Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : welna

Pikseloza.

brummblogging

Tak powiedział Kris, że to jakaś pikseloza i w oczach mu się mieni.

100% wool. Wspaniały, rasowy tweed. A mu się mieni!

I nazywa TO pikselozą :O

To takie krzywdzące dla mnie... dla woola* i tweeda...

*Słyszycie jak smętnie beczą boguducha winne owieczki?


Z tym tweedem to było tak, że dostałam nim prosto w łeb za pośrednictwem Allegro. DOKŁADNIE MIĘDZY OCZY. Natychmiast sobie wyobraziłam wdzianko i dostałam drżączki, że ze 4 inne blogerki dostały tweedem, między oczy, równocześnie ze mną i że już mają paluszki na kupterazie, za chwilę zapuka do nich listonosz, a one już, już nawijają nici na szpulki i wrrrrruum! jak zwykle będę w przysłowiowej czarnej dupie.

Nakupiłam więc tej wełny tyle, ile trzeba (1,50mb za kwotę 22,50) i zaczęłam ŚLEDZIĆ AUKCJĘ, żeby wytropić, czy ZNIKA, oraz kto ile kupuje, żeby odgadnąć, co kto może szyć i czy możliwe, że wdzianko???

Na szczęście jakoś nie schodził belami, więc odzyskałam wewnętrzny spokój.

Gotowa narzutka wygląda DOKŁADNIE tak, jak ją sobie, w chwili rąbnięcia tweedem między oczy, wyobraziłam. Pomógł mi w tym BARDZO FAJNY WYKRÓJ z Burdy nr 10/2010. Ma nawet cięcie w przodach tam, gdzie sobie wyobrażałam, że odwrócę tkaninę lewą stroną do wierzchu! 

Przez to odwrócenie - lewa na prawo - przez całą robotę, NIGDY nie byłam do końca pewna NA JAKIEJ AKTUALNIE STRONIE DZIAŁAM, przez co musiałam być nieustannie staranna ;D to takie męczące :O

Ramię jest piękne, lekko opadające. Tył zupełnie prosty. Na dodatek fason jest BANALNY W REALIZACJI. Do tego stopnia nieskomplikowany, że postanowiłam sobie TROCHĘ UTRUDNIĆ i pod górę zrobić :D Oblamowałam wszystkie szwy czekoladową taśmą skośną (niezaprasowaną lamówką); powyżej widać takoż samosz wykończoną podpachę ;D zabieg ten sprawił, że podwoiłam czas szycia, a także, że kamizelka jest w zasadzie OBUSTRONNA.*

*Jak się przybrudzi przy kołnierzu, to BUCH! przewracamy ją na lewą i oszczędzamy na pralni chemicznej.

Lewa strona, gotowa (w każdej chwili) do bycia prawą.

Przód jest MOCNO PODCIĘTY w stosunku do tyłu i chciałam go trochę wydłużyć... jednak linia środka przodu biegnie w zasadzie po skosie i mocno się wyciąga... koniec końców przód jest dłuższy niż burdowy, choć niewiele. 

Oczywiście CUDÓW NIE MA (przynajmniej ja nie produkuję ich codzień) więc podwinięcie fałd przodu gdzieś musiało wyleźć na wierzch. Na pewnym - newralgicznym odcinku - widać owerlok... mnie to nie przeszkadza. A Wam? Cały dół, a trochę tego było... podszyłam ręcznie :O 

Na koniec żarcik prowadzącego:czerstwy jak dziesięcioletni sucharek ) do zdjęcia na wieszaku lekko spięłam tył szpilkami, żeby uzyskać odpowiednie proporcje, a następnie... natychmiast o tym zapomniałam i przymierzyłam kamizelkę, żeby ostatecznie ocenić swój BEZMIAR ZADOWOLENIA. Tak sobie stoję, patrzę i z dumy puchnę! jak wspaniale leży na sylwetce! jak się cudnie układa! a tył!  tył... :O A TYŁ JEST SPIĘTY SZPILKAMI!!!

Wygląda na to, że będę musiała odszyć dwie pionowe zaszewki z tyłu, tak dla spokoju ducha.

...żeby mój bezmiar był bardziej bezbrzeżny...

*Ale z tą pikselozą to przesadził, nie?

PS A kto uważny, to zauważył, że zdjęcia takie ładne! tło takie bialutkie i jaśniutkie! ajajaj! kolory takie akuratne! aż miło... choć to styczeń... styczeń w Polsce i nie jest to-  OJ, NIE JEST! - środek lipca w Toskani :O Polski styczeń zamienia się w toskański lipiec za sprawą NOWEGO SPRZĘTU FOTO! :D

Czarna Dziura.

brummblogging

Kosmiczny płaszczyk. 

SYPIE SIĘ Z NIEGO OBFICIE PYŁ, bynajmniej nie gwiezdny...

Zasysa energię i kreatywność.

POŻERA ŚWIATŁO.

* widać jak na dłoni, że jedynym obiektem pasującym do tych obserwacji jest czarna dziura!

Zdecydowalam się na wykrój z tegorocznej wrześniowej "Burdy". Przystosowałam go do rozmiaru Dziewczynki, którą aktualnie posiadam w domu. Skroiłam. Jesień już średnio zaawansowana, więc podszyłam go śnieżno-białą pikówką, żeby się jeszcze dał ponosić w chłodne październikowe przedpołudnia. 

Robota szła jak KREW Z NOSA. Co tylko mogło, się nie zgadzało i nawet to, co nie mogło, też się o dziwo, nie zgadzało... Miałam CZARNE WĄSISKA, popijałam zapyloną kawę i PRZECIERAŁAM OCZY - ze zdumienia - KOSMATYMI ŁAPAMI. 

Słowem: fedrowałam jak górnik na przodku

Tylko wiernego, ślepego Łyska mi brakowało na pokładzie :O

Jak widać UŻYŁAM WYPUSTKI ( skróropodobnej, pistacjowej, czego z kolei NIE WIDAĆ ) do wykończenia patek, kołnierza, karczka tyłu i tylnej patki. Guziki dałam niżej, na klatę, zapięcie tuż pod szyją jakoś mnie nie przekonało. Zrezygnowałam - och! długo by opowiadać :D ale w kwestii wykroju - z rygielków na rękawkach.

Podczas pierwszej przymiarki po prostu ryknęłam śmiechem :D Iga, mocno zaniepokojona moją reakcją, dopytywała się: "Głupio wyglądam? głupio?". Potem zobaczyła się w lustrze, odetchnęła głęboko i krzyknęła do mnie: "Uff! Wyglądam tylko jak Kapitan Hak!". 

 Zdjęcia robiłam trzy dni. Na stole w jadalni - nic! Przy oknie... jeszcze bardziej przy oknie... NIC. Przy oknie i na słońcu... przy oknie, na słońcu i z dodatkową żarówą - NIC! Rano na balkonie bez słońca; po godzinie w słońcu - NIIIC! Znowu w jadalni - bez żarówy, za to z oknem UMYTYM SPECJALNIE NA TĘ OKOLICZNOŚĆ... NIC!!! Nie ma koloru, nie ma ostrości... dno i metr mułu.

Wystroiłam Igę i poszłam pod blok, na dwór i na słońce. Płaszczyk tworzył na zdjęciach malowniczą czarno-czarną plamę, ale zdarzało się chwycić ostrość, aż tu nagle... jebutnęła mi bateria! :O Poddałam się. JEST TO, CO JEST i nie zamierzam więcej tego powtarzać. Uprzedzam, że to okrycie jest w stanie ZABRAĆ CAŁE ŚWIATŁO I ZEBŹDZIĆ KAŻDY KADR!

Kapitan Hak wygląda od przodu tak:

A od tyłu śmak:


Płaszczyk jest fajny.

Zdjęcia są do bani. 

Ja jestem wyczerpana.

*Moje zęby pokryte są granatowymi, wełnianymi kłaczkami.

PS. Iga: "Co się stało tej rybie?" ; Kris: "Nic. Jest nieżywa." ; Iga: "Skoda jej..." ; Kris: "Jutro ją zjemy.Taki los ryby..."  ; Iga: "Uff! ze nie zostałam rybą!" :O

Iga w kąpieli: "Ta woda jest GORĄCA!!!" ; Kris: "Nie marudź. Gorąca woda jest... jest... ukhum... zdrowa!" Iga: "To co, mam ją wypić?" :D

Szycie w stylu dowolnym.

brummblogging

Miewam takie dni - z rzadka... ale miewam - kiedy zabieram się do szycia profesjonalnie. Zgodnie ze sztuką i w stylu klasycznymSerio. Zaczynam od starannego odbicia wykroju. Posługuję się ołówkiem (świeżo zaostrzonym w szpic) i linijką! Nanoszę wszystkie oznaczenia (nawet te całkowicie zbędne) i wycinam ostrożnie. Krojenie przebiega w podobnym klimacie - odmierzanie, rysowanie, kopiowanie znaków (nawet tych całkowicie zbędnych). Staranne wykrawanie; szpileczka, miareczka, kredeczka. Ciaaaach, ciaaaaach! powolutku.

Rozpiera mnie duma, że jak chcę, to jednak potrafię być fachowcem.

Naprasowuję fiselinę na miejsca sugerowane przez autora (no dobra, pomijam te całkowicie zbędne). Pierwszy szew jest idelany: długi, jasny, prosty (jak trasa Łazienkowska z "Czterdziestolatka") ma pięknie przycięte niteczki i biegnę go rozprasować, żeby nadać mu ostateczny sznyt. Idealnie. Mięknę z wrażenia w kolanach...  

Wszystko przebiega bez probemów aż do czasu pojawienia się pierwszego problemu. Coś nie pasuje :O coś źle zszyłam... pruję, docinam... oj! niepotrzebnie przycięłam powinnam była to wdać :O teraz mi brakuje... komplikacje i przeszkody. Denerwuję się i uznaję, że niepotrzebnie się tak napinałam, skoro nie umiem uniknąć błędów. Zaczynam szycie w stylu szybkim - szwy śmigają, nici się ciągają, żelazko stoi zimne i nieużywane :D a przeszkody się piętrzą.

Kończę zazwyczaj w stylu dowolnym...

Zrezygnowana z profesjonalizmu, trzymam się kurczowo myśli, że wszystko i tak przykryje podszewka.

Miewam także takie dni, że od razu zaczynam od stylu szybkiego i kończę dowolnie

Nawet tak wolę. Mniej frustracji :D

Płaszczyk z "Burdy" nr 9/2008 wpadł mi w oko już dawno. Ma bardzo prosty krój, bardzo prosty! i tego się właśnie obawiałam. W dodatku jest obszerny i zupełnie (nigdzie) niedopasowany, a ramię ma mocno obniżone. Rozum (wraz z lustrem) podpowiadały mi: o nie! a serce mnie kusiło: oooo taaaakkkk! tak!

Idąc za głosem serca:

Tkanina jest zdobyczna. Nic mnie nie kosztowała, poza wyskrobaniem z niej martwej, zasuszonej muszki i takowegoż żuczka. Kolor ma nie do wyjęcia i do tego całkowicie oldskulową (gofrowaną) fakturę. Wydaje się, że ma wełnę w składzie; jest dość sztywna i gruba. 

Jak widać krój jest prostszy od konstukcji cepa; żadnych kieszeni, mankietów, patek, cięć, karczków... nic. Jedynym szaleństwem jest (prosta do uszycia) stójka. Kiedy zszyje się szwy ramion, można płaszczyk przymierzyć! czyli już 2min po rozstawieniu maszyny. Po 5min ma rękaw  rękaw, a gdy połączy się boczne szwy - jest w zasadzie gotowy! Godzinka - pod warunkiem, że pół godzinki trwała przerwa na kawę!

Płaszczyk leży DOSKONALE! Świetnie wysmukla sylwetkę. Ramię jest ładne i łagodne; pionowe załamanie, które tworzy nadmiar tkaniny, jest urocze. Całość jest mocno w stylu lat '60. Nie lubię stójek, ale ta jest całkiem fajna, w dodatku pięknie się rozkłada tworząc niewielki dekolt. Rękawy 3/4  (strasznie mnie kręcą!) w oryginale podwijane, pozostawiam wolne. 

 Płaszczyk podszyłam grafitową podszewką (choć nie przewidywała tego burda). Wybrałam rozmiar 42 i wielkość jest idealna! W wykończeniu brak widocznych stębnówek  i nie ma zapięcia  a  dół podwinięty jest ręcznie. Forma jest maksymalnie uproszczona. 

Kształt pudełkowy;

 linie mocno zgeometryzowane - 

a sam paltocik - komfortowy i szalenie elegancki.


Moja niebieska, filcowa broszka wyraźnie na niego czekała.

Fason i wykrój bardzo polecam. Można wykorzystać go do uszycia krótkiego żakietu (przewiduje to burda) i z całą pewnością nie omieszkam! Czuję wiosnę, gdy tylko o tym pomyślę :D

Oczywiście nie wytrwałam do końca w klasycznym stylu szycia (nie zgodziła mi się długość przodów i tyłu, co lekko wytrąciło mnie z równowagi) zaczęłam się spieszyć, zaniedbałam prasowanie ( co akurat niewiele zmieniało w widoku ogólnym) nici dyndały wszędzie, ale finiszowałam godnie...

i pogodnie :D

Czuję, że zbliżają się dni, kiedy mój przedwiosenny otulacz będzie niezastąpiony! 

Jeśli będę w dobrej formie może pyknę kilka zdjęć.


PS. Iga (nie pytana o zdanie) "Jestem piękna, bo jem warzywa!" :O 

To nie jest prawda (ta część o warzywach) bo strasznie grymasi przy jedzeniu. W związku z tym źródło jej urody pozostaje tajemnicą  ;D

Spódnica vs Makowiec.

brummblogging

Moja spódnica dziś konkuruje z makowcami i bigosami. Gdzie jej tam - wełnie jednej burej - do takich frykasów i delikatesów. W przededniu świąt nikt nie będzie jej podziwiał, są ważniejsze i ciekawsze zajęcia. Jeden komentarz od czapy i dwanaście przypadkowych wejść z google - to wszystko na co można liczyć. Trudno. Ona i ja musimy sobie z tym jakoś poradzić.

Ona radzi sobie tak:

I tak:

A nawet tak:

Cienka wełenka w kolorze grudniowej ziemi. Skrojona wg tego samego wykroju, co spódnica w kształcie litery A choć nie identyczna z tamtą. Wykończona beżową podszewką. Nie szyła się nadzwyczajnie i trudno ją było wyprasować, gdyż chętnie powracała do poprzednich kształtów. Dobrze się układa i świetnie leży. Nie jest zbyt długa - łydy się cieszą :O może wychyną na świat.

Teraz pokażę Wam prawdziwy rarytas :D

stroik z grudniowych szyszek

- tak, tak! właśnie z tamtych -

przyniesiony przez Chłopca ze szkoły.


Pani Ela popsikała go pozłotką a ja dodałam drewnianą gwiazdkę.

Mam nadzieję, że talerzyk był nieśmigany :D

Jako konkurencja dla szyszkowca powstał mój błyskawiczny stroik z nasion i niewiadomoczego.

To tyle na dziś. Maszyna schowana głęboko. Schowana już trzy razy, wyciągana w pilnych szyciowych interwencjach i ponownie chowana głęboko. Jeszcze silnik nie wystygł, a ja już tęsknię :D W kwestii świąt znalazłam się na ostatniej prostej i już czuję wątpliwy zapach karpia i kiszonej kapusty w nozdrzach. 

 

PS. Iga: "Czy to się w ogóle nadaje do pokolorowania?"; Ja (ledwo zerkając i z roztargnieniem): Tak, tak. Iga: "No! to zaraz zobaczycie JAK DAM CZADU!" :D po pauzie, oddalając się galopem "...bo ja jestem mistrzem kolorowania!".

Siedzi - Brummig - przy - Maszynie...

brummblogging

Fiku-Miku - już w kominie!

Pierwsza ze swoimi kominami wystartowała Długaczerwonanitka, tutaj: Longredthread prawda, że śliczne? Zachciało mi się własnego, ale pogoda wcale nie sprzyjała podobnym przedsięwzięciom. W sobotę popatrzyłam na witryny sieciówek i znowu zaatakowały mnie kominy :D wszelkich fasonów i kolorów, we wspaniałych - podkręconych na maksa - jesiennych cenach :O 

Poniedziałek nie zachęca do roboty,  ale dziś - z braku wymówek - przysiadłam i zeszyłam sobie dwa! różowy i beżowy. Pierwszy jest bardzo szlachetny, z wełnianej dzianiny:

Ma wymiary: 25 x 150cm; zszyty jest owerlokiem, z podwójnie złożonej dzianiny; jego wykonanie było absolutnie bezproblemowe (nie pruł się,  nie rozciągał, nie leciały oczka, nic z tych rzeczy!) ; mota się go na dwa razy wokół szyi. 

Wełna angorska sprawia, że jest bardzo miluki, mięciutki, cieplutki i jakie tam jeszcze chcecie "-utki"; polubiłam go od pierwszego założenia! Oczywiście przypięłam mu już broszkę :D

Koszt: pół metra dzianiny (właśnie tyle zużyłam) kosztowało mnie 10zł.

Beżowy komin postanowiłam - przebiegle - uszyć z bawełnianej dzianiny, z której szyłam niedawno bluzkę :O Połączyłam pięknego precla, zostawiając wolny otwór w krótkim szwie łączenia; wywróciłam do połowy, po czym zauważyłam, że ciagnę z jednej, a z drugiej się z powrotem chowa :D Pomyślałam: ale ze mnie czapka! i zaszyłam otwór w krótkim szwie, pozostawiając identyczny w długim łączeniu...  po czym sytuacja się powtórzyła :D

Okazuje się, że nie tędy droga! precla nie da się wywinąć ;D W końcu doszłam, jak go pokonać; pozostało tylko zamknąć ręcznie dziurkę. Szyję ręką niezbyt wprawnie, lecz poprawnie... niestety, podczas pracy z tą dzianiną, czułam się jak początkujący chirurg! w dodatku nie miałam asystenta. Szwy mi się rozłaziły, warstwy nie zgadzały, wszystko wyło i się szczerzyło :O 

Na dodatek - po przymiarce - okazał się zbyt długi i musiałam go dociąć i szyć raz jeszcze. Tu byłam w trochę lepszej sytuacji niż chirurg ;D Ostateczny wymiar komina to 30 x 160cm. Oczywiście i ten ma broszkę - we wszystkich odcieniach czekolady i karmelu, z wielkim drewnianym koralikiem w środku. 

Poniżej oba razem, przytulone i przytulne:


Rozmowy damsko męskie: Ja: Mam wielkie łydy? Kris: "Nieeee... kiedyś miałaś większe." :O Weeeeź, serio pytam, jak je znajdujesz? Kris - chwytając za rzeczoną łydkę - "Moja droga, znajduję je... z łatwością!!!" :O

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci