Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : aplikacja

Nie uchodzi.

brummblogging

Jesień taka nadzwyczajna. Złota taka i polska, aż strach. Liście kolorowe i szeleszczące. Zjawiskowo! Aura sprzyjająca. Listopad  nieomalże wrześniowy. Nieomal, jak październik. Ubieramy się lekko, najwyżej zarzucamy szale na ramiona. Wieczorami, bo jednak chłodno cokolwiek po zmierzchu. Zmrok zapada po 15, ale to nic! uwielbiamy pasjami takie długie jesienne wieczory. Leżymy sobie pod kocem, z filiżanką nigdy niestygnącej czekolady w smukłej rączce. Napawamy się. I upajamy, jeśli kto używa lub nadużywa grzanym winem z korzeniami. Co za aromat! To po prostu  n i e b y w a ł e, jak jest cudownie!

Aktywność blogerów nie słabnie. Wszyscy twórcy wprost pękają w szwach od nadmiaru inspiracji. Wena wylewa się z nich obficie. Chlusta. Szafiarki prześcigają się w pomysłach na jesienne outfity. Kardigany leżą na nich nienagannie i jesiennie. Strony kulinarne rzygają tęczą. Rozpromienieni rowerzyści prują ścieżki, a entuzjastyczni biegacze w cienkich trykotach wydeptują betony. Taki mamy listopad, że palce lizać!

Wspominanie w takich okolicznościach o obniżeniu nastroju, czy jesiennej depresji, jest nie tylko nietaktowne i niewłaściwe, jak puszczenie głośnego bąka przy stole, jest po prostu niedopuszczalne. Niewybaczalne! I skandaliczne. Nie wypada zrzędzić, że ciemno, zimno, szaro i wieje. Deszczem zacina w błoto. Ubolewać nad brakiem chęci. Jojczyć. Spać całe dnie. Leżeć bez ruchu, nie mogąc już dłużej spać. Marznąć w tym, najcieplejszym od 300 lat, listopadzie. Nie uchodzi. Tak tępo w dal patrzeć i beczeć bez powodu w kącie. Ciągnąć resztką sił. Obojętnieć. No nie przystoi... 

W taki razie o czym pisać? Może o czarnych getrach z weluru, które zszyłam z bólem trzy tygodnie temu? Dzianina kupowana dawno temu i nieprawda za kilka złotych. Nie pamiętam z jakiego wykroju korzystałam, ale z pewnością w rozmiarze 134 i na 100% był zbyt duży dla Igi, co mocno zniechęciło mnie do wyciągania maszyny i szycia. 10 dni minęło nim znowu byłam w stanie nawlec jakąś igłę.

getry

Spodnie na gumie, niby nic, a w sieciówce podobne kosztują 49.99 i na 3 minuty poprawia się humor. To jeszcze bluzka. Dla podniesienia na duchu. Różowa i z beznadziejnej, dziurkowatej dzianiny. Zwątpiłam w nią, w trakcie roboty 37 razy i przeklęłam po wieki różową, beznadziejną dzianinę! 

bluzka

Wykrój na tunikę wygrzebałam z koperty. Lubię go. Szare ściągacze trochę cywilizują majtkowy róż tej beznadziejnej, dziurkowatej dzianiny. Aplikację przestębnowałam kilkukrotnie wzdłuż krawędzi.  

bluzka

Zauważcie, że ja tu sobie piszu-piszu już trzeci akapit i ani słowem nie wspominam o swoim sezonowym przygnębieniu. Żadnego kwękania, że zdjęć nie mogę zrobić, bo ciemno z rana, mroczno w południe i czarno po 16. Żalenia, że się bloga nie da pisać, bo niemoc ścina mnie przy klawiaturze... i osuwam się z krzesła na widok ziejącego pustką edytora ani mru-mru! Całe szczęście, bo to przecież nie wypada. Listopad, taki że ja cię kręcę... 

bluzka

Dosyć tego dobrego! Kończę, bo słońce zachodzi dziś o 15,39 a nie odbyłam jeszcze mojej popołudniowej drzemki połączonej z tępym gapieniem się w sufit i gorzką refleksją na tematy egzystencjalne. Później, lekko wymiętoszona, po ciemku i omacku podążę do szkoły, na podwójne, cykliczne wydarzenie z udziałem rodziców i pedagogów. Myślę, że tam się ostatecznie pogrążę, ale podobno co mnie nie zabije to mnie wzmocni więc się nie żegnam pochopnie.

I coś mądrego na koniec:

Jak na świętego Hieronima jest deszcz, albo go ni ma,

to pod koniec listopada pada... albo nie pada.


PS Z przyczyn technicznych anegdotka nieczynna. Do odwołania.

Pod górkę i po bąbelkach!

brummblogging

Czym ja się zajmuję w te grudniowe, wietrzne i śnieżne dni? Sama nie wiem... czasem trochę szyję, niekiedy odrobinę sprzątam, z rzadka pogrywam na keybordzie. Sama nie wiem... repetuję czwartą klasę podstawówki, przypominam sobie odejmowanie w słupkach i ćwiczę różne przypadki. Inhaluje Igę sterydami, żeby rosła wysoko, podaję po nocach syropki, a po rankach sporządzam zawiesiny. Jakoś leci! ale łatwo nie jest.

Pod górkę  mi ten grudzień robi  już od 28 listopada. Pod górkę i pod Ksawerego. Wszystkie czynności ciągną się jak guma od majtek. Wydłużają się niemożliwie i trwają aż do zmierzchu. Nordic po śniegu idzie mi jak po grudzie... stopy się ślizgają a kijki grzęzną w cholernym śniegu... to znaczy w grubej warstwie białego puchu! grzęzną mi kijki i myśli. S p o w a l n i a m. Naciągam czasoprzestrzeń jak kosmiczną gumę nadnaturalnej wielkości gaci. Ś l i m a c z ę  s i ę. 

Nie chcę być osamotniona w tym swoim brnięciu przez dni, grudy grudnia. Mamo! jakie to poetyckie! Do towarzystwa mam Łosia z "Burdy". Łoś współdzieli mój znój (znowu poezja!) wie dobrze, że nie ma lekko i że życie to nie bajka. Tylko kleszcze, wiatr, śnieg, pod górkę i na dodatek po bąbelkach!

poduszka z aplikacją

 Tak sobie brniemy, ja i Łoś razem, wespół w zespół, po tych grudniowych bąbelkach. Trochę mi raźniej zwłaszcza, że Łoś taki duży, czerwony i ze skaju. Zawsze to weselej. We dwójkę pod górkę. 

poduszka świąteczna

Bardzo się cieszę z tej poduszki, bo wykorzystałam na nią sporo resztek: skrawki grubo tkanej bawełny poprzetykanej okruchami złota, pozostałości pistacjowej wypustki, okrawek taśmy bąbelkowej i ostatni kawałeczek górki. Innych materiałów mam jeszcze po dostatkiem: suwaków kilka kartonów, skaju czerwonego* i grubego (jak warstwa śniegu na poligonie) tłustą rolkę, nici białych i beżowych całe nawoje, oraz wsadu silikonowego o dużej sprężystości wielki wór!

* Z tego samego skaju szyłam w ubiegłym roku aplikacje na girlandę, którą można obejrzeć tam:  świąteczna girlanda

 aplikacja łoś

Kształt dostojny, czyli obrys, zarys, kontur mojego Łosia Syzyfa (całe życie pod górkę) zaczerpnęłam z "Burdy" nr 11/97  i zmieniłam mu tylko rożyska, w oryginale łopatowate i obficie łukowate. Wiadomo jednak, że łatwiej wystębnować 33 szpice niż jeden łuk,  to wystębnowałam... nicią niemocno naprężoną za to z żyłką pulsującą dość mocno na czole, co i tak było lepsze od łuków, na których trudno się wyrobić.

 Na tym nie koniec! uszyłam jeszcze jedną poduszkę z Łosiem. Tym razem z białej, lekko satynowej i masywnej, bawełny. Dużo mniejszą od bąbelkowej i bezgórkową, za to ze świąteczną kokardą.

poduszka świąteczna

Tamta poduszka zapina się na suwak i ma wewnątrz prawdziwy wymienny wsad. Ta jest zaszyta na głucho, a silikon upchnięty jest w niej zupełnie luzem. Ma wymiar 30x30cm i jest raczej świątecznym gadżetem, niż przedmiotem użytkowym. Zupełnie apolityczny i szalenie elegancki Łoś jest na niej zwrócony pyskiem na wschód.

poduszka z aplikacją

Trudniej się naszywało te okropnie długaśnie nogi na tę przeraźliwie śliską bawełnę. Wyciągały mi się i wyciągały mu się te nogi w nieskończoność. Istniało niebezpieczeństwo... ale zostało zażegnane. W efekcie wszystko leży jak należy i do tego jeszcze ta szykowna kokarda!

poduszka świateczna

Czym ja się zajmuję w te grudniowe chmurne dni? sama nie wiem... czasem ćwiczę pilates, raz jeden posprzątałam balkon (bezsensownie, bo cały bajzel i tak malowniczo przykrył śnieg) kiedy niekiedy szyję Łosie. Jednak jakoś mi ten grudzień idzie... jak krew z nosa. Powoli, po lodzie, pod górkę... i po bąbelkach! 


PS

Kris: "Co tam była na angolu?" ; Marcel: "Te tam wszystkie bichańdy." 

Apka dla każdego.

brummblogging

Mój, płaski jak karteczka, zetafonik jest zawsze blisko. Wypełniają go po brzegi niezbędne do życia aplikacje, zarządzające moim zarządzaniem. I organizujące moją organizację. Przylepiam kciuk do ekranu, MoodScanner informuje mnie, jak się dzisiaj czuję... pessimistic... Oj! nie szkodzi - try again... scanning . . . . . scanning . . . . festive!  Tak, tak! dużo lepiej. 

Świątecznie nastrojona truchtam do kuchni, przy akompaniamencie gulgotu przelewającej się wody. Mama! czas zatankować!  WaterYourBody i dzieciaki przypominają mi uprzejmie, że powinnam wypić kolejną szklaneczkę... Mruga do mnie motywująco 20% mojego dzisiejszego nawodnienia i dyscyplinuje mnie kolorowy wykres, na którym jestem zawsze pod kreską. Truchtam na siusiu.

WomanLog zawiaduje moim i Krisa życiem intymnym. Skomplikowana mapa naszych relacji. Menstruacja. Owulacja. Precyzyjne, comiesięczne prognozowanie PSM. Dzienniczek osobistych skarg i wniosków... ból, popęd, bezsenność, niepokój, apetyt, świąd, wzdęcie... Zmęczenie. Katalog emotikonek na każdą okazję. Weź tabletkę. Nie bierz tabletki.  

Zanim wyjdę na spacer sprawdzam jeszcze pogodę. PalmaryWeather jest sto razy bardziej wiarygodna niż kłamliwy termometr i podstępna chmura. Studiuję prognozę... Gdańsk, Poland... dziesięciodniową i smucę się gradem, który spadnie za trzy dni. Ubieram się nieodpowiednio... stosownie do prognozy.

Nakarmię jeszcze mojego BrummPou owocami... uważając, żeby nie przytył: banan, gruszka, mango, arbuz... porzucam do niego piłeczkę, bo jest niewybawiony. Umyję różowym mydłem. Zgaszę lampę i położę go spać. Wypiję szklaneczkę, bo zetafon mi gulgota. Pobiegnę na siusiu sprawdzając pogodę. W międzyczasie trochę zmieniły się warunki... atmosferyczne. Skanuję kciuk: thankful  i rogal po siódemki. To z pewnością z powodu nadchodzącej owulacji... Łyknę 17 reklam. Pogram jeszcze chwilkę z Pou... Odwiedzę Pou Krisa i się wirtualnie zaprzyjaźnimy: Lubię cię! masz ładny dom!

Dla relaksu, z zaciśniętymi pośladkami, wykręcę niemożliwy do pokonania :D rekord w TinyWings

 dostanę w nagrodę całkiem nowe gniazdo i score x24

Zorganizowana wyśmienicie, wybawiona po pachy  i zaopiekowana nadzwyczajnie,

wpadnę jeszcze do Sklepu Play przeczesać najpopularniejsze bezpłatne apki. 

Potem wypiję szklankę wody i coś uszyję, jeśli mi wystarczy czasu :D

Z niepraktycznej torby typu chlebak, odcinam wielką i nieporęczną klapę. Odpruwam długi pasek i rzepy. Podszywam górną krawędź. Doszywam szare, parciane ucha. Powstaje nieduża, wodoodporna i całkiem praktyczna siata. 

Z klapy wykrawam kosmetyczkę:

W ten prosty sposób staję się posiadaczką całkiem sensownego kompletu zakupowego, lub nawet plażowego. Do bezpiecznej i wodoodpornej kosmetyczki można schować portfelik i zetafonik. Do siatki bidon i niewielki kocyk.


Wyposażona w siatę wyruszam na zakupy. Wpadam do Camaieu i wybieram dwie zwykłe bluzki w bardzo zwykłych, niskich cenach i zwyczajnych kolorach. Jestem zachwycona tylko przez chwilę... przymierzam je w domu i okazuje się, że wyglądam w nich... hmmm zbyt zwyczajnie. Wypijam szkalnkę wody i kombinuję co z tym zrobić.

Znajduję w sieci pancernika i nieoczekiwanie wpadam na pomysł aplikacji!

Szkicuję szablon; bawełniany, biały podkoszulek rozcinam i część tyłu podklejam fizeliną; wycinam poszczególne elementy zwierza i układam na klacie szarej bluzki. Z pomocą kleju do tkanin przyprasowuję je w miejscu przeznaczenia i bez żadnego szpilkowania, zaczynam kręcenie materiałem i stębnowanie. Żeby uniknąć ryglowania na dzianinach wykonuję całą robotę jedną nicią. Nie odrywając stopki. Kręcąc się w kółko po całym pancerzu. Od noska, do ogonka.

Z góry zakładam, że nie uda się tego zrobić precyzyjnie, więc trzeba to zrobić celowo krzywo...

Celowo! krzywo!


Bluzka jest bombowa! Pancernik jest krzywy i wystrzałowy! Nie rzuca się mocno w oczy, ale jest gdzie trzeba i jak należy czyni bluzkę niezwykłą. Jestem zachwycona i nie jest to moje ostatnie słowo w temacie pancerników... i aplikacji. 

Przód ww. białej koszulki, konkretnie bardzo fajny print, także podklejam fizeliną, wycinam i naszywam na drugą zwykłą, beżową bluzkę. Szyję czarną nicią, igłą do dzianin i jak zwykle celowo krzywo! :D

Nie martwię się niewykończonymi krawędziami aplikacji. Po praniu, gdy się lekko zmacerują, będą wyglądały niedbale i bezpretensjonalnie. Jak ja :D 

Zadowolona z siebie

wypijam szóstą szklankę wody...

i, wciąż niedostatecznie nawodniona, kładę zetafon bardzo blisko łóżka.

 


© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci