Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : dzianina

Wakacje.

brummblogging

 W tym roku nasze szeroko zakrojone plany wakacyjne wzięły w łeb już w kwietniu, kiedy to przysposobiliśmy szczeniaczka. Jak wiecie byłam wówczas troszkę zaabsorbowana i lekko zdezorientowana... a mówiąc wprost, byłam totalnie w dupie i nie w głowie mi były żadne wojaże. Chciałam po prostu przejść z sypialni do kuchni nie tracąc żadnej nogi, ani żadnej części garderoby co oczywiście, na tamtą chwilę, było niemożliwością. Kiedy się otrząsnęłam z szoku i pies się lekko ogarnął, okazało się, że wszystkie miejscówki są już dawno obłożone od czerwca do listopada i sobie pojedziemy... do Brzeźna najwyżej, tramwajem... wydłubywać pety z burego, nadmorskiego piasku. 

 Szukałam niestrudzenie. Miałam oczywiście masę niedorzecznych wymagań, żeby w lipcu, blisko Gdańska, żeby było czysto, schludnie, ciepła woda, ładna pogoda i takie inne fanaberie, a na dobitkę, żeby można z pieskiem. No, wiem... wiem, mission impossible. Przekopałam wówczas internety wte i wewte, doszłam dwa razy do końca, wróciłam z powrotem i... znalazłam! Bory Tucholskie! Jeziora, jeziorka i rzeka. Las, las i las. Cisza, spokój i... las. I Brda. Jednym słowem  i d e a l n i e. Uprzedzam, że zdjęcie jest poglądowe i nie oddaje uroków okolicy ani na jotę. W zasadzie to nie oddaje niczego, ale coś wypada wlepić.

laslas

 Domek okazał się być pięknie położony, komfortowy i wszystkomający. To czego wyjątkowo nie miał - WiFi - okazało się zupełnie zbędne, choć w pierwszej chwili obawialiśmy się, że  w s z y s c y     z g i n i e m y y y... Ponieważ wyruszaliśmy na luzie przekonani, że Bory są dosłownie za rogiem, nie zabraliśmy ani porządnego aparatu foto, ani kaloszków, ani sztormiaków. Zapomnieliśmy też o ciepłych okryciach, które były zupełnie niepotrzebne przez dwa pierwsze dni pobytu. W związku z tym wróciliśmy w klapkach, lekko zziębnięci, z parasolką z Carrefoura za 11.90 i trzema marnymi fotami z telefonów, ale wypoczęci, wywczasowani i w doskonałych humorach! Miejscówkę Leśny Domek bardzo serdecznie polecam! 

Mając świeżo w pamięci chłodne, lipcowe wieczory, zabrałam się z miejsca do szycia czegoś miękkiego, ciepłego i porządnie otulającego. Znalazłam nawet w swoich zasobach idealną, masywną dzianinę, a w Burdzie pasujący do moich wyobrażeń wykrój. Pochwaliłam się na Instagramie, że szyję taki zarąbiaszczy kardigan i, że dzianina taka masywna, a fason taki adekwatny, a Burda listopadowa z 2013 i, że jaram się, bo już nigdy w lipcu nie zziębnę. I nie, że mnie nie ostrzegano, bo Bezdomna Wioletta Z Szafy od razu mi napisała, że fason jest obszerny i być może w nim nie zmarznę, ale mogę utonąć. Phi! kardigan był już skrojony, a ja szłam w zaparte, że właśnie to ja chcę, chcę bardzo   t a k i  obszerny. Kardigan.

kardigan

Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz okazało się, że nie wiedziałam, co mówię. Wybrany przeze mnie rozmiar 42 ma obwód w klatce piersiowej 140cm. Serio... 140. Oznacza to, że niejedna z Was mogłaby okręcić się nim dwa razy, albo nosić go równocześnie z koleżanką, siostrą, czy nietęgim chłopakiem. Przy pierwszej przymiarce trochę zaniemogłam i straciłam cały animusz. Rozważałam, nawet czy go trochę nie zjechać owerem po bokach. Trochę... boszszszsz... nie zjechać. 

Otulacz z dzianiny

Koniec końców zjechałam tylko siebie, w myślach. Szpetnie. Dodałam naszywane, wielkie kieszenie i wykończyłam całość plisą, jak należy. Okręciłam się przed lustrem i uznałam, że może nie chodziło mi o aż taką obszerność, ani o 140 w klacie, ale nie jest tragicznie. Więcej powiem jest całkiem do rzeczy: miękko, ciepło i otulająco. Muszę także przyznać, że zwężenie ku dołowi robi robotę i wyglądam jak rasowy, lekko tylko przerośnięty, żuk. Jaram się!

 kardigan z dzianiny

Kilka lipcowych, chłodnych wieczorów już mi się przydarzyło, druga część urlopu jeszcze przede mną, więc idealnie się wstrzeliłam. Gdybyście nabrały chęci na kardigan i na eksperyment z modelem 107 proszę, skorzystajcie z rad koleżanek, które mają duże, duże  d u ż e  doświadczenie w tym temacie i nie idźcie w zaparte. Użyjcie miary centymetrowej i skopiujcie sobie mniejszy rozmiar... 

 PS Porówujemy wzajemnie swoją opaleniznę. Ja ze wzruszeniem: Iga pamiętasz, że gdy byłaś mała to mówiłaś opalizna?; Iga z wesołością: "hehehe! hehehe! przecież mówi się - ąpalizna! hehehe!" 

Pierwszy raz!

brummblogging

 Spodnie dresowe z pięknej, niebieskiej, melanżowej dzianiny pętelkowej. Nie pierwszy raz szyte, ale po raz pierwszy skrojone z zadowalającą mnie rezerwą. Zapasowe centymetry, w dużych ilościach, umiejscowione są wszędzie: w pasie, biodrach, w kroku i oczywiście długości nogawek. Słowem spodnie są na mocno na wyrost, co cieszy mnie ogromnie, ponieważ Iga rośnie, jak włosy... nie, że do dołu, tylko o 1 centymetr każdego miesiąca! Szok i niedowierzanie jak w sztabie Komorowskiego?

dress11

 Jak mi się tego udało dokonać? Otóż solidnie powiększyłam tamten wykrój: z dziury w dziurę , naprawdę solidnie! na przykład do długości nogawek dodałam 7cm i bardzo się myli ten, kto sądzi, bo se policzył, że dresy wystarczą na pół roku. Bardzo! bo pomiary sobie, a dziecko powiększa się jeszcze jakoś tak... niepomierzalnie i niezauważalnie. Trudno to zarejestrować jakimikolwiek przyrządami i tylko ubranka to pokazują dobitnie, co sezon, masakra.

dress21

 Naszywanie łat na nowe spodnie jest przejawem krawieckiej antycypacji. Wszak te rejony są szczególnie narażone na przecieranie i lepiej zapobiegać, niż pruć! czy jakoś tak. I łaty, i kieszeń na prawym pośladku wykonałam z tkaniny skóropodobnej w kolorze brązowopodobnym. Bardzo panikowałam zaczynając stębnowanie, zupełnie bezsensownie, ponieważ zawczasu zaopatrzyłam się w niezbędne akcesoria: igłę do skóry i teflonową stopkę do maszyny. Jestem  z a c h w y c o n a!  Poszło jak po maśle\mydle\sznurku.*

*niepotrzebne skreślić

dress31

 Dzianiny miałam chyba metr, więc pozostał mi niewielki okrawek z szerokości. Żal nie wykorzystać takiej pięknej materii, więc wycięłam prostą czapkę. Jak zwykle, boszszsz... źle oceniłam rozciągliwość - nooo, seriooo... - i czapka obciskała małej banię, aż żal... to ją rozcięłam* na dwie, nierówne części i otrzymałam dwie (również nierówne) czapeczki. 

 * początkowo plan był taki, że czapka będzie z podwójnie złożonej dzianiny, ale się rypło.

dress7

 Najpierw pokazałam Idze tę z kotkiem, a ona grzecznie zauważyła, że czapeczka jest bardzo ładna... jak dla małego dziecka, "a ja mam już SIEDEM lat." Na to ja wyciągnęłam drugą czapeczkę, która spotkała się z umiarkowaną akceptacją i nieprzesadnymi objawami aprobaty. Za to dziś od rana Iga siedzi w czapce na sofie, więc chyba nie jest aż tak słabo? W pobliżu spodni czapka wygląda super i w dodatku jest absolutnie adekwatna do tegorocznej, majowej aury.

dress5 Tak oto znakomicie wykorzystałam kupon niebieskiej dzianiny dresowej. Najlepiej jak to możliwe wykorzystałam swoją jedyną godzinę wolnego czasu w mijającym tygodniu i prześwietnie wykorzystałam pieniądze, kupując akcesoria do maszyny: igły do skóry, igły do jerseyu, stopkę teflonową i stopkę z rolkami, dedykowaną do materiałów trudnych. Na dodatek pies nie zdechł z głodu, dzieci o czasie trafiły do szkoły i obiad był na stole, jak należy, a spodnie są przyszłościowe i mają spore luzy pierwszy raz! Szok i niedowierzanie jak w wyżej wymienionym sztabie? ha!

 PS Iga dołączyła do szczęśliwych abonentów sieci telefonii komórkowej. Próbuje pisać SMSy. Marcel: "Nie czekaj na mnie, jednak będziemy o 23"; Iga: "Amoge nie wytrzymać wiesz ale będe szczekacz tyle ile wyszymać ."; Marcel: "Nie kumam"

Sztafeta rodzinna.

brummblogging

Od lutego uprawiamy we czwórkę nową dyscyplinę sportu - rodzinną sztafetę. Przypuszczam, że nie jesteśmy w tej dziedzinie pionierami, ale z pewnością zdobędziemy wielki, zapyziały puchar, choćby przez wzgląd na dystans... Zabawa wygląda następująco: przynajmniej jeden z domowników musi być w danej chwili chory. Jeśli mu się polepsza i podnosi się z łóżka, w blokach startowych, jest już kolejny domownik, zaczyna pokasływać i posmarkiwać w kącie, ma co najmniej 37.4 i szkliste, rybie oczy. Kaszel Igi się nie liczy, bo poza trzema dniami, kaszle od lutego nieustająco.

Bardzo ważnym warunkiem zabawy jest nie przerywanie łańcuszka. Kto nie przekaże wirusa dalej, przynajmniej pięciu obcym osobom i co najmniej jednemu domownikowi, ten syf. I czeka go 7 tygodni zdrowia. Wiadomo, że w sztafecie oznacza to absolutną dyskwalifikację na cały sezon grypowy. Na szczęście to nie zdarza się u nas! Zapadamy na rozmaite choroby, o których nie śniło się tutejszym pediatrom i nie pozwalamy sobie na choćby odrobinkę krzepy. Wątlimy się i mazgaimy, na zmianę lub równocześnie. Mamy już obsmarkaną kartę stałego klienta w aptece. Idziemy na rekord!

Nie będę Was zanudzać naszymi osiągnięciami, przywołam tylko kilka ostatnich przekazań, nomen omen, pałeczki. Marcel - niezidentyfikowany wirus; Iga już gotowa - zapalenie płuc; Marcel - infekcja i 10 dni leżenia plackiem; Iga kaszel i inhalacje... Marcel się podnosi, a Iga wraca do domu ze szkoły i puszcza spektakularnego, wielobarwnego pawia do żółtej miski! Jeszcze tego samego dnia zatyka mi się nos, rozsadza mi głowę, mam wymagany próg 37.4 i zapalenie spojówek, które jest jeszcze wyżej punktowane, w klasyfikacji końcowej, niż rybie oczy. Taaaadaaam! O drobnych problemach typu bóle brzucha, biegunki, brak apetytu, wągry, opryszczki, swędzące wysypki czy inne nieżyty wspominać nie warto.

A drwal już się zbliża... słyszycie? Dąb pada, świerki jak zimowe kwiaty, jak maszty upadają sosny; modrzew, klon i buk się korzeniem nakrywa...* to wszystko dla celulozy, na nasze chusteczki higieniczne, których zużywamy tonę na tydzień. 

* "Dzień świra" 

 Trudno się dziwić, że w takich warunkach nie tryskam energią twórczą i jeśli bywam gejzerem, to bynajmniej nie kreatywności, a co najwyżej zielonkawych glutów... Co się wówczas szyje? coś przytulnego i komfortowego; bawełnianego i miękkiego. Coś w czym można wbić pod kołderkę, wstać i odgrzać przedwczorajszy obiad, bez obciachu odebrać przesyłkę od listonosza. Z czego się szyje? z puchatej, szarej dresówki! a jakże! Najlepszy strój do uprawiania rodzinnej sztafety - szary dresik.

spodnie dresowe

Dla Igi, bo jest jakaś taka... niewyraźna i kaszle, kaszle już od... hmmm... niech sobie przypomnę, od lutego jest ciągle mniej lub bardziej niewyraźna na zmianę z zapaleniem płuc i świstami w oskrzelach. Oraz kaszle. Wygodne portasy na luźnej gumie. Do biegania i do polegiwania.

spodnie dresowe

Dla siebie, bo też jakoś nie najlepiej się czuję i źle wyglądam. Oczy mam podkrążone. Może się zaraz położę, tak mi się kręci w głowie... Spodnie o długości 3/4 do chorowania w te ciepłe, wiosenne dni. Do snucia się po domu, otwierania drzwi listonoszom i domokrążcom.

Oba wykroje na spodnie pochodzą z tej samej "Burdy" nr 5/2011; są to modele 118 i 142. Prawie nic w nich nie zmieniałam, bo nie czułam się na siłach. Naszyłam tylko bardzo proste, okrągłe kieszenie zamiast wygibasów proponowanych w żurnalu. Swoje spodnie skróciłam do pół łydki.

spodnie dresowe

Mam sporo problemów z ustawieniem owerloka i dużo zdrowia hehehe kosztowało mnie znalezienie odpowiedniego naprężenia nici. Kiedy o tym myślę trochę mnie mdli, na szczęście gdzieś tu, pod nogami plącze się żółta micha. Maszynie chyba należy się solidne czyszczenie i oliwienie. Dla mnie syropek i dwa dni leżenia na boczku.

szara dresówka

Pięknie się prezentują i tak przytulnie. Leżą znakomicie zwłaszcza, kiedy kiedy my z Igą także leżymy. Powiem Wam szczerze, że jestem już mocno znużona tą sztafetą i wypatruję końca. Tymczasem brzoza pyli jak wariatka! a topola już się szykuje do ataku. Wirusy latają po szkole jak meserszmity, a dzieci z zielonymi fajami pod nosem puszczają w szatni kolorowe pawie. Och! te rodzinne sporty są takie wyczerpujące!

Romska żona.

brummblogging

Comiesięczna zapowiedź "Burdy" jest jak trailer filmu klasy B. Wszystko wygląda bardzo apetycznie, profesjonalnie i sprawia, że chcesz więcej. Zazwyczaj w chwilę po tym, jak już zainwestujesz trzynastaka i obejrzysz całość, przekonujesz się boleśnie, że dział reklamy i spece od marketingu zrobili robotę... czego nie można powiedzieć o projektantach.

Z październikowej "Burdy", na którą się nakręciłam już dwa tygodnie temu, podoba mi się tylko okładka. Za to w całości. I pistacjowe logo, i ruda modelka, i peleryna, i metalizowany sweter, i nawet skajporty. To najlepsza okładka w tym roku, a może nawet najlepsza ever. 

Środek żurnalu wymięsiłam czterdzieści razy w tę i nazad nic nie znajdując. Zniechęcona odrzuciłam pismo na stos, ale kiedy zobaczyłam tę niezwykłą, nietoperzową sukienkę Ulki to natychmiast je wyciągnęłam i zaczęłam mięsić jeszcze natarczywiej w nadziei, że jednak coś z niego wyduszę. Wierciłam się nerwowo na stołku, śliniłam obficie palce, przewracając stronice i bardzo, bardzo chciałam odpowiedzieć Uli motylem na nietoperza! A, że w życiu nie widziałam bardziej motylastego rękawa od tego z modelu sto siódmego A i chyba tylko on może korespondować z nietoperzem Ulki, to go wybrałam, wycięłam i uszyłam.

Kris zareagował entuzjastycznie:

"Witaj moja romska żono!" 

No cóż... jakby to powiedzieć, żeby nie urazić mniejszości romskiej w Polsce... Horror PRLu... mogłabym w tej bluzce, wieczorową porą, nękać niejednego bruneta... "Cyganka prawdę Ci powie..."  

...Kawał Motyla...

Bluzka znowu w rozmiarze 40, po której zszyciu zaczęłam podejrzewać, że mam jakieś lewe centymetry, niecertyfikowane przez Krajowy Urząd Miar i Wag, bo jest luźna nawet w biodrach, a w tym rejonie się tego najmniej spodziewałam. 

Na część środkową wybrałam grafitową, masywną dzianinę, która pięknie i dyskretnie się skrzy. Mieni się. Na zdjęciu oczywiście mienienia się nie widać i musicie mi wierzyć na gębę. Słowo krawcowej, że się skrzy i mienieni. Części boczne, krojone wraz z rękawami wyciachałam z lejącej wiskozy z efektem "romskiej żony". Zużycie tkaniny jest przeraźliwe... brrrr! monstrualne... brrrr! i nie tłumaczy tego nawet obfitość motyla! To jest po prostu chore :O

Szyjka. Do powiększonego, względem szablonu, podkroju szyi dałam kwiecistą pliskę. Ciut, ciut za mocno ja naciagałam... ciut, ciut i w efekcie nie dała się przewinąć w całości na lewa stronę, bo jej ciut, ciut brakowało. Mogłam ją zostawić na płasko (miała szerokość 2cm) lecz straciłabym tak starannie i pracowicie pogłębioną linię dekoltu, więc zawinęłam ją, do lewej strony, ile się dało i przeszyłam.

Ulka! mam nadzieję, że Twój nietoperz jest choć odrobinę zmieszany i trochę zbladł, na widok takiego motyla :D Ja sama mam wciąż wobec niego mieszane uczucia, być może dlatego, że w niekrawieckim życiu brzydzę się motyli... No co? pająków się też brzydzę. I motyli (zwłaszcza nocnych! fuj!!!) za to myszy się nie lękam :D ani nietoperzy.

 Bluzka, jak można się było spodziewać, nie daje się złożyć w cywilizowany sposób. Należy albo mieć ją stale na sobie, albo upchać rękawy do środka, upchać, upchać, upchać... nakryć środkową częścią, schować na dno szafy i udawać, że w środku jest wszystko cacy i nie mamy cyganów w rodzinie.

Pozdrawia Was motylkowo-kolorowo!

pozostająca w służbie mody

 Wasza (choć nie na zawsze):

                                                             Romska Żona.

PS Iga lat 5 "Mamo, pani dała nam dwa dni na nauczenie się wiązania sznurowadeł... heheheheheh!"  :D

Taki duży, taki mały...

brummblogging

Może trykot mieć!

Duży to jestem ja. Mały to Iga. Trykot jest w pasy. I podobno bawełniany... ekhem! ekhem! taka ta bawełna... chyba DREWNIANA. Łudząco podobna do wiskozy. Duży ma 176, Mały 128, a dzianina drewniana ma tylko 1 metr. Jak tu wszystkich zadowolić? Może tak:

Duża i długa tunika dla Dużego. 

Mała i długa bluzeczka dla Małego.

Został mi okrawek dzianiny, naprawdę niewielki i chciałam go już wczoraj zakitrać w szafie na ściągacze i wykończenia, jednak dzisiaj obudziłam się Z POMYSŁEM skrojenia koszulki bez rękawów. Poszło gładko. I udało się! Mały może mieć więcej! DWA razy więcej trykotów :D

Dzianina jest cienka, ale względnie dobrze się szyła. Względnie... bo tam, gdzie miałam chęć przestębnować, albo zamocować, albo zaryglować, WSZĘDZIE TAM musiałam stoczyć walkę ze sobą i z maszyną :O Za to owerlok spisał się na medal! nie wciągał, nie spychał, nie marszczył... nie to co ta... J a n o m e . Tfu! mimo, że jej poluzowałam nić górną, założyłam igłę do dzianin i pogłaskałam czule... Tfu!

Znakomita ciągliwość materii sprawiła, że wszystkie wykończenia wyglądają cudnie. Chyba nawet lepiej, niż te dziobane, maleńką rączką, w Bangladeszu. NICE!

Tunikę kroiłam według banalnie prostej, acz świetnie leżącej, bluzki Reserved. Ramię jej opada, tworząc jakby półrękawek. Dół jest dopasowany nieprzesadnie, będzie się marychował na biodrze podobnie, jak na stole. Mniej więcej... podobnie. Tunika jest długa. Sama taka wyszła, przez dodanie zapasu do pierwotnej wersji; uwzględnienie zapasu na podwinięcie, a następnie wykończenie pliską. No! przecież mówię, że SAMA.

Krojąc małe bluzki sugerowałam się szablonami "Burdy" już kiedyś używanymi i nie powiem, żeby mi to w jakikolwiek sposób pomogło. Rękawki musiałam pruć, a boki musiałam zwężać, gdyż WYŁY niemożliwie.

Zdjęcie trzech naraz, żeby udowodnić niedowiarkom, że taki Duży i taki Mały (a mały po dwakroć) ...taki Mały może trykot mieć :D W dodatku tani jak barszcz, bo po piątaku za sztukę; prawie jak z Bangladeszu. NICE!

Myślę o wakacjach. Myślę i panikuję :O Całe godziny spędzam na Avanti i wpadam w popłoch. Nie umiem wybrać ani stylu, ani nawet KOLORU przewodniego. O jesoo! jesoo... nie mam ani jednej neutralnej części garderoby. Szyję od czapy i kupuję, co popadnie. Nic do siebie nie pasuje! RATUNKU!  Co do tych pasów?? CO?

Idę policzyć do dziesięciu moje niepasujące do siebie ubrania :~@$!%*&

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci