Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : zakiet

Złodzieje.

brummblogging

To nie jest kraj dla starych ludzi, mówię Wam. Im dłużej żyję, tym dotkliwiej to odczuwam. Weźmy na przykład takie świętowanie po polsku. Dwa tygodnie haruję, sprzątam, myję, piorę, pucuję. Biegam z siatami. Nie dosypiam i nie dojadam, aż tu nagle bum, bach, bęc dwa dni siedzenia, bez ruchu, przy stole i  żarcia! Przeciążenia żurem i jajem na twardo są gigantyczne! To może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy organizm. Ja pękam w szwach i puszczam na łączeniach.

Na dodatek różne święta następują po sobie zbyt często. Ledwie jakoś przeczołgałam się przez Boże Narodzenie, a tu już Zajączek przebiera nogami i bukszpan podśmierduje... cóż począć? Umyłam jakieś losowo wybrane okno, ukręciłam dwa niezbyt udane ciasta, zrobiłam dwie sałatki i przyczaiłam się w kąciku. Obok kotów... kurzu. I kiedy już się ucieszyłam, że wszystko dobrze się skończy i operacja się uda... pacjentowi się zmarło. Ukradli mi godzinę!!!

 Oczywiście o świcie mi ukradli i myśleli, że nie zauważę. Złodzieje! Od tamtej chwili nie dosypiam i podjadam bez przerwy. Kładę się za późno i wstaję przedwcześnie. Nic mi się nie chce, na nic nie mam siły. Jestem w ruinie. Jestem wrakiem, cieniem siebie sprzed zmiany czasu. Każdego dnia, przynajmniej pięć razy szukam tej bezcennej, skradzionej godziny, zawsze stwierdzając jej dotkliwy brak. Nie zdążam. Obiad podaję o 19.12 nawet, gdy tylko odgrzewam sajgonki. To przecież może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy... a ja nic z tych rzeczy i to już od dawna...

 Zanim mnie zaorali tą zmianą czasu, trochę poszyłam. Ponieważ jestem sama sobie sterem, żeglarzem i... zajączkiem naszykowałam dla siebie małą niespodziankę: serwetę, bieżnik i serwetki. Trzęsłam się, jak świąteczna galareta krajając tę piękną tkaninę. Tłumaczyłam sobie, że zawsze mogę, z tego obrusa, uszyć coś zupełnie innego. Po świętach.

obrus z bawełny

Oczywiście nie, że dla siebie, pod prymulę, to po łebkach i byle jak. Skądże! Wszystkie rożki odszyte w uroczy i pracochłonny dzióbek. Całość pięknie odprasowana i oczywiście, kiedy tak drżałam nad tą tkaniną, to mi się żelazko zerzygało na bieżnik i moje problemy z przewidywaną plamą po ćwikle zniknęły, jak ręką odjął. Przesłonięte tą plamą... jakby po kupie. Zaraz potem plasnęłam na środek rozkrojoną, czerwoną paprykę.

obrus

Nie wiem, czy kogoś może zainteresować wielkie zdjęcie dzióbka, choćby był nie wiem jak pracochłonny i uroczy. Trudno! mnie też nie interesuje czas letni, a mi zrobili i muszę się męczyć. Na oliwkowych serwetkach miały być frędzle, ale niestety poszły do frędzlowego nieba. Odeszły... nie dało się nijak szyć pojedynczej warstwy tej tkaniny. 

serweta bawełniana

 Jeszcze wcześniej, przed autozajączkiem, zainspirowana narzutką z sieciówki, skleciłam sobie żakiet ze śmietanowej dzianiny. Wykroju szukałam jak zwykle w Burdzie i poza tym bla, bla, bla też jak zwykle. Wybrałam model 120, z numeru 1/2014 nazwany Mocnym Wejściem... i coś w tym jest. Uwaga, daję!

 żakiet

Mocne? Po pierwsze, żakiet w oryginale ma paski. Cóż z tego powiecie sobie? to samo pomyślałam. Potem zaś skrupulatnie kopiowałam wykrój, wraz ze wszystkimi dziwnymi oznaczeniami, jakich w życiu, na żadnym żakiecie nie widziałam. Przestudiowawszy plątaninę kreseczek na wykroju uznałam, że to są chyba - eureka! - oznaczenia wysokości pasków... do niczego niepotrzebne ani mnie, ani mojej śmietanowej dzianinie. 

 żakiet

Żakiet miał mieć niewykończone szwy. No... i się zaczęło... ale, że kieszenie też? a kołnierzyk? a klapy? to się przecież nie godzi! a szwy tu i szwy tam? niemożliwe, także niewykończone? bez przesady! Na ostatek wszystko zostało elegancko poobrzucane, i oblamowane. 

żakiet z dzianiny

Poza tym skopiowałam rozmiar 42 i okazało się, że to jest naprawdę rozmiar 42! Skandal!!! W każdym razie mało brakowało, a w ogóle bym go na siebie nie naciągnęła. Całość zszyłam normalnie, ale rękawki... uuułaaa! rękawki musiałam popruć i połączyć samym owerlokiem, główki im trochę poprzycinać i podkroje lekko pogłębić. Się działo, mówię Wam.

 żakiet z dresówki

Tradycyjnie już w żakiecie brak zapięcia... po tym mnie poznacie. Wciąż nie mogę się zdecydować, ani na guziki, ani na kołki, ani na zatrzaski. Zresztą, po komentarzach na FB, że to bardzo elegancki uniform dla pielęgniarki, jakoś straciłam cały impet twórczy i zawiesiłam go na kołku, w szafie. 

narzutka

W świąteczną niedzielę, kiedy zsynchronizowałam zegary i okazało się, że jestem spóźniona o godzinkę, szybciutko odnalazłam i szafę, i kołek, i żakiet. Narzuciłam go na biały trykot i wpadłam w zachwyt. Wszystko pięknie leży - no, może prócz jednowarstwowego kołnierzyka, który zbyt mocno naciągnęłam i ten akurat sterczy - świetnie się układa i w dodatku nikt, dosłownie nikt, przez całe przedpołudnie nie zawołał do mnie: siostro, basen! Jestem zachwycona. Sama sobie zaimponowałam, a nie jest to łatwe! Teraz czekam tylko, aż mi zwrócą moją zagrabioną godzinę. Niestety spodziewam się ją odzyskać dopiero jesienią. Dostanę ją wtedy, a jakże, i nie będę wiedziała co z nią począć. 

 PS Iga: "Ta bluza jest okropna!" ; Ja: Okropna? ; Iga: "Tak, okropna, jak koci wymiot!" Ja: Koci wymiot??? ; Iga: "Tak! jak koci wymiot z rękawami!"

Człowieku!

brummblogging

Gdyby ktoś mi powiedział, że w piątek 29 sierpnia, gdzieś pomiędzy borowaniem lewej, górnej siódemki, 3 km spacerem z dzieciarami nad staw, zakupami, sprzątankiem i gotowaniem obiadu, gdzieś pomiędzy tym wszystkim, w piątek uszyję żakiet na podszewce i jeszcze, w resztkach chylącego się słońca, zrobię zdjęcia... no, gdyby ktoś mi to powiedział, to bym mu odrzekła: człowieku! c z ł o w i e k u! hallloo! czy ty wiesz, ile to roboty, uszyć taki żakiet? na podszewce? człowieku...

Zdarzyło się to wyłącznie dzięki mojemu lenistwu. Żakiet z "Burdy" nr 4/2014 urzekł był mnie. Spodnie z tej stylizacji też mnie urzekły, na szczęście mam lustro na przedpokoju, w którym odbijam się do kolan i wagę w łazience, na którą staram się nie nadepnąć i wiem, że co to, to już nie. Ale żakiet i owszem urzekł mnie. Do kopiowania wykroju zbierałam się miesiąc. Następnie poszukiwałam tkaniny kolejne cztery tygodnie i, gdy w końcu wpadła mi w ręce odpowiednia, ułożyłam kupon starannie, na nim usterciłam wszystkie części szablonu, przycisnęłam to kwietniową burdą i znowu odczekałam kilka tygodni... aż się przemaceruje.

Później... jeszcze później wzięłam się za krojenie. Spostrzegłam, że bardzo dużo tkaniny schodzi na ten żakiet, co jest dość zaskakujące, gdyż jest kusy i wąski, a rękawki ma tak obcisłe, że jak za długo gmeram przy guziku, to mi odcinają dopływ krwi do dłoni... ale nic to, kupon był spory i się nie lękałam. Tym ciachaniem tak się zmitrężyłam, że znowu skitrałam żakiet na jakiś czas, a na myśl o naprasowaniu fizeliny... na myśl o tym, ze fizelina jest rozciągliwa wszerz, bo tkanina też trochę jakby "pracuje" i  szkoda to zaprzepaścić zwykłą fizeliną... na myśl o tym skitrałam żakiet jeszcze głębiej.

We czwartek wszystko odkopałam, nalepiłam fizelinę brrrr! i strzeliłam mobilizująca fotkę, którą umieściłam na brummBLOGGowym fanpejdżu. Otrzymałam oczywiście stosowne wsparcie, ale mimo tego, gdyby mi ktoś powiedział, że w piątek od 8.30 siądę do maszyny i pomiędzy borowaniem, spacerem, zakupami, porządkami i obiadkiem udziergam, a skończę jeszcze przed podwieczorkiem... to bym mu odpowiedziała człowieku! halloo!!! czło wie ku! jeśli to jest w ogóle możliwe, to wyłącznie dzięki lenistwu. Wszak na koniec zostało mi tylko zszycie przodów z tyłem i wszycie rękawów.

żakiet

Mamo, jaki on piękny jest! i wciąż mnie urzeka. Guziki są blefem, jeszcze nie wiem, jakie zrobię mu zapięcie. Jest wysoce prawdopodobne, że jeśli to odłożę na tydzień, zrealizuję za rok... co za różnica i tak się nie zapinam, a żakiet świetnie wygląda rozpięty, co dwurzędówkom rzadko się zdarza.

Zerkając do żurnala widzę, że proponują tam duży zatrzask od spodu, a na prawym przodzie dekoracyjną klamrę. Być może to całkiem niegłupie rozwiązanie, obawiam się jednak, że w polskiej rzeczywistości cena takiego dekoracyjnego zapięcia przewyższy cały koszt żakietu.

żakiet

Rękaw jest nietypowy i ma szew na szczycie. Wszywałam go inaczej, niż kazała burda i niełatwo było, gdyż w miejscu łączenia - na szczycie główki rękawa - powstaje taki dziubek... trochę go wyokrągliłam i złagodziłam, żeby się tam w ogóle jakoś wyrobić i na szczęście, mimo profanacji dzióbka, ramię układa się znakomicie! Nie tak, jak w żurnalu, bardziej miękko, naturalnie, swobodnie i po prostu fantastycznie! czuję się w nim trochę jak Sośnicka... aleją gwiazd! aaaaleeejąąą gwiazd bieeegnieeemyyyy! jednak brak mi blond tapira.

żakiet

Z tyłu zastosowano dziwny zabieg konstrukcyjny, coś w rodzaju paska. Byłam zaskoczona i zdezorientowana, ale wszystko dobrze leży na sylwetce, więc już nie będę stękać. Przód też ma nietypową formę, ale wszystkie części pasują do siebie doskonale, wszystko się zgadza i szycie przebiega bez zakłóceń. 

żakiet

Że rękaw wąski już wspominałam? chyba tak... niepokoiłam się, czy w ogóle wcisnę do niego łapę i w związku z tym stresem szew łączący ma 5 milimetrów... koniec końców łapy wciskam i szew mógłby mieć nawet z 6, bo i tak wsuwam się w rękawy trzymając obie ręce w górze...

żakiet

Klapy niezaprasowane. Pozwolę im samym znaleźć sobie optymalną pozycję i się ułożyć. Po jutrzejszej gali rozpoczęcia roku dla klas I z pewnością będą już spłaszczone i sfasonowane gdzie trzeba. Podszewka, która trochę się puszy, uleży się należycie. Rękawy się wygniotą w zgięciu łokciowym, a ja będę miała sine palce do wieczora.

żakiet

Człowieku! nie masz pojęcia ile tygodni trzeba się biedzić nad uszyciem jednego, kusego żakietu na podszewce! W piątek, na ostatniej prostej, byłam co prawda błyskawiczna i osiągałam prędkości hipersoniczne, ale nie zmienia to faktu, że prace zaczęły się w kwietniu! człowieku...


PS Iga: "Bawiłam się dziś z psami!" ; Ja: Nie bałaś się? ; Iga: "Nie, ale jeden był bez smyczy i miał wściekliznę." :O

Filharmonia.

brummblogging

Wszystkie znaki na niebie i ziemi (a także bilety, koszule z żabotami i bluzki z cekinami) wskazują na to, że idziemy na koncert. To znaczy, jeśli nagle, w nocy nie zaatakuje nas podstępny wirus, nie zasypie nas śnieg, nie zaśpimy na 7.50, nie popsuje się autokar... nie rozdziobią nas kruki i wrony, to idziemy na koncert. Do Filharmonii! Iga po raz pierwszy w życiu, a ja po raz drugi. 

W nadziei, że autokar jednak dojedzie, a wirus się zagapi, szyłam w ubiegłym tygodniu żakiet dla Igi. Wiem, wiem stosowniejsze byłyby jakieś krynoliny, tiule, falbany i pięć halek, ale będzie tylko haftowany, aksamitny, granatowy żakiet i bluzka z Pepco ze złotymi cekinami. Tylko. Phi!

żakiet

To właśnie ten żakiet, któremu stanął na drodze Zdziwiony Miś. Żakiet gorszy, niż trzy misie razem wzięte. Żakiet męczący i problematyczny już z nazwy; skomplikowany, pracochłonny i na podszewce... a tu kołnierz, a tam klapa, kieszonka, guziczek, rękawek... boszszsz! I może Misia to zaskoczy, a Was wprawi w zdumienie - nie taki żakiet straszny, jak go w burdzie malują! to była zwyczajna, nieskomplikowana robota! Słowo krawcowej! Szok?

żakiet

Wykrój pochodzi z "Burdy" nr 8/2011 i jest bardzo prosty. Przystępowałam do roboty mocno zniechęcona, więc oczywiście bardzo prosty mi nie wystarczało i dokonałam, na własną rękę, kilku dodatkowych modyfikacji ułatwiających realizację. Niektóre z nich przyniosły pożądany efekt. Inne przeciwny.

marynarka

Dwa słowa o fasonie, gdyż na to zasługuje: jasny gwint! Marynarkę skroiłam w rozmiarze 128, ale długości 134; następnie jeszcze ją przedłużyłam... i wciąż wydawała mi się krótka; w zamian za to rękaw był długi... długi, długi i wąski; więc go skróciłam. I wciąż wydawał mi się długi! Po szybkim połączeniu całości, okazało się, że żakiet jest bardzo krótki, a rękaw bardzo długi i wąski. Jasny gwint!

marynarka

Kiedy przyszło do przymierzania zbladłam, ponieważ okazało się, że bez poślizgu (to znaczy podszewki porządnie poliestrowej) nie da rady włożyć do żakietu obu rąk naraz. Ręce się blokują, modelka panikuje, krawcowa traci przytomność. Umysłu. Wszycie ww. podszewki trochę poprawiło sytuację rąk, ale nie pozostawiło złudzeń co do rozmiaru marynarki... jest to najbardziej znienawidzony przeze mnie rozmiar dziecięcy, czyli: akurat!

Jasny gwint! Co ja mam teraz z dzieckiem zrobić? Trzymać je pod szafą, żeby nie urosło, czy zaniechać karmienia, żeby żakiet dotrwał chociaż do czerwca... choć do Wielkiejnocy... do uroczystej, rodzinnej Wigilii bodaj. 

żakiet dziecięcy

Podsumowując: lepiej uszyć dwa żakiety, niż jednego misia; lepiej mieć drobne, małe dziecko wybierając ten fason, niż normalnie wyrośnięte; lepiej nie próbować przymierzać go bez podszewki, gdyż można się boleśnie przekonać, że dziecko (nawet małe i drobne, bo to lepiej) nie jest już takie miętkie i giętkie, jakim było we wczesnym niemowlęctwie; i stanowczo lepiej nie ufać "Burdzie" tylko swojej krawieckiej intuicji, przeczuciu, szóstemu zmysłowi, czy prognozie pogody. Jasny gwint!

 Mimo tych wszystkich przeciwności żakiety, żaboty i cekiny są już gotowe na koncert. Autokar zarezerwowany, śnieg wali od rana, a wirusy się mutują bez opamiętania! Ja jestem gotowa na Filharmonię, bo to już mój drugi raz. Natomiast Iga ma różne wątpliwości i obawy, nie do końca wie, czego można się spodziewać po tym miejscu, po tym wydarzeniu i po tym... żakiecie. 

 

PS

Iga oburzona: "Nie wolno tak kratkować dzieci!" ; zdziwieni rodzice, czyli my: kratkować??? Iga: "Traktować! przecież mówię!!! z resztą nie wolno też kratkować dzieci!"

Czy Tu Czy Tam.

brummblogging

 Książka to kosztowne i niebezpieczne hobby. Wciąga BARDZIEJ NIŻ ZIOŁO i ma poważniejsze skutki społeczne niż alkoholizm. Kto raz spróbował na długo zapamięta TEN DRESZCZ i najprawdopodobniej zechce spróbować znowu... i znowu... i jeszcze!

 Im dalej w las, tym więcej papieru.

Przekazano mi w genach RYZYKO UZALEŻNIENIA. Pochodzę z rodziny z tradycjami :O i jestem PODATNA. Mam mózg zdeformowany w obszarze odpowiadającym za samokontrolę i dozowanie przyjemności. Jestem jak wściekły pies Pawłowa wystarczy, że usłyszę biblioteka, a już zaczynam bezwiednie pocierać dłońmi o uda.

Raz na jakiś czas wpadam w ciąg.

Pożyczam kasę od Krisa, KUPUJĘ I CZYTAM!

Nie ma mnie dla nikogo. Snuję się poczochrana, zmierzwiona I SIĘ ZANIEDBUJĘ. Odpowiadam półsłowkami i nie na temat. Nie odbieram telefonów, nie wychodzę, nie dosypiam, nie uprawiam... nawet brummBLOGa. Wszystko odkładam na potem. 

Powrót do rzeczywistości jest bolesny. Kac gigantyczny! oczywiście wiadomo, że najlepiej zadziałać metodą klin-klinem... zwalczam jednak tę myśl i WŁĄCZAM PRALKĘ.

Od góry się wdzięczą:

  • "Kwiaty na Poddaszu" V.C. Andrews (pożyczona; w moim nałogu wspierają mnie znajomi) rzecz słaba i niewarta wzmianki.
  • "Mroczny zakątek"  G. Flyyn mało prawdopodobna i słabo uzasadniona psychologiczne fabuła, w zasadzie pozbawiona napięcia i głównie przynudzająca; niespodzianka na zakończenie nie ratuje całości.
  • "Ofiary" M. Billingham dobrze napisana, momentami bardzo brutalna, intrygująca książka z interesującymi postaciami i fałszywymi tropami dla czytelnika z zacięciem detektywistycznym; na koniec suspens i nieoczekiwany zwrot akcji. Jest napięcie jest zabawa!
  • "Balzakiana" J. Dehnel lektura ambitna, podobno majstersztyk psychologiczno obyczajowy; właśnie się za nią zabieram.

Poza tym co widać, przeczytałam jeszcze (czego nie widać)

  • "Poznam sympatycznego boga" którą to książke Eric Weiner BEZCZELNIE napisał tak, JAKBYM SAMA TO NAPISAŁA, gdybym umiała i ukradł mi przy tym sporo żartów... i kilka pomysłów. Sympatyczna, zabawna  i pouczająca.

oraz

  • "Rzekę krwi" Tima Butchera, którą to książkę doczytałam do 2/3 objętości bez przerwy ziewając. Na koniec rzuciłam ją w kąt nie mogąc opanować zniecierpliwienia!

Kiedy się otrząsnęłam i rozejrzałam wokół PRZYTOMNYM WZROKIEM, ujrzałam mój SMUTNY, PUSTY I OPUSZCZONY BLOG. Naturalnie wpadłam w popłoch i 89 razy zadałam sobie pytanie, co mogłabym pilnie i ładnie uszyć, żeby zmontować wspaniały wpis i wszystkich zachwycić? co mogłabym? no co? lecz pytanie to pozostało bez zadawalającej odpowiedzi :D

Przypomniałam sobie, że szykowałam się do szycia żakietu z tegorocznej, czerwcowej "Burdy", nawet już skopiowałam wykrój i wybrałam tkaniny, ale ogarnęło mnie TAKIE ZNIECHĘCENIE... że postanowiłam trochę poczytać :D

Żakiet ten przyciągał mnie i odpychał z równą siłą.

Od dnia, kiedy otworzyłam żurnal kręcił mnie i odstręczał zarazem...

i tak mu z resztą zostało do dziś :D

Macie to samo?

Rozmiar 42 nie odpowiada rzeczywistości (normalnie poszłam jeszcze raz sprawdzić, pogrzebać w kopercie i przekonać się, że narysowałam 42) i JEST WIELKI. W związku z tym musiałam przeskalować moje przedsięwzięcie i uznać, że uszyłam kurtkę. Nie znalazłam w opisie zbyt wielu wskazówek dotyczących odszycia rękawów (chyba na mózg upadłam, że zachowałam te rozpory do łokci) i NIE UMIAŁAM ich wykończyć, szlag mnie trafiał i prułam czetry razy! Poza tym dwurzędowy przód zachodzi głęboko aż do cięcia przodu, w którym ZAPLANOWANO KIESZONKĘ :O więc guzik przypada na worku kieszeniowym... KLOPS...

Długo się wahałam, czy się zabierać za dłubanie DZIURKI NA GUZIKI Z WYPUSTKĄ i dobrze, że się przełamałam, jest niezbyt upierdliwa, a świetnie zdobi wydatne poły.


Dziurka jest ślepa, wykonałam ją tylko z jednej strony :D

Kurtka szyła się dość dobrze. Dżins spisał się doskonale! niezbyt się gniecie i fajnie się układa. Bezeca (znacie takie słowo? to termin używany przez moją matkę) wykonałam z beżowego, masywnego dżerseju - DŻINS I DŻERSEJ dobrana para - który pięknie kontrastuje z niebieskim wierzchem. 

Wybrałam brązowe guziki naśladujące skórę i naszyłam ich ZBYT WIELE tu i tam i jeszcze na rękawach.

Nienawidzę przyszywać guzików na stopce. W dodatku w TAKIEJ ILOŚCI :O i w takich niedostępnych miejscach! gorzko żałowałam, że  w ogóle się oderwałam się od czytania...

Dobrze wygląda stójka, krojona jest wraz z przodami i jest łatwa do uszycia. Lubię kieszonki wpuszczane w szwy; te wykończyłam wewnątrz beżowym dżersejem i sa bardzo ładne. Plecy, biust i rękawy są poprawne i w zasadzie NIE MA SIĘ CO CZEPIAĆ.

Podszewka w beżowo/oliwkowe paseczki okazała się MOJĄ OSOBISTĄ porażką... trudno o niej powiedzieć, że SIĘ STRZĘPIŁĄ, ona po prostu znikała! 

Do tego żakietu, który się okazał kurtką wczesnojesienną, zeszyłam sobie jeszcze KOMIN

z kawałka czekoladowej, cieniowanej wełny MokrymWielbłądemZalatującej:

I wykombinerkowałam KOLCZYKI w stosownym klimacie:


I na całe szczęście dziś POPSUŁA SIĘ POGODA :D

co dla mnie oznacza rychłe JesienneSięLansowanie!

PS. Dziś z okazji ŚWIATOWEGO DNIA HIGIENY JAMY USTNEJ wszyscy przed snem myjemy ząbki! bez wykrętów :D

Małej Idze nie musze przypominać o celebrowaniu święta, bo każdorazowo myje zęby PO DWA RAZY (staje przy umywalce, myje, płucze i dla pewności nabiera pastę ponownie i znowu szczotkuje) w tym samym czasie - symultanicznie - zajadając pastę wprost z tuby :O

Perły z Lamusa.

brummblogging

Lamusa, czyli lipcową "Burdę", wydano 2006r. Niespecjalnie się od tamtego lata zdezaktualizował :O przyjemnie się go ogląda, a perełek w nim na pęczki. Ta jedna - o której dziś opowiem - wpadła mi w oko sześć lat temu, ale się NIE ODWAŻYŁAM. Odstraszyło mnie POPRZECZNE CIĘCIE pod biustem i BASKINKA. 

Stara miłość nie rdzewieje. W lipcu 2012 ani cięcie nie wydało mi się już tak bardzo poprzeczne, ani baskinka tak śmiała. POWAŻYŁAM SIĘ! Nieustraszenie i nieulękle kopiowałam wykrój w rozmiarze 42. Obniżałam w nim talię o ok 4cm, brawurowo dostosowując go do swojego wzrostu. Mężnie ciachałam.

Efekt mię zdumiał :O

...bo w "Burdzie" to była bluzka, a MI SIĘ UDAŁ ŻAKIECIK :O

Inspiracją i źródłem mojej zuchwałości była piękna tkanina. Lekko satynowa, średnio gruba, z dodatkiem jakiejś lycry. Ta ostatnia (czyli lycra) zapewnia mi maksymalną ilość komfortu, przy minimalnej ilości luzu :D Tak jakoś wyszło z tym luzem, że jest DEFICYTOWY... 

Cięcie (co mnie odstręczało, a NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY) jest urocze! Wraz z zaszewkami nadaje żakietowi lekko gorsetowy charakterek. Ładnie się układa. PODKREŚLA TO, CO TAM MA PODKREŚLAĆ.

Baskinka natomiast jest baskinką tylko z nazwy.

- na wysokości talii zaprojektowano zwykłe odcięcie -

I całe szczęście dla mnie i moich bioder!

KLAPY SĄ SFAŁSZOWANE :D wyglądają pięknie (jak w marynarce) lecz to tylko zwykły, szalowy kołnierz podszyty do podkroju szyi. Banalnie łatwy do wykonania! Nie wykańczałam go pliską, zwyczajnie obrzuciłam owerlokiem i przestębnowałam.

Przy dekolcie zrealizowano dziwny pomysł konstrukcyjny (sen szalonego projektanta) który rozwiązałam, jak umiałam. Należało tam zwyczajnie podwinąć skrojoną z przodami pliskę do środka :O To PUNKT NEWRALGICZNY. Chyba wolałabym jakieś klasyczne, OKLEPANE, ZNANE I LUBIANE rozwiązanie...

Popatrzcie, jak przejrzyście, prościście i promieniście rozchodzą się stąd cięcia!

Guziczki wybrałam proste, granatowe. Dziurki natomiast... ach! DZIURKI! Wolałabym o nich ni słowem nie wspominać... ale skoro już bąknęłam... to powiem, że dziergały się makabrycznie! i przebrzydle! DWIE MUSIAŁAM PRUĆ... pruł kto z Was kiedy przebrzydle nadzierganą dziurkę? PRUUUŁ??? obmierzła robota i na dodatek stresująca. Nie wiem dlaczego tak się UWZIĘŁAM, żeby wydziergać automatycznie :O o jaka ze mnie niedojda! bo kiedy się już ostatecznie poddałam (uznając, że się będę przewiązywać sznurkiem, czy coś)  i spróbowałam normalnie, zygzakiem - BYŁO DUŻO LEPIEJ... 

Wpadłam w krawiecki ciąg (znam gorsze nałogi) Najchętniej zamiast iść grzecznie spać, coś bym odbiła, skroiła, uszyła, wyprasowała, wystębnowała, wymodziła, wymyśliła... mam pełno planów! i tkanin!... i znowu zrobiłam zakupy (NAPRAWDĘ ZNAM GORSZE NAŁOGI) :D i mimo przejściowych trudności, i drobnych niepowodzeń, i przeciwności to muszę Wam powiedzieć (bo nie wiem, czy się zorientowaliście) że ja to jednak lubię szyć  (CHYBA SĄ GORSZE NAŁOGI?) :D

Wykrój na bluzeczko-żakiecik już poskładany i stosownie opisany spoczywa w kopercie:

Nakleiłam - obok rysunku technicznego - próbkę tkaniny, tak najłatwiej zapamiętać CoOnZaJeden.

Klikając poniżej można zobaczyć wykon burdowy (no nie powala, wiem...)

a także przejrzeć cały, lipcowy numer:

Bluzka

PS. Iga: "Mama zagrasz ze mną w tuńcyka?" Ja: W CHIŃCZYKA? zaaagram... Iga: (po chwili) "Maaamaaa gramy w tuńcykaaaa? Ja: taaaa... w CHIŃCZYKA!!! odpowiadam i gapię się w monitor. Iga: (szczypiąc  mnie dotkliwie w ramię) "Czujes ten dreszczyk? To co, gramy w tego tuńcyka?"  :O

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci