Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : kurtka

Kurtka na Wacie!

brummblogging

Dzięki oślemu uporowi wyszarpałam sobie we wrześniu spory kawał porządnego lata. W związku z tym, zdążyłam z pikowaną kurtką dla Igi, w kolorze barbie pink i jesień mnie nie zaskoczyła! Wprawdzie próbowała dziś rano porwać mi psa razem ze smyczą  - nie dziwię się, mam fantastyczną linkę z TK Maxxa! - ale pomyślałam sobie: niedoczekanie! 19.90 piechotą nie chodzi i dzierżyłam z całych sił. No, musiałaby się trochę bardziej postarać niż 48km/h i zachmurzenie duże, z przelotnymi opadami. W dodatku czuję, że pokonamy ją z Igą jej własną bronią, czyli kolorami.

kurtka pikowana

 Skorzystałam z tamtego wykroju, wszystko pasuje, jak ulał i płcie mi się wreszcie zgadzają z zaleceniami Burdy i po bożemuMusiałam tylko porządnie przedłużyć, troszkę poszerzyć, przemodelować główkę rękawa, skroić szerszą stójkę, uwzględnić rodzaj zapięcia, zaplanować kieszenie w szwach bocznych, zszyć i voila! 

pikowana kurtka

Ponieważ nie miałam żadnych fajnych dodatków i było mi strasznie łyso, naszyłam na prawym przodzie elegancko wykończoną kieszeń. Teraz jest odrobinę lepiej, choć naszywanie kieszeni na gotową kurtkę jest dużym przeżyciem, nawet dla doświadczonej krawcowej. 

kurtka pikówka

 Wielu wrażeń dostarczyła mi też tkanina, która po bliższych oględzinach okazała się być nie pikówką, tylko zgrzewówką... Tam, gdzie powinny przebiegać przeszycia, są tylko punktowe zgrzewy, łączące wierzch z ocieplaczem. Przemysł tekstylny oraz inwencja sprzedawców z allegro nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Na swoje usprawiedliwienie mam oczywiście tylko - cenę okazyjną.

 kurtka pikowana

Mam nadzieję, że nie zaczną z niej, za tydzień, sterczeć kulki i sypać się kłaczki, jak z kurtki Krisa, która kosztowała dwie stówy i że zgrzewy nie popuszczają w praniu. Nadzieja ta wiąże się ściśle z chęcią posiadania podobnej kurtki, może tylko trochę mniej w kolorze barbie, a bardziej w odcieniu oliwki. Muszę się chyba spieszyć, bo za oknem jesień gnie drzewa do ziemi i widzę, że dziewczyna naprawdę ostro wzięła się za robotę. 

Ech, do czorta!

brummblogging

Staram się nie narzekać na pogodę, naprawdę bardzo się staram. Od początku listopada trzymam gębę na kłódkę i cierpię samotnie, w milczeniu. Noszę się warstwowo. Wielowarstwowo, jak jakiś cholerny polarnik! i otulam się szczelnie. Drętwieję z zimna i sinieją mi końcówki. Zgrabiałymi, sztywnymi palcami dopinam ekspresy pod samą szyję. Okręcam się dwumetrowymi szalikami. Na próżno. 

Wieje wciąż. Od dwóch miesięcy dmie nieprzerwanie. Dmucha bezlitośnie, szarpie mnie za poły, targa mi siaty i łeb urywa. Wciska się do mieszkania drzwiami, oknami, kominami i hula, gula. Mojego gula. Może idzie na rekord w skali Beauforta? Może koniec świata jest bliski, a może to zemsta Putina? Nie mam pojęcia, ale każde wyjście do zieleniaka jest dla mnie wyzwaniem, a każda aktywność mordęgą. Mielę kończynami chaotycznie i bezładnie, z trudem łapię oddech, oczy mi łzawią, gile mi lecą, kijki mi z rąk wyrywa i potykam się co trzy kroki. 

 W takich okolicznościach doceniam po storkoć wszystkie zalety mojego fantastycznego windstopera. Pamiętacie moją Malinową Nową? wprost nie znajduję słów aby opisać wszystkie jej zalety. Nie ma dnia, abym nie podziwiała tego nadzwyczajnego osiągnięcia przemysłu tekstylnego! Rozważałam nawet przez chwilę uszycie sobie, z pozostałego niebieskiego sofshella, śpiwora typu mumia z suwakiem zasuwanym od środka i zasunięcie się w nim do połowy kwietnia, ale ostatecznie skroiłam kurtkę dla Marcela.

kurtka sportowa

Skorzystałam, jak zawsze, z "Burdy" tym razem z numeru 3/2013, ponieważ odnalazłam w niej wykrój na kurtkę dziewczęcą w rozmiarze 158. Wiem, wiem... przecież pamiętam, że mam w domu chłopca o wzroście 164, jednak w burdzie, jak w życiu, nie można mieć wszystkiego. Trzeba iść na liczne kompromisy odnoście wyglądu, wielkości, a czasem... płci. 

kurtka softshell

 Z modelem 148 wiąże się niezwykła historia. Otóż kopiując go, przypomniałam sobie, że zamierzam wkrótce szyć dla Marcela koszulę i zwróciłam uwagę na sąsiednią szpaltę, gdzie prężył się dumnie model 147, czyli koszula dla chłopca. Bardzo mnie ucieszył ten nadzwyczajny zbieg okoliczności, więc rozpoczęłam kopiowanie i... i już przy rozkładaniu arkusza zrozumiałam, że to ten sam wykrój. Ten samiutki! No nigdy nie uwierzycie, ale jeśli do kurtki dziewczęcej w rozmiarze 158 doszyjecie kołnierzyk na stójce, kieszonkę na przedzie i dwa mankieciki otrzymacie ni mniej ni więcej, tylko koszulę chłopięcą w tymże rozmiarze... No! czy to nie cud?

kurtka typu windstopper

 Cud! ale cuda nader rzadko się zdarzają, a już najrzadziej to w "Burdzie", więc i ten nie ma prawa się udać. Mimo, że pogłębiłam podkroje pach i poszerzyłam rękawy i tak, podczas podnoszenia rąk, co dzieciom czasem się niestety zdarza, kurtka się ciąga... i nie jest komfortowa. Drżę też na myśl, że uszyję z tego wykroju koszulę, a to dziwne dziecko będzie chciało ją założyć równocześnie z kurtką. I co wtedy? zaklinuje się biedak po wsze czasy.

kurtka sportowa softhell

Co ja tam jeszcze? Wybrałam czarne i szare dodatki. Przedłużyłam szablon do odpowiedniego wzrostu, dodałam prostą stójkę z prawie prostokąta i odszyłam kieszonki. W cięciach karczków przodu i tyłu umieściłam taśmę odblaskową. Nastębnowałam elegancką naszywkę. Tym razem szyłam bardzo grubą igłą i maszyna nie przepuszczała, ale każde uderzenie igielnicy było dla mnie ciężkim przeżyciem, bo igła waliła mocno i głośno przebijając się z wielkim trudem... 

kurtka sportowa windstopper

Oczywiście kurtka jest bez podszewki, a szwy pozostawiłam nieobrzucone. Oba te rozwiązania doskonale sprawdziły się w malinowej. Mało estetyczne, lecz bardzo praktyczne wykończenie. Mam mocne postanowienie, aby wewnątrz rękawów podszyć wiatrochronne rękawiczki, ale nie mam na stanie kawałeczka czarnej lycry. Szkoda, bo nie wiem, czy wiecie, ale ostatnio strasznie u nas wieje. Napisałabym więcej, ale staram się nie narzekać na pogodę... ech, do czorta! Teraz przynajmniej jesteśmy mniej więcej zabezpieczeni przed nieznośnymi porywami i... byle do kwietnia!

 

PS. Brniemy. Wieje i śnieg wali w nas poziomo. Ja: Coś mi wpadło do buzi. Może śnieg, może łzy, a może gluty? ; Iga: "Och mamo! tyyyle możliwości!"  ...Ironistka, po ojcu...

Malinowa... nowa...

brummblogging

To jest bardzo długa historia. Z tą malinową. Absolutnie wszystko, od kupna tkaniny aż po kolejne etapy szycia, niemożliwie się p r z e c i ą g a ł o. Tygodniami. Miesiącami... Trudno mi to wytłumaczyć, bo bardzo, bardzo chciałam ja mieć, a za nic w świecie nie chciałam jej szyć. Ani kroić. 

Zaczęło się od tego, że próbowałam sobie, ze wszystkich sił, podobną (niekoniecznie malinową) kupić. Wkrótce się okazało, że nie dla psa kiełbasa... Następnie zaczęłam się interesować tkaninami sportowymi i szukać odpowiedniej w internecie szerokim. I szukać. Interesować się i szukać. W końcu znalazłam, więc zaczęłam jej się przyglądać i kalkulować. I przyglądać i obliczać. Znowu spróbowałam sobie podobną kupić, ale mimo cen wyprzedażowych kiełbasa wciąż była niedostępna dla psa. Wszystko to zajęło mi kilka miesięcy. 

Dwudziestego lutego wreszcie się zdecydowałam na zakupy. Taadaam! Pochwaliłam się nawet na FB pięknymi tkaninami softshell i zapowiedziałam, że będę s z y ć! Wykroju szukałam cztery tygodnie. Najpierw, że w żadnym razie nie reglanowy rękaw. Później, że jednak może reglan, bo taki krój ma moja stara. Potem, że jednak nie reglan... w żadnym razie! Rozmiar był też problematyczny. 42 może? może, ale żeby mieć swobodę ruchów i wymachów, może 44? ale czy nie będzie za duża? i się nie zaplątam w jej bezmiar? no! to 44, ale jeszcze dodam porządnie na szwy. P o r z ą d n i e.

Kroiłam drżącą ręką. Pochwaliłam się 24 marca na FB, że wszystko wycięte i gotowe, ale taka byłam zestrachana, że znowu odłożyłam robotę. Nawet starałam się nie patrzeć w tamtą stronę, bo chociaż bardzo, bardzo chciałam tę malinową mieć, to za nic w świecie nie chciałam jej szyć!

No i nadszedł 13 kwietnia i wreszcie jest! Piękna, malinowa, softshellowa typu windstopper, sportowa kurtka brummisiowa. Klękajcie narody! Moja zemsta na odzieżowym przemyśle sportowym wreszcie się dokonała! Lans na poligonie gwarantowany. Teraz, teraz jest już na nią trochę... za ciepło, ale przecież jesień za pasem i wiatr, i liście z drzew, i chmury się przewalające tuż tuż. Malinowa... nowa.

kurtka sportowa

No? opylało się czekać od grudnia? Kto zemdlał, niech się co prędzej przecknie! Choć było ciężko, wybrałam wykrój na bluzę  0011, z "Burdy Klasyka" 2/2013. Skopiowałam rozmiar 44, a później truchlałam na myśl, że będzie za duża. Jednak jako że lepsza dużo za duża niż troszkę za mała, dołożyłam od siebie sporo na szwy. Na próbę postanowiłam ją całą spiąć szpilkami przed szyciem. Całą. Szpilkami i przymierzyć. Tylko, że szpilki nie chciały się w to wbijać... i szlag mnie trafiał i drżałam z obawy przed tym rozmiarem, więc pokłułam się cała... ale przymiarka wypadła nad podziw!  i rozmiar był w sam raz. 

kurtka softshell

Wyszarpałam z niej ten tysiąc szpilek i zaczęłam szyć. Tylko maszyna nie zaczęła razem ze mną, bo przepuszczała i łapała co dwudziesty piąty ścieg. Załamka. No to nić grubą, cienką. Nic. Igłę to taką, to śmaką. Nic! to naprężenie nici, albo docisk stopki, a może bluzgi, bluzgi? naprężenie nici? i w końcu zaczęło się pożal się boże szycie z nawrotkami i poprawkami tam, gdzie najbardziej poprzepuszczane.

kurtka sofshell

Wkrótce utknęłam na kieszeniach. Nigdy jeszcze, nigdy przenigdy nie szyłam kieszonek z suwakiem, a tu mam grubaśną tkaninę (od spodu jest jakby polarowa) przepuszczającą maszynę i zestresowaną krawcową. Przeczesałam sieć i znikąd pomocy. Całkiem sama musiałam się pocić i kombinować. Zagadka: gdzie jest kieszeń?

kurtka sofshell

A kuku! tutaj. To znaczy tam! Ukryta w cięciu, w którym (na swoją zgubę) umieściłam jeszcze taśmę odblaskową.  Dobrze, że ja taka zdolna jestem, bo nie wiem doprawdy jakby się to skończyło. W każdym mąci razie, po tych kieszeniach sądziłam, że teraz to jeszcze trzy szwy i z bani. Oszacowałam czas trwania prac na 40 min.

kurtka sportowa

I było 40 min! wkurzonej krawcowej. Takich min, to w życiu nie widziałyście, a każdą jedną mogłabym spokojnie wygrać międzynarodowy konkurs dziwnych min. Robienie ich i kończenie kurtki zajęło mi pół dnia... mimo, że nie obrzucałam ani jednego szwu i wykonywałam tylko banalne, proste ściegi. 

kurtka damska

Tkanina okazała się bardzo wymagająca, a moja maszyna strzeliła focha. Tam, gdzie ją szyłam złożoną prawą stroną do prawej, jakoś dziergała, ale kiedy chciałam stębnować dół kurtki, czy podwinięcia rękawów, o! to ani prośbą, ani groźbą, ani zmianą igły. Dąsy i fumy!

kurtka sportowa

Musiałam to wszystko jakoś czuć przez moją krawiecką skórę już od grudnia. Tylko w ten sposób można wyjaśnić moją opieszałość w stosunku do malinowej. Zwlekanie, odkładanie na bok i granie na zwłokę. Koniec końców pociesza mnie to, że narody klęczą, zemsta się dokonała, a ja mam wspaniałą, profesjonalną kurtkę sportową za 1/10 ceny rynkowej. I tylko słabnę na myśl, że czeka mnie szycie dwóch kolejnych...

Na koniec,

ale jeszcze przed pe-esem,

chciałabym Was zapoznać z ciekawą akcją grupy Szczecin Szyje:

Wszystkie szczegóły akcji zawarto tam: Szczecin Szyje Patchworki 

zachęcam do poczytania, wspierania lub udziału w przedsięwzięciu.

Bardzo fajny pomysł na promowanie krawiectwa!


PS Iga gada bez przerwy, jak nakręcona i gęba jej się nie zamyka. Tolerujemy to do czasu... do czasu, kiedy komuś z nas pęka żyłka. Kris: Iga! natychmiast przestań gadać, albo ci zakręcę kurek z bananami!"

Nowy łach.

brummblogging

Zazdrość straszna rzecz. Pamiętam z lekcji religii. Straszna i głupia. Taki przykładowo złodziej, ukradnie i się cieszy. Zazdrośnika zaś gniecie i uwiera, nic z tej zazdrości nie ma tylko strapienie, udrękę i grzech. Nie to co złodziej... chociaż też grzech. Pamiętam z religii, ale pozazdrościłam modelce z lutowej "Burdy". Trzeba mi było lepiej iść na budowę PKM i zwinąć dwa podkłady... a tak mam tylko zgryzotę i udrękę. I łacha. 

Zachwyciła mnie Kurtka safari, model 128 ze wspomnianego magazynu, w rozmiarach dla kobiet wysokich. Modelka wygląda w niej trochę niedbale, zupełnie bezpretensjonalnie, zgrzebnie i siermiężnie a przy tym interesująco i pociągająco. Taki łach z klasą. Ogarnęła mnie wprost nieprzeparta chęć posiadania oraz wyglądania siermiężnie i interesująco zarazem. Zazdrość zaćmiła mi umysł i kąsała ciało. 

Wiedziałam, że w szafie leży kawał taniej, odpowiednio łachowatej bawełny w idealnym kolorze siermiężnego safari. Leży tak, jakby czekał na tę zimową "Burdę", tamtą bezpretensjonalną modelkę, słomę w kącie, deski w tle, krzesło w stylu retro, krótką kurtkę w stylu sportowym i moją zazdrość. Straszna rzecz... gdyż w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że tak dokładnie uda mi się osiągnąć siermiężność, niedbałość i zgrzebność łacha, tak doskonale przy tym zaprzepaściwszy interesujący i pociągający look żurnalowy!

kurtka sportowa

Zdaję sobie sprawę, że kurtka na zdjęciu wygląda niczego sobie, ale uwierzcie mi, to jest prawdziwa puszka z Pandorą! jeśli tylko rozsunąć suwak, to wychodzą z niej na świat wszystkie możliwe klęski, dramaty i niedole krawcowej.  

kurtka safari

 Tuż po skrojeniu uznałam, że nie wystawiam owerloka, skoro kurtka będzie wykończona podszewką. Następnie doczytałam, że podszewka i owszem jest, ale nie obowiązuje w rękawach... bardzo mnie to zaskoczyło, jednak wciąż trzymałam się postanowienia o niewyciąganiu owerloka. W efekcie wewnątrz jest kilka beznadziejnie wykończonych, dość widocznych i fatalnie postrzępionych szwów.

kurtka sportowa

Szycie wierzchu z lekko ciągliwej bawełny poszło mi całkiem znośnie i wszystkie cięcia mi się zgodziły, co bardzo mnie zdumiało. Jednak uszycie identycznych wygibasów z podszewki okazało się mordęgą... po połączeniu tych obu i ujęciu podszewki w podkroju pachy, przody zaczęły się potwornie marszczyć i ciągnąć... Odpruwając podszewkę pod pachami (postanowiłam pozostawić jej przody zupełnie swobodnie) rozdarłam ją... taaak! r o z d a r ł a m! i teraz mam tam fruwającą, rozdartą podszewkę, tuż przy strzępiącym się i źle wykończonym szwie. 

kurtka sportowa

Patki kieszeni są tak grube, że nie udało mi się ich wcisnąć pod stopkę maszyny i dziobałam je ręcznie, niezbyt zgrabnym ściegiem. Rożki stójki wystrzępiły mi się natychmiast po jej wszyciu... suwak miałam zbyt długi i doszyłam do kurtki pasek, który zupełnie zmienił jej proporcje... oczywiście przód, wzdłuż linii zamka też jest nieprzestębnowywalny...

Rozmiar, co prawda się zgadza, 84 czyli odpowiednik rozmiaru 42, ale czterdzieści lat przebywania w silnym polu grawitacyjnym Ziemi zrobiło swoje i mój biust wypada trochę poniżej... oczekiwań... trochę. Słowem nie trafia dokładnie tam, gdzie jest dla niego miejsce w kurtce.

kurtka safari

Na koniec przy ręcznym, krytym zszywaniu dołu i podszewki wyjechałam na prawą stronę i widać tam teraz ciemną nić i moje krzywe ściegi... guziki przyszyłam po nieodpowiedniej stronie mankietów. Powinnam teraz wydziergać dziurki (oczywiście odpruwając wcześniej guziki) ale po prostu się boję... po raz kolejny otwierać tę puszkę i dokładać sobie zgryzot.

Kurtkę szyłam cztery dni (to jakiś ponury rekord) piątego ją wykańczałam, a jeszcze do dziś nie wszystko jest zrobione, jak należy. Niech więc będzie, jak przystało na łacha, z dziurami, z brakami, niedoróbkami i po przejściach. Niedbale, zgrzebnie i całkowicie bezpretensjonalnie. Zazdrość straszna rzecz. Mówię Wam! 


PS Kris trzyma głowę na Leniwcu, a nogi na przeciwległym podłokietniku. Ja zdegustowana: Trzeba teraz jeszcze coś na nogi uszyć. Kris: "Bez przesady, nóg przecież nie mam takich brudnych."

Dziura.

brummblogging

Moje macierzyństwo jest dziurą we mnie. Czeluścią, gdzie nie ma mnie. Umiem to dostrzec dopiero teraz, kiedy powoli się wygrzebuję. Powracam. Zaczynam myśleć o sobie w liczbie pojedynczej. Jestem odrębna. Osobna. Wywieram presję, aby moje potrzeby i aspiracje były dostrzegane. Tupię nogami i wrzeszczę domagając się prawa do ich realizacji. Chodzę na kupę sama, kiedy mi się chce, a nie wówczas, gdy mam wolną chwilę!

Dziura pochłonęła wszystko. Dziesiątki nieprzeczytanych książek i godziny nieodsłuchanej muzyki. Nieuszyte sukienki. Nienoszone szpilki. Nieużywane kosmetyki. Spotkania, koncerty, filmy... Wpadli do niej znajomi bliżsi i dalsi. Pory roku nieużywane. Niepotrzebne daty, całymi rocznikami, przepadły. 

Świetnie ją dokumentuje brak. Luka w mojej kolekcji "Burd" i w mojej głowie.

Przepadło leniuchowanie. Próżnowanie. Słodkie bąków zbijanie. Nic niegotowanie!

Wyłażę już nie tamta. Wypadnięta ze wszystkich obiegów. Nieaktualna. Wydaje mi się, że mam ledwie trzydziestkę... nieumyślnie kłamię w ankietach. Trzeba mi podpowiadać, że 2013. Wpisać w rubryczkę. Dziura w głowie. Unoszę wysoko brwi dwaaaa? dwa tysiące? dwa tysiące trzynaście? jakżesz to się stać mogło... 

Nie czas utyskiwać, ani pomstować zanadto (ale żeby już dwa tysiące... i trzynaście?) mleko już się rozlało i las spłonął razem z różami. Trzeba brać dupę w troki. Czytać i słuchać. Nosić i używać. Spotykać się i oglądać. Brać udział. Podróżować. Psa kupić. Samotnie spacerować. Trenować. Kupować "Burdy" i szyć! Wszystko! Wszystko to, nie zapominając o leniuchowaniu, próżnowaniu, nic niegotowaniu i zbijaniu bąków! 

I jeszcze pisać brummBLOGa. I kochać FB, choć go wszyscy już zdążyli znienawidzić.

I pojechać w nocy na plażę oglądać deszcz meteorytów!!!

...no dobra... z meteorytami może się zagalopowałam.

 Żeby nie być gołosłowną: czytam "Życie Pi" (bardzo polecam, książkę właśnie można kupić w Biedronce za 24zł) oglądam, a raczej już obejrzałam, uprzednio "Life of Pi" (zachwycający!) słucham UL/KR (także na żywo! fantastyczna muzyka i fenomenalny wokal! a Król Be jest tylko jeden!) i szyję. Och! szyję pelerynę.

Prawda, że szalony i absurdalny pomysł? na szczęście nie mój, tylko "Burdy" :D

Peleryna w rozmiarze 122; wcale nie powiększana, gdyż za bardzo nie wiedziałam, co miałabym powiększać? :O Model 138, żurnal archiwalny z roku 2008 (wiem... trudno uwierzyć, ale mamy już 2013) Uszyta z ortalionu* hłe hłe hłe i wykończona wiskozową* hłe hłe hłe podszewką. 

* ani nie wygląda jak ortalion, ani nie szyje się jak ortalion i nie jest wcale wodoodporny, przeciwnie pięknie naciąga wodą, która tworzy na nim urocze, ciemne  plamko-cętki... jak wyschną, pozostają po nich purchle.

* nie wygląda jak wiskoza (jest sztywna jak cerata) ani nie szyje się jak... co ja mówię!  wcale się nie szyje! Maszyna przepuszcza i rwie nici...

Na etapie wymyślania uznałam, że taka wspaniała ortalionowa hłe hłe hłe... przeciwdeszczowa (taaa... jasssne!) peleryna, nie może się obejść bez kaptura. Skopiowałam więc najbliższy kaptur i odszyłam go jako tako. Miał być dopinany, ale wśród swoich 248 suwaków, zajmujących trzy kartony nie znalazłam odpowiedniego. Wszycie kaptura do - i tak już zatłoczonego - podkroju szyi było przedsięwzięciem ryzykownym. Wyszło całkiem znośnie.


To zdjęcie sugeruje, że nie posiadam umiejętności pozwalających na połączenie wierzchu z podszewką, na linii dołu. Nic bardziej mylnego. Posiadam! po prostu wybrałam inne rozwiązanie :D bardziej... swobodne. I niewymuszone. 

Peleryna jest nie tylko nieprzemakalna hłe... hłe... ale także komfortowa :D dla wygody posiada dwa otwory na ręce, żeby można było wystawić witki i się przywitać, lub podrapać w nos. Od wewnątrz otwory wykończyłam ręcznie. Ni cholery nie mogłam normalnie przebić się igłą (porządną, czeską) przez te wiskozy i ortaliony. Zrozumiałam moją maszynę w jednej chwili! też bym przepuszczała jak najęta, gdybym mogła.

Guzików potrzeba było cztery, ale miałam tylko pięć, więc zabrakło mi jednego :D

Musiałam oszukiwać...  tzn blefować! jak zwykle. 

Kaptur przynależał do kurtki w rozmiarze 134. Jednakże Idze, ma łeb nie od parady, sięgał ledwie do połowy kości ciemieniowej... musiałam powiększyć go o środkową plisę. Klątwa kapturowa nadal mnie dosięga. Dwukrotnie przeczytałam spis części wykroju i kilka razy opis szycia kaptura - "Burda" plisy nie przewidziała. Taka jest... nieprzewidywalna!

Konkludując: uważam, że peleryna to fanaberia! 

Pomysł dla kogoś, kto nie ma co począć ze swoim czasem i z ortalionem.

Ale! ale... trudno się oprzeć jej absurdalnemu urokowi!


Przypominam, że akcja trwa!

tekst alternatywny


PS Wywiadówka. Pani: "To może pani Beata znowu kupi książki! w zeszłym roku wybrała piękny album, pt "S.Z.T.U.K.A." ;  Ja (czyli ww. pani B) robię dziwną i tajemniczą minę; Mama jakaś: "Ta książka to były w ogóle wywalone pieniądze! moje dziecko nawet do niej nie zajrzało!!! mam czworo dzieci i żadne jej nie chciało czytać. Nawet ja próbowałam i mi nie poszło!!!"  Ja: bezwładnie osuwam się pod stolik... 

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci