Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : plaszczyk

Miernota.

brummblogging

   Świat zalewa fala miernoty. I badziewia. Oraz chały, a wiadomo kto z kim przestaje, takim się staje, więc mi to życia nie ułatwia. Większość przedmiotów codziennego użytku to jednorazówki. Zanim doniesiesz do domu, już się oskrobie pozłotka, nim skorzystasz, już się uszczerbi, wygnie, zblaknie, wymnie, przedrze i zmechaci. Straci kolor i polor. Żałość i nerwacja!

   Niektóre rzeczy mogę kupować raz na tydzień, np. papier toaletowy w Biedronce, proszę bardzo! rozumiem i owszem, że nawet paka superior w końcu - najczęściej w niedzielę wieczorem się kończy. Ogarniam, ale fioletowy, wypasiony parasol z Benetona? rozkładany średnio raz do roku i nigdy w czasie słoty? czy to w porządku, że mu się druty gną na wszystkie strony i trzaskają jak zapałki, jakbym się z nim przedzierała codziennie, pod wiatr, falochronem w Nowym Porcie?

   Albo dajmy na to strój kąpielowy z Decathlona, brązowo-turkusowy z wyszczuplającą wstawką tam, gdzie i tak, z natury jestem najszczuplejsza, czy to jest ok, że po dwóch sezonach zupełnie traci kształt i fason, rozciąga się, faluje - on na mnie, a ja pod nim - i marszczy się? no, czy to w porządku? Nie powiem, próbowałam być cwana i go naprawić domowymi sposobami, skróciłam wydatnie ramiączka tak, że mi już biust nie wylatał podczas zakładania japonek, ale za to zaczął mi się wrzynać u dołu i zaczęły mi wylatać pośladki, więc dupa...

    Bądź skórzana teczka Krisa z TK Max, która miała mu służyć aż do emerytury. Trochę się nawet martwiliśmy, że nam się znudzi i opatrzy, że już nią będziemy rzygać, a ona ciągle będzie służyć. I nie znajdziemy pretekstu, żeby kupić nową, bo ta skórzana, popatrz... popatrz... ile to już lat? Ile? otóż kilka miesięcy i zaczęła się siepać podszewka, która wkrótce porwała się na strzępy tak, że Krisowi zaczęły bezpowrotnie ginąć różne przedmioty wciśnięte między tę gęstwę. Miarka się przebrała, kiedy zaplątało mu się drugie śniadanie tak, że wydostał je dopiero po podwieczorku...

   Wszystko przelatuje przez palce, niszczeje, marnieje i popada w ruinę. Wędlina mi zielenieje, pomidory gniją, a kaszę robale zeżarły! Zęby mi się kruszą, meble mi się chybocą i drą się zelówki! Drą się jeszcze, nim ujrzę pierwsze oznaki zużycia na cholewce!  Co innego wkładam do pralki i... niespodzianka! zgoła coś innego wyciągam! Żałość i nerwacja. Na nic moja żyłka MacGyvera i talent krawiecki, wszystko to jest tylko rzeźbieniem w gównie, a prędzej czy później - zazwyczaj jak najprędzej - trzeba kupić nowe, tak samo badziewne i chałowate. 

   Niestety z moją krawiecką twórczością bywa podobnie, gdyż nie golę owiec, nie przędę, ani nie tkam po nocach i w materiały zaopatruję się tam gdzie wszyscy, czyli... w Chinach. Względnie w Bangladeszu. Już prasowanie ich rozgrzanym żelazkiem bywa wyzwaniem, a pranie w wodzie z dodatkiem delikatnych detergentów to już prawdziwa... chińska ruletka. Nie wiem, jak będzie z tym płaszczykiem dla Igi, wiem za to, że już trzeci dzień wisi na wieszaku i wygląda jak nowy! 

płaszcz asymetryczny

   Wybrałam bardzo prosty fason z Burdy 11/2012 i okropnie się bałam, co z tego wyniknie. Całe szczęście, kopiowałam wykroje hurtem, jeszcze przed poprzednim wpisem i bez zastanowienia wybrałam rozmiar 140! Okazało się, że w zupełności wystarcza on na całkowite okrycie Igi, która ma własnie metr czterdzieści wzrostu i każdy dodatkowy centymetr byłby przesadą. 

   Rysunek techniczny sugerował, że płaszczyk mocno rozchodzi się ku dołowi. Z obawy przed przeciągami, skorygowałam trochę krawędzie przodów... niepotrzebnie, mógłby rozchylać się śmielej, nawet u nieśmiałej z natury Igi. Szkoda.

płaszczyk

   Paltocik uszyłam z dżinsowej pikówki, która jest tak masywna, że miałam problem z wszyciem kołnierza... Żeby szwy wyglądały w miarę schludnie wszystkie wystębnowałam, szarą nicią, blisko krawędzi. Prasowanie tej tkaniny kompletnie nic nie zmieniało w jej wyglądzie. Waciak to waciak, choćby go trzy godziny traktować parą, przez szmatkę...

płaszczyk asymetryczny

   W szwach bocznych tak świetnie zakamuflowałam kieszonki, że Iga za nic nie umie do nich trafić. Rękawy jeszcze wczoraj były odrobinę za długie, ale jutro, najdalej pojutrze, będą w sam raz, więc się tym nie trapię. Poza tym podszewka beżowa całkiem elegancka, nie ma obciachu, jeśli gdzieniegdzie wychynie. 

płaszczyk z pikówki

   Nie wystarczyło mi tkaniny na pasek, ani cierpliwości na rygielki rękawów. Nie spędza mi to snu z powiek. Na razie mała właścicielka uznała, że pasek jest całkowicie zbyteczny. Kiedy przyszło do dziergania dziurek przeżyłam krawiecki kryzys, ponieważ okazało się, że sznurek z pikowania, przecięty nożykiem siepie się i pruje bez opamiętania. Och! ile ja się nasapałam i nastękałam... w końcu odszyłam dziurki bezładnie, wszędzie tam, gdzie tylko nie ma pikowania...

płaszczyk dżinsowy

   ...a następnie spojrzałam na obłożenia i się załamałam... oczywiście od lewej strony nie udało się ominąć kwiatków i naturalnie się prują jak jakieś nienormalne! Jak zwykle użytkowanie i pierwsze pranie zrewidują moje wyobrażenia o trwałości okrycia. Na razie staram się za bardzo z niego nie cieszyć i nie przywiązywać się do niego przesadnie... wiecie w zalewie chały, miernoty i badziewia. Możliwe, że jeszcze przed końcem roku się uszczerbi, wygnie lub zblaknie. Żałość i nerwacja!

PS Jak tylko Iga powie coś zabawnego, natychmiast uzupełnię wpis o anegdotkę.

Szycie w stylu dowolnym.

brummblogging

Miewam takie dni - z rzadka... ale miewam - kiedy zabieram się do szycia profesjonalnie. Zgodnie ze sztuką i w stylu klasycznymSerio. Zaczynam od starannego odbicia wykroju. Posługuję się ołówkiem (świeżo zaostrzonym w szpic) i linijką! Nanoszę wszystkie oznaczenia (nawet te całkowicie zbędne) i wycinam ostrożnie. Krojenie przebiega w podobnym klimacie - odmierzanie, rysowanie, kopiowanie znaków (nawet tych całkowicie zbędnych). Staranne wykrawanie; szpileczka, miareczka, kredeczka. Ciaaaach, ciaaaaach! powolutku.

Rozpiera mnie duma, że jak chcę, to jednak potrafię być fachowcem.

Naprasowuję fiselinę na miejsca sugerowane przez autora (no dobra, pomijam te całkowicie zbędne). Pierwszy szew jest idelany: długi, jasny, prosty (jak trasa Łazienkowska z "Czterdziestolatka") ma pięknie przycięte niteczki i biegnę go rozprasować, żeby nadać mu ostateczny sznyt. Idealnie. Mięknę z wrażenia w kolanach...  

Wszystko przebiega bez probemów aż do czasu pojawienia się pierwszego problemu. Coś nie pasuje :O coś źle zszyłam... pruję, docinam... oj! niepotrzebnie przycięłam powinnam była to wdać :O teraz mi brakuje... komplikacje i przeszkody. Denerwuję się i uznaję, że niepotrzebnie się tak napinałam, skoro nie umiem uniknąć błędów. Zaczynam szycie w stylu szybkim - szwy śmigają, nici się ciągają, żelazko stoi zimne i nieużywane :D a przeszkody się piętrzą.

Kończę zazwyczaj w stylu dowolnym...

Zrezygnowana z profesjonalizmu, trzymam się kurczowo myśli, że wszystko i tak przykryje podszewka.

Miewam także takie dni, że od razu zaczynam od stylu szybkiego i kończę dowolnie

Nawet tak wolę. Mniej frustracji :D

Płaszczyk z "Burdy" nr 9/2008 wpadł mi w oko już dawno. Ma bardzo prosty krój, bardzo prosty! i tego się właśnie obawiałam. W dodatku jest obszerny i zupełnie (nigdzie) niedopasowany, a ramię ma mocno obniżone. Rozum (wraz z lustrem) podpowiadały mi: o nie! a serce mnie kusiło: oooo taaaakkkk! tak!

Idąc za głosem serca:

Tkanina jest zdobyczna. Nic mnie nie kosztowała, poza wyskrobaniem z niej martwej, zasuszonej muszki i takowegoż żuczka. Kolor ma nie do wyjęcia i do tego całkowicie oldskulową (gofrowaną) fakturę. Wydaje się, że ma wełnę w składzie; jest dość sztywna i gruba. 

Jak widać krój jest prostszy od konstukcji cepa; żadnych kieszeni, mankietów, patek, cięć, karczków... nic. Jedynym szaleństwem jest (prosta do uszycia) stójka. Kiedy zszyje się szwy ramion, można płaszczyk przymierzyć! czyli już 2min po rozstawieniu maszyny. Po 5min ma rękaw  rękaw, a gdy połączy się boczne szwy - jest w zasadzie gotowy! Godzinka - pod warunkiem, że pół godzinki trwała przerwa na kawę!

Płaszczyk leży DOSKONALE! Świetnie wysmukla sylwetkę. Ramię jest ładne i łagodne; pionowe załamanie, które tworzy nadmiar tkaniny, jest urocze. Całość jest mocno w stylu lat '60. Nie lubię stójek, ale ta jest całkiem fajna, w dodatku pięknie się rozkłada tworząc niewielki dekolt. Rękawy 3/4  (strasznie mnie kręcą!) w oryginale podwijane, pozostawiam wolne. 

 Płaszczyk podszyłam grafitową podszewką (choć nie przewidywała tego burda). Wybrałam rozmiar 42 i wielkość jest idealna! W wykończeniu brak widocznych stębnówek  i nie ma zapięcia  a  dół podwinięty jest ręcznie. Forma jest maksymalnie uproszczona. 

Kształt pudełkowy;

 linie mocno zgeometryzowane - 

a sam paltocik - komfortowy i szalenie elegancki.


Moja niebieska, filcowa broszka wyraźnie na niego czekała.

Fason i wykrój bardzo polecam. Można wykorzystać go do uszycia krótkiego żakietu (przewiduje to burda) i z całą pewnością nie omieszkam! Czuję wiosnę, gdy tylko o tym pomyślę :D

Oczywiście nie wytrwałam do końca w klasycznym stylu szycia (nie zgodziła mi się długość przodów i tyłu, co lekko wytrąciło mnie z równowagi) zaczęłam się spieszyć, zaniedbałam prasowanie ( co akurat niewiele zmieniało w widoku ogólnym) nici dyndały wszędzie, ale finiszowałam godnie...

i pogodnie :D

Czuję, że zbliżają się dni, kiedy mój przedwiosenny otulacz będzie niezastąpiony! 

Jeśli będę w dobrej formie może pyknę kilka zdjęć.


PS. Iga (nie pytana o zdanie) "Jestem piękna, bo jem warzywa!" :O 

To nie jest prawda (ta część o warzywach) bo strasznie grymasi przy jedzeniu. W związku z tym źródło jej urody pozostaje tajemnicą  ;D

Nynkowy.

brummblogging

Pierwsze chłodne dni - naprawdę chłodne - skłoniły mnie do wyjścia w plener w mojej wełnianej jesionce. Muszę jej przyznać, że jest cieplutka, dobrze się komponuje z dodatkani w różnych kolorach i jest bardzo elegancka.

Wiadomo, że głupio tak łazić z pustymi rękami, więc ja zabieram swoją jesienną listonoszkę, a Kris swoją lustrzankę. Tym razem obywa się bez większych spięć i zdjęcia wyszchodzą całkiem zgrabnie. Modelka może niezbyt zgrabna, ale to akurat żadna wina fotografa ;D

W sercu osiedla mamy bardzo stary park, do którego czasem się wybieramy w poszukiwaniu kasztanów, liści i przygód. Brykamy tam pomiędzy stuletnimi dębami, nigdy nie znajdując ani jednego kasztana, za to liście i przygody jak najbardziej ;D napotykamy.


Historia tego parku sięga końca XVIIIw. kiedy to polski szlachcic Feliks Łebiński nabywa tutejszą ziemię - dobra wraz z ośmioma zagrodami - odbudowuje folwark i tworzy okazały kompleks parkowo dworski.


Do 1945 w Nenkau istniał folwark z dworkiem i pięknym parkiem oraz 27 budynków mieszkalnych (w większości były to gospodarstwa ze stodołami i stajniami), funkcjonowała szkoła, działała kuźnia i rzeźnia. Po II wojnie światowej niemiecko brzmiące Nenkau przyjęło spolszczoną nazwę Nynkowy, które zasiedlili napływowi Kaszubi i górale. 

Pięknie prawda? niewielu mieszkańców osiedla tę historię zna i ja sama dowiedziałam się o niej zupełnie przypadkowo.

Po liściach buszuję w moich granatowych spodniach, które dość ładnie leżą.

Mam także na sobie: musztardowy golfik - Camaieu;

skórzane botki - Humanic;

i moje miedziane biżou - Reserved.

Oto i zabudowania dworskie... część obiektu - od strony uliczki -  została odnowiona (elewację pomalowano na kolor wędzonego łososia) i jest zamieszkała; w ogródku biegają kury i wyją psy!..

Niestety (albo stety, już sama nie wiem) od strony parku dworek powoli ulega zniszczeniu i degradacji.

Dzisiejszym wpisem spełniam obietnicę pokazania się w płaszczyku i przemycam trochę lokalnej historii. Korzystajcie z obu atrakcji - choć obie są na równi wątpiwe :D

Własnie zabrakło mi miejsca w moich blogowych zasobach, więc zanim zamieszczę kolejne zdjęcie, udam się do BLOXa na żebry o dodatkowe MB... Za utrudnienia bardzo przepraszam :D

Iga: "Jak mama jeszcze raz obetnie ci włosy, tatku, to już ci się całkiem skończą!"; Kris: :O  Iga: "Co, boisz się?" :D

Trzy Szwy, które wstrząsnęły światem.

brummblogging

Oczywiście moim krawieckim światem.

Zacznę od tkaniny: kupiłam ją, mniej więcej, pięć lat temu z przeznaczeniem na płaszczyk. Czekała. W tym czasie kilka razy, na przemian, podobała mi się i nie podobała; była w modzie i była passe. Mole jej nie zeżarły, choć ma w sobie dużo smacznej wełny. Wreszcie nadeszła jej wielka chwila!

Poszukiwałam zwykłego wykroju, bez zbędnych udziwnień i w oko wpadł mi model z roku 2007, z "Burdy" styczniowej. Wyglądał pięknie na modelce, a krój... no właśnie... krój był uproszczony maksymalnie - w zasadzie 3 szwy. Przód krojony w całości z kołnierzem (ma cięcie/zaszewkę); tył (ma piękne, owalnie poprowadzone cięcie); rękaw i... to tyle! Pomyślałam od razu, że to się nie może udać. No nie może! A jednak...

Już zszywając pierwszy szew - szew środka tyłu - uznałam, że jeśli rychło nie "zamknę" płaszczyka podszewką, to zostanę na jesień z kupką nici na kolanach - tak przeokropnie się siepał! Zrezygnowałam z kieszeni (ukrytych w cięcu przodu) i w ogóle zrezygnowałam :D a jednak...

Migiem połączyłam wierzchnią część płaszczyka i... zaskoczenie! wszystkie elementy pasują do siebie; każdy się zgadza i mieści, gdzie powinien. Przymierzam - druga niespodzianka - okrycie pięknie leży! Niezakłócona linia ramion! nietypowy i urokliwy kołnierz; świetne  (nieprzesadne) dopasowanie w talii! Wiązanie, które postanowiłam zachować, dodaje płaszczykowi szyku i charakteru, a przy tym nie obciąża modelu, ani nie poszerza sylwetki, ponieważ wszyte jest w cięcia przodów.

 

Powyżej widać krojony wraz z przodami kołnierz; jest bardzo prosty do uszycia, dobrze wygląda i świetnie się układa.

 

A na kolejnym zdjęciu szczegółu widać strukturę wełny boucle i idealną główkę rękawa.

Rękawy są długie - uwielbiam, kiedy okrywają mi pół dłoni! - normalnemu człowiekowi, ale nie mnie :D miały służyć do wywinięcia. Są dość wąskie - swetra to raczej pod płaszczyk nie wcisnę, co jest zgodne z linią całego okrycia - blisko ciała. Rozmiar wykroju odpowiada rzeczywistości, tzn jest dla mnie lekko za wąski w biodrach i rozkłada się poniżej wiązania, co zupełnie mnie nie peszy.

Płaszczyk wykończony jest stalowo/szarą podszewką; dodałam też wielkie guziki z masy perłowej pobłyskujące na wrzosowo, wydziergałam dziurki. Mam piękną jesionkę! a jednak!!! :D

Spodziewałam się katastrofy, tymczasem mam płaszczyk! Jest prosty i szalenie elegancki. Pomyśleć, że 3 szwy wystarczyły, aby to osiągnąć :O Zaskakujące i lekko wstrząsające :D 

PS Nie podnoś tego z ziemi - pouczam trzyletnią Igę - kiedy liście staną się żółte, czerwone i będzie ich spadało bardzo dużo, pójdziemy do parku i sobie nazbieramy. Iga - ściszonym głosem - "Wiem o czym mówisz mamo..." ?? i dodaje konfidencjonalnym szeptem: "Jeeesieeeń."

Jesień i jesionka nadchodzą! nawet dziecko to wie.

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci