Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : rybaczki

Aaaaaaaa!

brummblogging

Na zachętę wybrałam sobie do szycia model 139, z Burdy nr 4/2014. Śliczną, dziecięcą sukienkę ze skrzydełkami, o linii litery A. Zupełnie od czapy, bo Iga chodzi w sukienkach od wielkiego dzwonu i na nic mi ona, prócz zachęty oczywiście, nie jest potrzebna. Zwyczajnie chciałam trochę poszyć, ot tak sobie, niepraktycznie i dla zwykłej radochy twórczej. Oraz oczywiście, żeby zebrać cztery lajki i pięć uprzejmych komciów.

Jednakże jakoś tak nieoczekiwanie nastały upały, a Iga odczepiła się wreszcie od inhalatora i stwierdziła, że czuje się dobrze i idzie do szkoły. Proszę bardzo, proszę... będę miała całe przedpołudnie na dzierganie niepraktycznego fartuszka od czapy i radości szycia po same pachy. Proszę bardzo, zaraz ci naszykuję ubrankaaaa... aaaaaa... Aaaaa!

Przekopałam komodę. Aaaaaa! przeszukałam szafę... Aaaaaa! aaaaale gdzie są te wszystkie fajne portaski i szorty, które były na małą jak ulał, przeszłego roku? Aaaaaaaa! wszystko jakieś takie, napięte, niedopięte, kuse, wąskie... Aaaaa jutro 32 stopnie w cieniu i dziecko nieoczekiwanie chce iść do szkoły. Akurat.

Iga mocno wciągnęła brzuch i poszła. Ja natomiast, chcąc nie chcąc, a nawet bardzo nie chcąc i wcale nie chcąc, zabrałam się do szukania tkanin i wykrojów na portasy. Znalazłam cienką, fuksjową bawełnę i dobrałam do niej lamówkę ze skosu, którą sama wyprodukowałam, nożykiem do tapet. Pamiętacie? o tamtą lamówkę. Do niczego mi jakoś nie pasowała, aż do środy 21 maja, kiedy to natknęłam się nagle w szafie na tamtą fuksjową bawełnę. 

szorty

Zaczęłam od skrojenia bermudów za kolano. Swobodnych i wygodnych, z dużymi kieszeniami, wykończonymi wspomnianą już lamówką, co to ją sama wyprodukowałam. Rozporek jest fałszywy, a troczki u dołu niefunkcjonalne i służą tylko ozdobie i łachotaniu po łydach.

szorty

Wykrój wygrzebałam z koperty, szyłam już z niego bermudy w kwiaty. Szczodrze dodałam na szwy i hojnie na podwinięcia, mimo tego mam wrażenie, że powinnam była posłużyć się wykrojem w rozmiarze 134. Niestety prawdopodobnie za rok o tej porze, będę znowu biegać od szafy do szafy w panice, a następnie klecić wpis pod wdzięcznym tytułem: Aaaaaaa!

rybaczki

Z reszty kuponu skroiłam szarawary do pół łydki. Tak naprawdę nie mam pojęcia, gdzie się kończą na Idze, gdyż w międzyczasie przetoczyła się nad miastem burza z piorunami i jakoś tak się ochłodziło... ale przecież upalne lato za pasem i na pewno się przydadzą... aaaaa na razie trzeba się wybrać do piwnicy, po kaloszki.

szarawary

Z kieszeniami trochę sobie poszalałam, jest ich wszystkich sześć. Troczki tym razem są całkiem funkcjonalne i pozwalają ściągnąć nogawki u dołu... nie wiem w sumie po co? żeby gładko weszły w kaloszki? 

rybaczki

  Prasowanie tej bawełny jest czynnością całkowicie daremną i jałową, 60 sekund po odejściu od deski mamy już wyjściową mierzwę i możemy zaczynać od nowa. Na szczęście w przypadku szarawarów nie ma to większego znaczenia. Mogą się mierzwić i mnąć, mnieć... gnieść się mogą, ile chcą.

rybaczki

Cel terapeutyczny został osiągnięty bez udziału fartuszka, wyłącznie za pomocą fuksjowych bermudów i szarawarów. Zachęciłam się troszeczkę i chyba szycie znowu mnie kręci. Z czułością głaskam swoje liczne kupony, nabrałam ochoty na zakupy tekstylne i snuję śmiałe plany. Być może nawet wysupłam trzynastaka i kupię czerwcową Burdę, o której mizerocie i lichości już teraz krążą legendy na fejsie? kto wie? Przypuszczalnie w końcu zabiorę się za rolety rzymskie, o których opowiadałam Uli. Szorty, które obiecałam Krisowi i rybaczki bardzo potrzebne Marcelowi. Może nawet rąbnę małej ten fartuszek?

To pisałam ja, matka corocznie zadziwiona gabarytami swoich dzieci, które nie wiadomo kiedy, niepostrzeżenie, ukradkiem i w cichości powiększają się podstępnie, aż im kości trzeszczą, żeby mnie pogrążyć. Aaaaaaaaa!

Włoski niezbędnik.

brummblogging

KRAJ. Włochy? dziwi się czteroletnia Iga; a co to za nazwa w ł o c h y ? fuj!  Italia. To pomysł Krisa. Ja sięgam myślą najdalej do Żukowa. Wyjazd do centrum Gdańska, komunikacją miejską, to dla mnie duże wydarzenie. Wakacje życia spędziłam w Borach Tucholskich. Taki ze mnie globtrotter, że szerokim łukiem omijam nawet kanały podróżnicze telewizji kablowej. Tak więc ta Toskania to był pomysł Krisa. Nie można o nim powiedzieć, że jest jakoś obłędnie kreatywny, bo dwa lata pod rząd, wpadł na ten sam pomysł.


ODLEGŁOŚĆ. Już rok temu stwierdziliśmy, że Toskania leży cholernie daleko od Polski i tego lata postanowiliśmy to potwierdzić. Udało nam się w całej rozciągłości! Do dziś czuję ten dystans w pośladkach.

WALUTA. Euro w każdej ilości. Najlepiej hurtowej. Ponieważ nasze skromne oszczędności po przewalutowaniu skurczyły się czterokrotnie, a następnie wszystkie ceny musieliśmy pomnożyć przez cztery, czuliśmy się skubani do potęgi. 

JĘZYK. Jeżeli nie znasz włoskiego, nie szkodzi. Jeżeli, tak jak Kris, znasz doskonale angielski, to także nie szkodzi... choć również niewiele pomaga. Najprościej od razu po przesadnie głośnym powitaniu: buongiorno!  przejść do rzeczy po polsku... Wszystkie problemy komunikacyjne rozwiązujemy z pomocą gestykulacji.

STOSUNEK tubylców DO otaczającej RZECZYWISTOŚCI: who cares! Potrzeba przeciągłego okresu adaptacyjnego, żeby zaakceptować  szczególny, wszechobecny, włoski tumiwisizm. Warto pamiętać, że Niemiec lub Szwed może, podczas pierwszego pobytu, przeżyć szok cywilizacyjny. Polakowi prawdopodobnie będzie tylko, na każdym kroku, skakał gul!


PRZEPISY DROGOWE: who cares!  Nie używamy kierunkowskazów do sygnalizowania swojej chęci zmiany pasa ruchu. Każdy średnio rozgarnięty użytkownik drogi z pewnością zauważy, że zajeżdżacie mu drogę. Po co to całe mruganie?

SJESTA. Jest. Przypada akurat wówczas, kiedy normalny turysta pragnie zwiedzać, kupować, jeść, pić, siusiać i wykonywać te wszystkie inne, absurdalne czynności, które zdaniem Włocha można bez szkody odłożyć na bok na cztery godziny. 

JEDZENIE. Część lokalnych, ichnich produktów można z łatwością kupić w polskiej Biedronce; inne na "tygodniu włoskim" Lidla. Jeżeli planujecie zakup pamiątek z podróży dla dalszej rodziny, praktyczniej będzie zaopatrzyć się w nie po powrocie :D

 ZWIEDZANIE. Znamiennym jest fakt, że to, czego w Toskanii nie wolno nie zobaczyć jest... krzywe. 

Krzywa Wieża na Placu Cudów. Zaiste cuda! czterdzieści stopni w cieniu, na trawę nie wolno wchodzić i jest tu więcej Japończyków niż na Okinawie. :D Pan Kris zażyczył sobie zdjęcie pozowane z podpieraniem, a Marcela zmusił do fotki pozowanej z popychaniem. Prócz tych zachwycających rozrywek, można się poprzepychać pomiędzy straganami i kupić pamiątkowy magnesik na lodówkę. 

Prócz Pizzy turysta obowiązkowo zalicza: Siennę

San Gimignano

i Livorno*

... a pot płynie mu po plecach, wzdłuż kręgosłupa i dalej...

* Nie dojechaliśmy do Livorno, zatrzymała nas Vada. W tej miejscowości koniecznie należy kupić sobie na pamiątkę ręcznik kąpielowy od Turka. 

LODY. Za to, co w Polsce nazywane jest powszechnie "lodami włoskimi" mieszkańcy Italii powinni nas zaskarżyć do trybunału w Strasburgu. Warto wydać zaskórniaki do ostatniego eurocenta w pierwszej lepszej  włoskiej gelaterii. Przez ok 4 minuty będziemy mieć pewność, że to wakacje naszych marzeń. Następnie to przekonanie szybko stopnieje i spłynie...

W tle Gelateria Dondoli lodziarnia dwukrotnego mistrza świata w kręceniu tego cudownego deseru. Na pierwszym planie niestety ja :D oraz: Iga w bermudach z ubiegłorocznej BRUMMkolekcji i Marcel w portkach w kolanko  z poprzedniego wpisu.

Rybaczki, które mam na sobie szyłam przed wyjazdem. Niestety nie pamiętam, czy miałam podczas roboty jakieś zabawne przygody. Tkaninę wybrałam przez wzgląd na neutralną kolorystykę i dość obojętny wzór... być może była zbyt masywna, jak na toskański lipiec, być może... za to ma obojętne i wzór i kolorystykę hłe, hłe, hłe...

Pamiętam dobrze, że przetrzepałam wszystkie "Burdy" i wielce z siebie zadowolona skopiowałam wspaniale rokujący wykrój na portki. Tuż przed krojeniem, postanowiłam porównać go ze spodniami, które szyłam w ubiegłym roku i w które się nie mogłam wcisnąć. W spodnie nie udało mi się wcisnąć już drugi rok z rzędu, a przy tym spostrzegłam, że skopiowałam sobie DOKŁADNIE TEN SAM WYKRÓJ...

Trochę mnie osłabiło to odkrycie i na znak protestu wybrałam stary szablon, który mam w kopercie od dekady, albo i lepiej i według którego powstały już dziesiątki par rybaczków, a w dodatku we wszystkie się mieszczę po dziś dzień! 

Do neutralnej kolorystyki tkaniny dobrałam równie neutralne dodatki: żółte guziki.

Kieszenie.


I kieszenie.

Wakacyjne rybaczki jakich wiele :D oj wiele! Zaletą wykorzystywania jednego i tego samego wykroju siedemnasty raz jest szycie bez przymiarek i zbędnych ceregieli. Szast prast! Zaletą rybaczków z neutralnej tkaniny w neutralnej kolorystyce jest dodatek elastanu, który zapewnia komfort, nawet po czwartej porcji lodów i małej pizzy. 

Na koniec wyglądamy przez okno:

...a tam czterdzieści stopni w cieniu i rybaczki się topią.

Niedbały szyje dwa razy...

brummblogging

...szybciej!

Nie jest łatwo osiągnąć poziom niedbalstwa i niechlujstwa szyciowego, który obecnie sobą prezentuję, ale nie zniechęcajcie się, ćwiczcie się wytrwale w niefrasobliwej niestaranności. 

Na początek należy wzgardzić fastrygą. Ta przestarzała i czasochłonna czynność jest stanowczo przereklamowana! Naparstek oddajcie do muzeum i zostawcie sobie tylko jedną igiełkę, na wszelki wypadek, gdyby Wam odpadł guzik i akurat nie byłoby prądu.

Krzywik phi! kto nie wie, co to jest, niech pozostanie w błogiej nieświadomości; kto dostał (trzydzieści lat temu) jeden od babci, niech odda go dzieciom do zabawy. Linijka czasem się przydaje, ale nie warto jej nadużywać. Podobnie miara centymetrowa, jeśli macie skłonność do sięgania po nią zbyt pochopnie, ustalcie nieprzekraczalny limit: raz na godzinę! Szlifujcie, znaną i stosowaną od setek lat przez wszystkich rzemieślników, metodę NA OKO. Jeśli Wam wydaje się równiutko, z pewnością nikt zwącha, że jest inaczej.

Kilka tępych szpilek warto mieć - profesjonalnie wyglądają, równiutko nabite w poduszeczkę. Nożyczki to gadżet z którego nie możemy - niestety - zrezygnować. 

Wykrój należy kopiować na papierze, ołówkiem. Od razu warto zrezygnować z tych wszystkich oznaczeń, które tylko komplikują pracę. Kreślimy nitkę prostą i gotowe! Szablon kładziemy na materiale i dociskamy cukiernicą, podajnikiem na taśmę klejącą, puszką z bakaliami, lub innym przedmiotem, który jest w zasięgu ręki. 

Mydła używamy tylko w kąpieli. Krawiectwo to brudna robota.

Krajamy, spontanicznie nanosząc dodatki na szwy i konieczne zmiany konstrukcyjne.

Żywiołowo machamy nożycami!

Przy zachowaniu wszystkich powyższych reguł, machniemy miętowe, bawełniane szarawary w trzy godziny.

 Wysokość kieszeni ustalamy ad hoc. Worek, skrojony jakcięmogę i obrzucony owerlokiem, układamy na przodach i stębnujemy na czuja; badając pod spodem zgrubienie ściegu owera. Na tym etapie czasami przydają się trzy szpilki.

Przymiarkę urządzamy sobie dopiero wówczas, kiedy już jest CO przymierzać. Korygujemy nieliczne błędy. Jeśli o czymś zapomniałyśmy (wszywki, szlufki, jakaś zbłąkana kieszonka, itp) trudno! może się uda następnym razem. 

Gumka w pasie to doskonałe rozwiązanie. 

Skutecznie zamaskuje nie tylko naszą talię, ale i wszystkie niedociągnięcia kroju.

Jedziemy dalej.

Troczek, do ściągania nogawek i ściągania uwagi oglądaczy, oraz troczek w pasku to już zwyczajne fanaberie. Można je zastosować, jeżeli prowadzi się bloga i trochę głupio pokazywać proste szarawary na gumie. Możliwe nawet, że komuś zaimponuje się pomysłowością :O

Uwaga! NIE CZYTAMY burdowych opisów szycia! Jest to czynność głęboko demotywująca i wysoce stresująca. Prawdopodobnie studiowanie wkładki w "Burdzie" jest przyczyną wielu groźnych chorób. I zeza. 

Zdradziłam Wam dzisiaj wiele tajemnic mojej pracowni. 

Ruszajcie do swoich maszyn

i

pamiętajcie:

Niedbały szyje dwa razy... szybciej!

 

PS Iga: "Bawimy się w: kto wolniej zje kolację?" ; Kris poirytowany: "Nie! nie! bawimy się w: kto szybciej zje! SZYBCIEJ! Kto ostatni ten syf!"  ; Marcel, który zawsze chętnie rywalizuje z pięciolatką wpycha sobie całą kolację do ust: "Już!!!"  ; Iga spokojnie przeżuwając: "Wygląda na to, że jestem syf... he he..."  :D

Na ryby nie chodzę...

brummblogging

...ale rybaczki noszę bardzo chętnie! Ponadczasowe, o idealnej długości dla mojej sylwetki (trzy czwarte łydki) doskonale sprawdzają się latem, nawet w dość oficjalnych okolicznościach. Korzystałam z wykroju, kopiowanego z marcowej "Burdy" z roku 2005, szyjąc już trzecie wcielenie spodni; wyszły tak:

Oryginalny wykrój ma kilka udziwnień, które pomijam, żeby sobie oszczędzić frustracji i uprościć robotę; rezygnuję także ze skośnie zorientowanych kieszeni, naszywanych na udach :P 

Zachowuję za to piękny szeroki pasek (choć  z kolei rezygnuję z jego asymetrycznego zapięcia) który jest prawie karczkiem; jego górna krawędź sięga do linii talii. Odszywam kieszenie i dodaję szlufki. Prawie nigdy nie daję podwójnego worka kieszeniowego (z oszczędności materiału oczywiście, ale także po to, aby nie dodawać na biorda trzech warstw tkaniny) wykańczam brzeg kieszonki lamówką, i naszywam pojedynczy worek na przód. 

Na tyłach naszywam nieskomplikowane kieszonki. 

Na fotografii tego w ogóle nie widać, ale jest to dopasowany fason, zwężany do dołu i blisko ciała. Mimo, że wybrałam tkaninę nieelastyczną (przepiękny len z 40% dodatkiem wiskozy, który wspaniale się szyje! i doskonale układa) leżą świetnie i noszą się komfortowo. Można w nich bez obawy usiąść i nawet później bez obawy wstać! :) 

Spodnie wykończone są u dołu pięknymi mankietami! bardzo lubię mankiety, ale rzadko je robię, bo zużycie tkaniny gwałtownie wzrasta ;) a tego z kolei nie lubię. Wszystkie stębnowania wykonałam ściegiem ozdobnym. Samodzielnie nabijałam srebrne guziki do dżinsu; nie wymaga to umiejetności, ani finezji, trzeba tylko walnąć młotkiem. Efekt jest bardzo profesjonalny.

Rybaczki juz przetestowane, więc mogę polecić z czystym sumieniem. 

 Koszt: cena rybaczek, względnie rybaczków nie jest wygórowana; tkanina kosztowała 5,20 za pół metra i była bardzo szeroka; zużyłam około metra lnu, suwak do rozporka i nici, oraz trzy guziki do dżinsu. Sądzę, że kwota zamknie się w 15zł.

Kupuję tkaniny.

Kilkaktrotnie już robiłam zakupy u tego sprzedawcy e-AbcTekstyliaPL i bardzo serdecznie go polecam. Piękne i oryginalne tkaniny w doskonałych cenach! Zdjęcia i opisy odpowiadają rzeczywistosci i dobrze charakteryzują przedmiot sprzedaży, a przy tym wszystkie wątpliwości są zawsze rozpatrywane na korzyść klienta! Tkanina z której uszyłam rybaczki także pochodzi od tego sprzedawcy.


Ekwipunek plażowiczki.

brummblogging

Zbliża się czerwcowe świętowanie, czyli inauguracja tegorocznego sezonu letnio-wakacyjnego. Wybieramy się z dzieciakami nad jezioro - nie zdradzę gdzie, bo w zeszłym roku było tam niewielu ludzi i bardzo sobie życzę, żeby tak pozostało ;) - jeśli pogoda nam dopisze, trochę się wyplażujemy.

Podstawowe wyposażenie plażowe chłpca stanowi żółta łopata; dziewczynka szykuje się od tygodnia na "biwak", należy więc pomyśleć o odpowiednim stroju. Musi on zapewniać swobodę ruchu, przewiewność i gwarantować trochę lansu. Wyciąnęłam wczoraj z szafy (powoli staje się ona legendarna) resztki letniej, kolorowej i bawełnianej kolekcji IKEA sprzed kilku dobrych lat. Przejrzałam "Burdy" i znalazłam wiele ciekawych propozycji; wybrałam bluzkę, pantalony, majtochy i kapelutek.

Bluzeczka na wiązanych ramiączkach:

Krój bardzo prosty i bardzo wdzięczny; przyjemnie i szybko się szyje; można dość łatwo skorygować bluzkę i dopasować ją - tuż przed oblamowaniem podkroju pach - do sylwetki. Top znaleziony w numerze 7/2010 "Burdy".

Dół obszyłam ściągaczem; marszczenie fajnie się układają, mimo sztywności płócienka.

Pantalony z falbankami:

Spodenki długości trzy czwarte; dół nogawek wykończony falbankami i dodatkowo lekko ściągnięty gumką; krój prosty, niewymagający, do realizacji w ciągu godziny.

Tył pantalonów ozdobiłam kieszonkami; falbanki wykończyłam owerlokiem:

Wykrój mozna odgrzebać w "Burdzie" z roku 2008 numer kwietniowy.

Majtasy do brodzenia w wysokiej wodzie:

Początkowo skopiowałam wykrój z "Burdy", ale kiedy spojrzałam, jak mocno jest podcięty - prawie jak damskie figi ;) - ogarnęło mnie zwątpienie. Skroiłam więc majtki korzystając z gotowych, już lekko za małych i nie ustrzegłam się błędów.

Ponieważ - oczywiście - były zbyt obcisłe, wszyłam po bokach dwa paski ściągacza, wykorzystanego także w bluzce, a żeby odwrócić od nich uwagę, wykonałam w tym miejscu szałowe wiązania. Góra wykończona jest gumką, w podkroje również podszyte są gumeczki. Jeśli ktoś sądzi, że przy małej rzeczy mniej sie można styrać, to grubo się  myli :P

Na koniec - i na głowę - kapelutek z tej samej "Burdy", w której znalazłam bluzeczkę:

Kapelutek jaki jest każdy widzi, a wykrój serdecznie polecam, bo niejeden kapelusz już uszyłam i ten jest naprawdę prosty, ładnie leży na głowie, ma fajne rondo skierowane do dołu i szyje się go migiem.

Tak prezentuje się cały ekwipunek; dodatkowo oczywiście zabieramy krem ochronny, który mała uwielbia, ponieważ jest turkusowy! i ruszamy.

Proszę zauważyć, że kolekcja tkanin jest drukowana w tych samych barwach i różnych wzorach, co daje ogromne możliwości ich wykorzystania i łączenia! W planach mam jeszcze szortki i faruszek portfelowy - chciałabym zdążyć w tym tygodniu.

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci