowany w obszarze odpowiadającym za samokontrolę i dozowanie przyjemności. Jestem jak wściekły pies Pawłowa wystarczy, że usłyszę biblioteka, a już zaczynam bezwiednie pocierać dłońmi o uda.

Raz na jakiś czas wpadam w ciąg.

Pożyczam kasę od Krisa, KUPUJĘ I CZYTAM!

Nie ma mnie dla nikogo. Snuję się poczochrana, zmierzwiona I SIĘ ZANIEDBUJĘ. Odpowiadam półsłowkami i nie na temat. Nie odbieram telefonów, nie wychodzę, nie dosypiam, nie uprawiam... nawet brummBLOGa. Wszystko odkładam na potem. 

Powrót do rzeczywistości jest bolesny. Kac gigantyczny! oczywiście wiadomo, że najlepiej zadziałać metodą klin-klinem... zwalczam jednak tę myśl i WŁĄCZAM PRALKĘ.

Od góry się wdzięczą:

  • "Kwiaty na Poddaszu" V.C. Andrews (pożyczona; w moim nałogu wspierają mnie znajomi) rzecz słaba i niewarta wzmianki.
  • "Mroczny zakątek"  G. Flyyn mało prawdopodobna i słabo uzasadniona psychologiczne fabuła, w zasadzie pozbawiona napięcia i głównie przynudzająca; niespodzianka na zakończenie nie ratuje całości.
  • "Ofiary" M. Billingham dobrze napisana, momentami bardzo brutalna, intrygująca książka z interesującymi postaciami i fałszywymi tropami dla czytelnika z zacięciem detektywistycznym; na koniec suspens i nieoczekiwany zwrot akcji. Jest napięcie jest zabawa!
  • "Balzakiana" J. Dehnel lektura ambitna, podobno majstersztyk psychologiczno obyczajowy; właśnie się za nią zabieram.

Poza tym co widać, przeczytałam jeszcze (czego nie widać)

  • "Poznam sympatycznego boga" którą to książke Eric Weiner BEZCZELNIE napisał tak, JAKBYM SAMA TO NAPISAŁA, gdybym umiała i ukradł mi przy tym sporo żartów... i kilka pomysłów. Sympatyczna, zabawna  i pouczająca.

oraz

  • "Rzekę krwi" Tima Butchera, którą to książkę doczytałam do 2/3 objętości bez przerwy ziewając. Na koniec rzuciłam ją w kąt nie mogąc opanować zniecierpliwienia!

Kiedy się otrząsnęłam i rozejrzałam wokół PRZYTOMNYM WZROKIEM, ujrzałam mój SMUTNY, PUSTY I OPUSZCZONY BLOG. Naturalnie wpadłam w popłoch i 89 razy zadałam sobie pytanie, co mogłabym pilnie i ładnie uszyć, żeby zmontować wspaniały wpis i wszystkich zachwycić? co mogłabym? no co? lecz pytanie to pozostało bez zadawalającej odpowiedzi :D

Przypomniałam sobie, że szykowałam się do szycia żakietu z tegorocznej, czerwcowej "Burdy", nawet już skopiowałam wykrój i wybrałam tkaniny, ale ogarnęło mnie TAKIE ZNIECHĘCENIE... że postanowiłam trochę poczytać :D

Żakiet ten przyciągał mnie i odpychał z równą siłą.

Od dnia, kiedy otworzyłam żurnal kręcił mnie i odstręczał zarazem...

i tak mu z resztą zostało do dziś :D

Macie to samo?

Rozmiar 42 nie odpowiada rzeczywistości (normalnie poszłam jeszcze raz sprawdzić, pogrzebać w kopercie i przekonać się, że narysowałam 42) i JEST WIELKI. W związku z tym musiałam przeskalować moje przedsięwzięcie i uznać, że uszyłam kurtkę. Nie znalazłam w opisie zbyt wielu wskazówek dotyczących odszycia rękawów (chyba na mózg upadłam, że zachowałam te rozpory do łokci) i NIE UMIAŁAM ich wykończyć, szlag mnie trafiał i prułam czetry razy! Poza tym dwurzędowy przód zachodzi głęboko aż do cięcia przodu, w którym ZAPLANOWANO KIESZONKĘ :O więc guzik przypada na worku kieszeniowym... KLOPS...

Długo się wahałam, czy się zabierać za dłubanie DZIURKI NA GUZIKI Z WYPUSTKĄ i dobrze, że się przełamałam, jest niezbyt upierdliwa, a świetnie zdobi wydatne poły.


Dziurka jest ślepa, wykonałam ją tylko z jednej strony :D

Kurtka szyła się dość dobrze. Dżins spisał się doskonale! niezbyt się gniecie i fajnie się układa. Bezeca (znacie takie słowo? to termin używany przez moją matkę) wykonałam z beżowego, masywnego dżerseju - DŻINS I DŻERSEJ dobrana para - który pięknie kontrastuje z niebieskim wierzchem. 

Wybrałam brązowe guziki naśladujące skórę i naszyłam ich ZBYT WIELE tu i tam i jeszcze na rękawach.

Nienawidzę przyszywać guzików na stopce. W dodatku w TAKIEJ ILOŚCI :O i w takich niedostępnych miejscach! gorzko żałowałam, że  w ogóle się oderwałam się od czytania...

Dobrze wygląda stójka, krojona jest wraz z przodami i jest łatwa do uszycia. Lubię kieszonki wpuszczane w szwy; te wykończyłam wewnątrz beżowym dżersejem i sa bardzo ładne. Plecy, biust i rękawy są poprawne i w zasadzie NIE MA SIĘ CO CZEPIAĆ.

Podszewka w beżowo/oliwkowe paseczki okazała się MOJĄ OSOBISTĄ porażką... trudno o niej powiedzieć, że SIĘ STRZĘPIŁĄ, ona po prostu znikała! 

Do tego żakietu, który się okazał kurtką wczesnojesienną, zeszyłam sobie jeszcze KOMIN

z kawałka czekoladowej, cieniowanej wełny MokrymWielbłądemZalatującej:

I wykombinerkowałam KOLCZYKI w stosownym klimacie:


I na całe szczęście dziś POPSUŁA SIĘ POGODA :D

co dla mnie oznacza rychłe JesienneSięLansowanie!

PS. Dziś z okazji ŚWIATOWEGO DNIA HIGIENY JAMY USTNEJ wszyscy przed snem myjemy ząbki! bez wykrętów :D

Małej Idze nie musze przypominać o celebrowaniu święta, bo każdorazowo myje zęby PO DWA RAZY (staje przy umywalce, myje, płucze i dla pewności nabiera pastę ponownie i znowu szczotkuje) w tym samym czasie - symultanicznie - zajadając pastę wprost z tuby :O

KKK w kolorze Krwi i kolorze Trawy.

brummblogging

Mam na półce dwie bardzo słabe książki, których nie chcę dłużej trzymać w domu. Wymyśliłam, że będą doskonałą nagrodą w moim tytułowym:

Kulturalnym Konkursie Książkowym.

Odsłona pierwsza - w kolorze Krwi - będzie dotyczyła mojej blogowej strony Fejsbukowej. Warunkiem uczestnictwa jest "lubienie Brummbloga"; w tej chwili mam 25 lubiaczy, lecz nowi wielbiciele witryny nie będą w żadnen sposób dyskryminowani, uznaję bowiem, że nie polubili mnie dotąt tylko przez zwykłe zagapienie/niedopatrzenie.

Pod wpisem konkursowym - na Fejsbuku - należy umieścić komentarz, który będzie krótką antyrecenzją dowolnej książki (jeśli ktoś nie czyta, ale postanowił zacząć, przez wygranie konkursu w kolorze krwi, może antyrecenzować choćby książkę telefoniczną). 

Nagrodą jest beznadziejny kryminał Kamili Lackberg "Kamieniarz"

Uroczym dodatkiem do tej jałowej lektury jest broszka w odcieniach czerwieni.

Moja recenzja: K. Lackberg "Kamieniarz". Książka napisana jest prostym i naiwnym językiem, który opisuje liniowy i płaski świat; w nim z kolei - poooowoooliii - rozwija się, nad wyraz nieskomplikowana, fabułka; brak tu trupów i brak napięcia, więc nadaje się dla Twojej babci, nawet jeśli ma słabe serce.

Postaci są papierowe, całkowicie pozbawione uzasadnienia psychologicznego i jakiejkolwiek głębi; zakończenie jest zaskakujące, ale jest to ten rodzaj zdziwnienia, który ogarnia nas, kiedy okazuje się, że spośród 30 osobowej wycieczki gołąb narobił akurat na naszą głowę... Autorka  podobno jest kurą domową i skończyła tylko krótki kurs pisania powieści :O czyżby był baaardzo krótki i do tego korespondencyjny??

Zapraszam do zabawy! 

Odsłona druga - w kolorze Trawy - rozegra się TU, na blogu. Warunkiem uczestnictwa jest umieszczenie, pod wpisem konkursowym, komentarza, który będzie zalążkiem :D naszej przyszłej znajomości. Można się w nim przedstawić - dowolnym imieniem :D - opisać swoje dzieci, męża (jeśli warto o nim wspominać) pracę lub hobby, a także zareklamować swojego Bloga czy niekomercyjną stronę. Konkurs jest pomyślany w ten sposób, aby uaktywnić te z Was, które unikają komentowania, ale nie unikają zaglądania :D taka mała pułapka, a w pułapce zieleni się nagroda:


Książka Leonie Swann, pt "Sprawiedliwość owiec".

Książka jest równie słaba jak poprzednia i dokończyłam ja wyłącznie przez mój ogromny sentyment do zwierzątek pokrytych gęstym runem. Na resztę może spuszczę zasłonę milczenia...

Dodatkiem do lektury jest broszka w odcieniach trawy.

*Warunki szczegółowe:

Oba konkursy zakończą się w sobotę o godz 12.00 czyli w samo południe. Zwycięzcy zostaną wylosowani spośród wszystkich uczestników. Nagrody wyślę pocztą, na wskazane - przez szczęśliwców - adresy. Jedna osoba może zamieścić telko jeden wpis, ale może brać udział w obu konkursach! Nagrody są w bardzo dobrym stanie, raz przeczytane i to pobieżnie. Nie biorę odpowiedzialności za straty moralne spowodowane lekturą.

Jeśli będą potrzebne jeszcze jakieś reguły, wymyślę je na poczekaniu i dopiszę tutaj  

Moi drodzy oglądacze, żebyście sobie nie myśleli, że nic nie robię i to jest wpis zapchajdziura, to a owszem, robię! uszyłam nowe pokrycie na deskę do prasowania i nową wyściółkę do wiklinowego kosza na bieliznę. Nie pokazuję, ponieważ są to "dzieła" bardzo nieblogowe, choć bardzo konieczne. Kręcę również kwiatki; proszę oto zdjęcie zbiorowe moich ostatnich broszek:


PS. Rozmowy damsko męskie. Wprowadzenie: gromadzę w specjalnym pudle odpady, które nie powinny trafić na wysypisko, żarówki, baterie, urządzenia elektryczne itp; należy je umieścić w oznaczonych pojemnikach, znajdujących się, np w sklepach budowlanych. Ja: Musimy gdzieś pojechać i wywalić nasze NIEBEZPIECZNE ODPADY. Kris "Do lasu!"  :O

 

Rozwiązanie konkursu.

Uczestnik Kura D.

za rezygnację z nagrody książkowej

zostaje zdyskwalifikowany!!!

i za karę dostaje: broszkę

w barwach kurzego upierzenia ze środkiem w odcieniu kurzego dzioba. 

 

 

Uczestnik Pracownia Weekendowa - zupełnie nieoczekiwanie - wygrywa książkę o owcach i broszkę w kolorze trawy.

Uczestnik MaGo otrzymuje nagrodę w postaci nudnego kryminału i broszkę w odcieniach krwistych.


  Nagroda specjalna 

- dla osoby, która w ogóle nie brała udziału w konkursie  -

przypada

niestrudzenie lajkującej Ewie P.

i jest to  broszka w odcieniach wrzosu i różu.

 

 Dziewczyny proszę o Wasze adresy na mojego blogowego maila.

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci