Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : szycie

Final Countdown.

brummblogging

Ja tam się cieszę! i wiem, że Was to zszokuje, ale nie narzekam. Cieszenie się, nienarzekanie i lampki choinkowe są bardzo pożądane w listopadzie. Ja się cieszę i zaczynam świętować swój prywatny adwent. Oczekiwanie na oczekiwanie. Radosne, listopadowe i z bombką.

Nie narzekam na handlowców, że wywieszają te wszystkie światełka i posypują się brokatem. Nie gorszę się, gdy wpadnie mi w ucho świąteczny szlagwort, wyświechtany do nieprzyzwoitości.  W mgliste i szare poranki, które trudno odróżnić od mglistych i burych popołudni, ćwiczę wytrwale i przedwcześnie  "Cichą noc". Na dwie ręce.

Zapalam świeczki we wszystkich swoich ikeowskich latarenkach. Zajmuje mi to codziennie 8 i pół minuty, ale warto! Niestrudzenie grzebię się w googlach poszukując świątecznych inspiracji i planuję grudniową robotę na bloga. Przekopuję internetowe księgarnie, rozmyślam o prezentach i upominkach. Listwy ledowe montuję nad lustrem w przedpokoju i od tej chwili ulubionym miejscem wszystkich domowników staje się to nastrojowo oświetlone pomieszczenie. Ja tam się cieszę! Siedzę na przedpokoju i nie narzekam.

Te przedwczesne listopadowe światełka stają się dla mnie drogowskazem. Grudniowym azymutem. Jutro, kiedy zacznę zrywać numery z mojego adwentowego kalendarza i kiedy zacznie mnie ogarniać świąteczna głupawka, przestanę je zauważać i mniej się będę cieszyć, a więcej narzekać. Dziś jeszcze niech żyje "Jingle bells", a od jutra... z kalendarza...! O! my tu gadu gadu, a ja jeszcze nie zapowiedziałam Adwentowego Kalendarza!

kalendarz adwentowy

Główną przeszkodą w wykonaniu takiej ozdoby, jest konieczność odszycia 24 kieszonek. Z góry uprzedzam, że jest to naprawdę co niemiara roboty, a znużenie pojawia się już po 4 elemencie. Zaplanować, uszyć, odprasować, ozdobić i nastębnować je, jeden po drugim, to jak przeżyć adwent do kwadratu! Trudno mi opisać w jakim napięciu i ekscytacji oczekuje się na rożek nr 24.

kalendarz adwentowy

To ten tutaj, na pierwszym planie. Ozdobiony resztką sił i złotą kokardą oznacza upragniony koniec kalendarza, adwentu i pożądaną ze wszech miar wigilię. Ma on na początku taśmy swojego brata bliźniaka, równie pakowny i efektowny rożek mikołajkowy. Tutaj ci on leży. Poniżej. Na szóstej miejscówce, pomiędzy woreczkiem w kropeczki i bladą kieszonką. 

kalendarz adwentowy

Wcale niemało tkaniny schodzi na takie wygibasy. Taki kalendarz to prawdziwy pożeracz i przerażacz. Rozmiar kieszonek jest świątecznym, zgniłym kompromisem pomiędzy możliwościami a oczekiwaniami. Wolałabym, żeby były mniejsze i żeby cały sznur nie ważył 2 kg, a z drugiej strony oczekiwałabym pojemności choćby przyzwoitej i minimalnego komfortu szycia. I tak już musiałam ścibolić w skali mini... mini... gdzie paluchy nie sięgają.

kalendarz adwentowy

Dodatkowo bardzo trudno sfotografować ten cały bajzel za jednym zamachem. Stołu nie starcza. Stoję wciśnięta między sofę i szafę, lecz nijak nie starcza. Światła nie starcza. Tła za mało, trzeba sztukować w fotoszopach. Jak... no jak? pomieścić cały adwent i wigilię w jednym kadrze? 

kalendarz adwentowy

Na dobitkę mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że jutro, między 5.20 a 5.40 nastąpi uroczysta i stanowczo zbyt głośna inauguracja. Dzieciaki zainaugurują grubo przed świtem i radośnie. Obwieszczą wszem i wobec koniec leniwego roziskrzonego listopada i początek neurotycznego, pospiesznego grudnia. Po czym zechcą sumiennie przetrzepać wszystkie kieszonki! Niedoczekanie!

kalendarz adwentowy

Niedoczekanie! Oka nie zmrużę i będę czuwać nad bezpieczeństwem wszystkich tajemnic adwentu! Do ostatniej kropli... to znaczy do ostatniego, wigilijnego rożka strzec będę! Być może nie zdążę pokroić bakalii, ani upiec sernika, bo będę strzec. I siedzieć na przedpokoju, w łagodnym blasku ledów. I strzec. 

kalendarz adwentowy

  Na razie się cieszę i nie narzekam broń boże. Dziś wieczorem zakradnę się cichaczem i napcham rożki łakociami. Może trafi się nawet jakaś drobiazg? Kto wie... Ostatnia fotka, bardzo klimatyczna, uprzedzam! przedstawia kalendarz zapięty na ostatni guzik. Pięknie rozwieszony i ponumerowany. Każda z 24 kieszonek brrrrr! każda z 24! opatrzona jest tagiem z numerem. Karteczki są zaczepione jednym ściegiem tak, aby każdego dnia zrywać jedną z opróżnionej kieszonki. To bardzo pomoże zorientować się mnie (ile czasu zostało na sernik i na bakalie) oraz Idze, której po przeliczeniu kieszonek zawsze wychodzi inna liczba.

kalendarz adwentowy

Na koniec anegdotka z pracowni. Ułożyłam sobie kieszonki pieczołowicie. Komponując kształty i kolory najodpowiedniej. Rozmieszczając rożki strategicznie na 6 i 24 pozycji; wzięłam taśmę w dłoń i w ostatniej chwili, o s t a t n i e j... odwróciłam ją złożeniem na prawo, gdyż zdawało mi się, że tak jednak będzie mi bardziej... No i kalendarz wyszedł po arabsku... od prawej do lewej. całkiem naodwrotnie niż należy... o mamo! Mi wciąż z tym dziwnie, ale dzieciakom chyba wszystko jedno od której strony będą pałaszować żelki, co?

 

PS

Ja za WP: "Idzie mroźna zima." ; Iga: "Nareszcie." :O

Zdziwiony Miś.

brummblogging

Najbardziej ekstremalnym sportem jaki kiedykolwiek uprawiałam jest środowy maraton wywiadówkowy! Spędzam trzy godziny w obskórnej salce, z kolanami pod brodą, na miniaturowym  krzesełeczku, wbita w mikro ławeczkę, w towarzystwie dwadzieściorga obcych mi ludzi, z którymi (tylko pozornie) łączy mnie wspólnota interesów. I nauczyciel. Słowo daję, że wolałabym pięć godzin wałęsać się po poligonie z kijami, w wietrzny dzień listopadowy i w deszczu lekko siąpiącym i błocie po kolana... bez rękawiczek i bidonu. Słowo daję!

Przekraczam drzwi placówki i od razu czuję się jak jakaś Alicja w Krainie. Inny wymiar. Pogrążam się w króliczych norach. Powiększam się i kurczę w zależności od samopoczucia wychowawcy. Wszelkie reguły racjonalnego myślenia i logiki zostają zakwestionowane, mój zdrowy rozsądek  mogę sobie wsadzić... do kieszeni, jak na obłąkanej herbatce u Kapelusznika. 

Zawsze. Jota w jotę tak samo, a ja (jak zawsze) wielce zdziwiona! jakbym nie mogła przechorować, zahartować się, uodpornić! Walę głową w blacik i wciąż się kurczę... i powiększam raz za razem. Powrót z króliczej nory, do rzeczywistości jest bolesny, ale odkrycie, że kubeczek wypuszczony z ręki leci zwyczajnie, w stronę podłogi, krzepiące! W takim stanie ducha zabieram się za żakiecik w rozmiarze 128, a wychodzi mi tylko Zdziwiony Miś. 

miś

We czwartek (po tej środzie) chciałam uszyć żakiet dla Igi. Znalazłam fajną granatową, haftowaną tkaninę z włosem, wybrałam wykrój i już! już! miałam go skopiować, kiedy spojrzałam na Misia. Wcale mi się  nie spodobał, jednak uznałam, że brzuch, głowa, dwoje uszu i cztery łapy to chyba mniej roboty niż żakiet na podszewce. Chyba... mniej, no  nie? 

miś

Zdziwiony Miś zasłabł... no nie mniej! wcale a wcale. Uszy takie maleńkie, łapki takie okrągłe, a stópki (sacrableu! zaklęła księżna po francusku) a stópki... zaklęła krawcowa po polsku, ordynarnie, aż się Miś zdziwił, stópki też są... Uszycie maskotki to jednak dużo roboty, dużo za dużo roboty... sacrableu!

pluszak

Wykrój wzięłam byłam z "Burdy" nr 12/2012 i jest to mniejsze wcielenie misia. Wszystkie kończyny, a także uszy,  ma przyszywane ręcznie. Nie wiem, co na to Miś i jaką ma ruchomość w stawach, ale ja i mój palec wskazujący uważamy, że to bardzo głupi pomysł. Pomyśleć tylko, że Iga mogła mieć żakiet, a ja mogłabym wciąż mieć czucie w palcu wskazującym, ach!

miś

Miś ze zdziwieniem tarza się w liściach. Ma trochę szczurzy pyszczek, ale jest uroczy. Mimo, że stanął na drodze temu żakietowi na podszewce i mimo, że te wszystkie łapy igłą mu poprzyszywałam, że ma jakieś takie spojrzenie zdziwione, mimo tego kocham go jak mama niedźwiedzica. No i ma jedną, ogromną zaletę - nie pójdzie nigdy do szkoły!!!

maskotka

Wzięłam się za tego Misia nienaumyślnie, tylko dlatego, że byłam w szkolnym szoku powywiadówkowym. W malignie jakiejś go szyłam, ale przecież teraz, patrząc mu w te jego zdziwione oczy z czterech guziczków, nie mogę powiedzieć, że żałuję. Nie mogę. Powiedzieć. Tylko pogrożę mu, wciąż odrętwiałym, palcem wskazującym, nu! nu! nu! tylko nie do szkoły...

 

PS

Taka sytuacja. Wracamy z zakupów, przechwalamy się i  się cieszymy. Tymczasem Kris: "Tylko ja znowu nic nie dostałem..." Ja żarliwie: Jak to nic? przecież my wszyscy Tobie codziennie dajemy od siebie to, co mamy najlepszego! Marcel: "No bez przesady może z tym oddawaniem! ja, to co najlepsze zostawiam dla siebie!" 

Gdyby...

brummblogging

Gdyby futro było sztywniejsze choć trochę, albo podszewka stabilniejsza odrobinę, lub chociaż krawcowa roztropniejsza cokolwiek... krzynę, krztynę, ociupinę. Gdyby... Jednak życie jest brutalne, futro flakowate, podszewka ciągnąca, a krawcowa, cóż... krawcowa to ja! Ale od początku.

Na początku była "Burda". Nie byle jaka, bo klasyczna. O! To, co sugeruje tytuł, w całej rozciągłości potwierdza okładka. Zawartość zaś jest taka, jak zwykle, co w zasadzie też jest w pewnym sensie klasyczne i charakterystyczne dla tego miesięcznika. Być może niektóre z tych fasonów są lub będą wkrótce, w pewnych wąskich kręgach, luźno związanych z modą, uznawane za klasyczne. Być może! jednak twierdzenie, że ich wspólną cechą jest "elegancja i ponadczasowe piękno" jest dużym nadużyciem.

Zeszyt ten jest "specjalny" pod wieloma względami, nadzwyczajna jest w nim na przykład wkładka. Zawiera 14 modeli plus szal i kołnierz. Dla porównania i dla mniej przenikliwego czytelnika dodam, że w numerze październikowym naliczyłam około 36 modeli i każdy z wariacjami, permutacjami i perturbacjami! Ha! To się nazywa "numer specjalny". Cena jest mało specjalna, tzn. regularna, dwanaście dziewięćdziesiąt...

Jak już wcześniej napomknęłam, w numerze jest wykrój na kołnierz futrzany. Jak każda kobieta w wieku... w pewnym wieku, chciałabym mieć w szafie coś "eleganckiego i rodem z Paryża". Buhaha! a gdyby futro było sztywniejsze, podszewka bardziej stabilna, krawcowa roztropniejsza, a "Burda Klasyka" spełniła swoje obietnice... no i gdyby babka miała wąsy... Tymczasem nic z tych rzeczy! Jest tylko kołnierz.

etola

Szyk miał być i szarm. I tytuł miał być zupełnie inny, a w  nim coś o elegancji, klasie i o wytworności coś. Chyba wszystkie powyższe najbardziej oddaje satynowa wstążka... Zaczęłam krojenie od innowacji i po swojemu ułożyłam szablon. Nie brzmi najlepiej? w sumie to jeszcze mały pikuś! bo później, przy podszewce zaniechałam ulepszania i ułożyłam wykrój normalnie. I gdyby futro... podszewka lub krawcowa, ale nie! bo po co! więc wszystko mi się pokręciło.

etola

Ciężko mi było tę innowację z zaniechaniem połączyć, gdyż do siebie (kto jest zaskoczony ręka w górę) nie pasowały! Tam, gdzie futro było uparte i stabilne, tam mi podszewka hulała na boki i była nieujarzmiona. Dziesięć centymetrów dalej - na odwrót... gdzie jednego brakowało, tam drugiego miałam pod dostatkiem... Tylko  satynowa wstążka była grzeczna.

kołnierz

Wywaliłam to wszystko na prawą stronę i oceniłam, że mi się wije, jako te wianki wrzucane do falującej wody. Postanowiłam podtrzymać wątłą podszewkę szwem ręcznym, byle jakim i okazało się... hehehe, że byle jaki ścieg, działa byle jak. Niczego nie podtrzymuje, tylko uwypukla moje wszystkie błędy stwarzając kolejne problemy... i już, już chciałam go popruć, ale spostrzegłam w porę, że się pogrążam z każdym kolejnym szwem. W odmętach.

Ostatecznie pojęłam, że być może dziś nie jest mój dzień. Ciśnienie jest zbyt niskie, a opady, osady i stężenie alergenów w powietrzu zbyt wysokie? Złe feng shui, czy cholera wie co... zaszyłam otwór, odprasowałam letnim żelazkiem i zarzuciłam na plecy.

etola

 Wygląda trochę jak latawiec. Etola jest duża. Naprawdę duża, choć nie jak latawiec i nie aż tak, jak na modelce w "Burdzie". Być może dlatego, że wybrałam niewielki rozmiar - czterdziestkę? (taaak! kołnierz ma identyczną rozmiarówkę jak żakiet) Wystaje mi tylko lekko poza linię ramion (czy ja może jestem taka barczysta?) może to i lepiej? tzn, że lekko, a nie, że jestem barczysta.

Etola uszyta jest z biszkoptowej norki, którą już wykorzystałam na kilka sposobów, tu Torba Druga i tam Kamizelka a także w mojej wiernej torbie z futrem, tej pierwszej, co to była przed tą drugą. Przy okazji wspomnę, choć wolałabym zapomnieć, że kamizelkę znowu zmniejszałam, tym razem o dwa rozmiary i zupełnie zmieniałam linię dekoltu. Co za mozół i mordęga nie do opisania! Dopiero przedwczoraj ostatecznie i nieodwołalnie zamknęłam podszewkę. I żeby mi to było ostatni raz! to prucie futra biszkoptowego, sztruksu śmietanowego, ściegów ręcznych, wypustek, podkrojów, podszewek i wierzchów. Ostatniusi!

Dryfując swobodnie w kierunku pointy. "Burda" nie robi na mnie ostatnio wielkiego wrażenia. Z numeru klasycznego, 2/2013 podoba mi się jeszcze jeden model "wśród brzóz", czyli obszerna kurtka z szerokim, wykładanym kołnierzem. Mam na nią trochę inny pomysł, niż błąkanie się w brzezinie i planuję wykorzystać dwie tkaniny... ale o tym kiedy indziej. Tymczasem:


Kim jesteśmy? - Amatorkami szycia!

Czy "Burda" nas zachwyca? - Nie, wcale!!!

Czego chcemy? - Grudniowego numeru!!!!!

 

PS. Korzystając z sugestii doświadczonych kolegów blogerów, eksperymentalnie zmieniam czcionkę, na Georgię. To podobno font o znakomitym kroju, więc pasuje tutaj, jak ta lala!  ;)

Ekspansja.

brummblogging

Nie wystarcza mi już wsparcie rodziny i rozpoznawalność na dzielni! Nie ustaję w swoim dążeniu do zaszczytów, splendorów, pieniądzów i sławy... pragnę zdobyć rozgłos na mieście! odbić się szerokim echem; zintegrować się z trójmiejskim środowiskiem blogerów; bywać na galach, ogrzewać się w blasku fleszy i błyszczeć na iwentach. Pierwszy, najtrudniejszy krok już za mną, zgłosiłam brummBLOGa do konkursu. 

W nagrodę dają... hmmm... statuetkę. Wiem, wiem... cienko... na dodatek nie mam kominka i nie bardzo wiem, gdzie mogłabym ją godnie wyeksponować :O Nagrodą dodatkową jest wręczenie jej (tej nieustawnej statuetki) na uroczystej gali :O jesoo! kolana mi drżą na samą myśl o uroczystej, a serce mi łomocze na wieść o gali.

W "Burdzie" listopadowej, jak znalazł, zamieszczono kwiat jednej nocy i kilka innych sukienek w klimacie galowym (o! kolano mi zadrżało) odpowiednich na wieczorne wyjścia. Tylko mi teraz trzeba tej gali... już mniejsza o statuetkę, bo bez kominka to i tak trochę bez sensu...

Droga do mojej ekspansji jest wyboista... wiedzie tędy:

tekst alternatywny

...i usłana jest Waszymi kliknięciami.

Uff! Łatwo nie było! mam już za sobą krętą ścieżkę aplikacji, kandydacji i nominacji; jedną kwalifikację, dwa maile potwierdzające i zaproszenie do Instytutu Kultury Miejskiej* na spotkanie nominowanych blogerów :O 

* Mamo, jakie to szczęście, że jednak się powstrzymuję od bluzgania na brummBLOGu, mogliby mnie nie wpuścić do tego Instytutu Kultury!

Już. Można klikać!

Z innych, mniej ważnych wiadomości to uszyłam spódniczkę dla Igi. Z resztki tkaniny, która została po skrojeniu spodni. Akuratnej resztki. 

Bardzo chciałam uszyć bombkę, z tegorocznej, sierpniowej "Burdy", która ogromnie mi się podoba na fotach żurnalowych... jednak zwyciężył mój zmysł praktyczny i zdrowy rozsądek. W tym wykroju jest mniej zakładek, dużo szerszy dół i pasek, który można dopasować gumką; jest to model nr 144 z "Burdy" 8/2011.

Zakładki w przodach przestębnowałam, żeby nie rozkładały się od samej talii. Na pliskach kieszeni nabiłam ćwieki. Pasek modelowy zastąpiłam zwykłym prostym paskiem i umieściłam w nim gumkę; dzięki tym zabiegom obeszło się bez rozporka i wszywania suwaka :D

To prosty do uszycia, klasyczny i bardzo wdzięczny model. 

Taki spódniczkowy evergeen... nie to, co ta znakomita, ekstrawagancka bombka...

Ych!

 Jakby co, to wciąż można kliknąć

Gala, gala, trala lala! ;D

PS Z życia przedszkolaka. Iga: "Przyszła dziś do nas pani od jezusmniekocha..."  ; Ja: Pani od religii? ; Iga: "No, przecież mówię!"  :D

Romska żona.

brummblogging

Comiesięczna zapowiedź "Burdy" jest jak trailer filmu klasy B. Wszystko wygląda bardzo apetycznie, profesjonalnie i sprawia, że chcesz więcej. Zazwyczaj w chwilę po tym, jak już zainwestujesz trzynastaka i obejrzysz całość, przekonujesz się boleśnie, że dział reklamy i spece od marketingu zrobili robotę... czego nie można powiedzieć o projektantach.

Z październikowej "Burdy", na którą się nakręciłam już dwa tygodnie temu, podoba mi się tylko okładka. Za to w całości. I pistacjowe logo, i ruda modelka, i peleryna, i metalizowany sweter, i nawet skajporty. To najlepsza okładka w tym roku, a może nawet najlepsza ever. 

Środek żurnalu wymięsiłam czterdzieści razy w tę i nazad nic nie znajdując. Zniechęcona odrzuciłam pismo na stos, ale kiedy zobaczyłam tę niezwykłą, nietoperzową sukienkę Ulki to natychmiast je wyciągnęłam i zaczęłam mięsić jeszcze natarczywiej w nadziei, że jednak coś z niego wyduszę. Wierciłam się nerwowo na stołku, śliniłam obficie palce, przewracając stronice i bardzo, bardzo chciałam odpowiedzieć Uli motylem na nietoperza! A, że w życiu nie widziałam bardziej motylastego rękawa od tego z modelu sto siódmego A i chyba tylko on może korespondować z nietoperzem Ulki, to go wybrałam, wycięłam i uszyłam.

Kris zareagował entuzjastycznie:

"Witaj moja romska żono!" 

No cóż... jakby to powiedzieć, żeby nie urazić mniejszości romskiej w Polsce... Horror PRLu... mogłabym w tej bluzce, wieczorową porą, nękać niejednego bruneta... "Cyganka prawdę Ci powie..."  

...Kawał Motyla...

Bluzka znowu w rozmiarze 40, po której zszyciu zaczęłam podejrzewać, że mam jakieś lewe centymetry, niecertyfikowane przez Krajowy Urząd Miar i Wag, bo jest luźna nawet w biodrach, a w tym rejonie się tego najmniej spodziewałam. 

Na część środkową wybrałam grafitową, masywną dzianinę, która pięknie i dyskretnie się skrzy. Mieni się. Na zdjęciu oczywiście mienienia się nie widać i musicie mi wierzyć na gębę. Słowo krawcowej, że się skrzy i mienieni. Części boczne, krojone wraz z rękawami wyciachałam z lejącej wiskozy z efektem "romskiej żony". Zużycie tkaniny jest przeraźliwe... brrrr! monstrualne... brrrr! i nie tłumaczy tego nawet obfitość motyla! To jest po prostu chore :O

Szyjka. Do powiększonego, względem szablonu, podkroju szyi dałam kwiecistą pliskę. Ciut, ciut za mocno ja naciagałam... ciut, ciut i w efekcie nie dała się przewinąć w całości na lewa stronę, bo jej ciut, ciut brakowało. Mogłam ją zostawić na płasko (miała szerokość 2cm) lecz straciłabym tak starannie i pracowicie pogłębioną linię dekoltu, więc zawinęłam ją, do lewej strony, ile się dało i przeszyłam.

Ulka! mam nadzieję, że Twój nietoperz jest choć odrobinę zmieszany i trochę zbladł, na widok takiego motyla :D Ja sama mam wciąż wobec niego mieszane uczucia, być może dlatego, że w niekrawieckim życiu brzydzę się motyli... No co? pająków się też brzydzę. I motyli (zwłaszcza nocnych! fuj!!!) za to myszy się nie lękam :D ani nietoperzy.

 Bluzka, jak można się było spodziewać, nie daje się złożyć w cywilizowany sposób. Należy albo mieć ją stale na sobie, albo upchać rękawy do środka, upchać, upchać, upchać... nakryć środkową częścią, schować na dno szafy i udawać, że w środku jest wszystko cacy i nie mamy cyganów w rodzinie.

Pozdrawia Was motylkowo-kolorowo!

pozostająca w służbie mody

 Wasza (choć nie na zawsze):

                                                             Romska Żona.

PS Iga lat 5 "Mamo, pani dała nam dwa dni na nauczenie się wiązania sznurowadeł... heheheheheh!"  :D

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci