Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : komin

Gooooooool!

brummblogging

Początki były trudne... zwłaszcza dla Krisa. Otóż obejrzałam mecz otwarcia i już w pierwszych sekundach pierwszej minuty przypomniałam sobie, że jestem przecież miłośnikiem futbolu, ekspertem od piłki nożnej i słynnym autorytetem w dziedzinie kopania. Ucieszyłam się i na następny mecz wyposażyłam się we wszystkie, znane mi, atrybuty kibica: chipsy, piwo i spory zasób szpetnych słów. Włączyłam jedynkę - nic, dwójkę - kabaretowy klub dwójki, oblazłam polsaty - gówno, przeczesałam kablówkę - zero! a ponieważ nie było pod ręką żadnego prezesa telewizji, natychmiast wsiadłam na Krisa, zużyłam w 30 sekund cały przyszykowany zapas słów obelżywych i wulgarnych, oraz się poryczałam.

Nie dość, że mnie nie zabrał na żaden velodrom, to nawet nie zadbał o transmisję na żywo? co za żal... Łzy jak wiadomo, działają na mężczyzn mobilizująco, więc Kris od razu wysupłał stówę dla Zygmunta niejakiego Solorza i jeszcze tego samego wieczora mogłam bez przeszkód leżeć na sofie, rozwijać swoją pasję i bez wyrzutów sumienia, żreć chipsy. Turniej zresztą okazał się znakomity, a Kris wyśmienicie ulokował swoje oszczędności. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to jego najlepiej wydana stówa w tym miesiącu, nie licząc moich zakupów na outlecie.

Jeśli chodzi o moje osobiste preferencje to Arkadiusz Milik. W sumie nie mam w tym temacie nic do dodania, bo albo Kris ocenzuruje to, sprawdzając mi interpunkcję albo, co gorsza, do końca życia zabroni mi oglądania meczy reprezentacji i niechcący potłucze rossmanowy kubeczek z Milikiem. Z innych statystyk to: najlepiej prezentujący się gracz reprezentacji polskiej - Milik, najlepiej prezentujący się gracz w ogóle - Milik, król piłki - Milik, najlepiej asystujący - Milik, najzgrabniej biegający - nie będzie niespodzianki - też Milik, najwięcej wszystkiego i najbardziej - Milik, najlepszy mecz - Milik, w spotkaniu Polska- Portugalia! najładniejszy kolor trykotów - miętowy! gracz, który najlepiej wyglądałby w miętowym - Milik, maskotka turnieju - Mmii... Ronaldo! jednak... rzutem na taśmę i spojrzeniem smutnego misia. Na drugim miejscu tuż za nim, rzecz jasna, Milik. Goooool!

Kolejna sytuacja, to szeroko pojęta kondycja naszej drużyny. Muszę przyznać, że w zamierzchłych czasach, gdy nie miałam pojęcia co to spalony i kiedy dyktuje się rzut rożny, oglądałam popisy naszych piłkarzy z nigdy niesłabnącym zażenowaniem. I bólem dupy, także niesłabnącym... nigdy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że biało-czerwoni zagrają na wielkim turnieju, w ćwierćfinale, z Portugalią! i że zagrają nie tylko bez kompleksów, ale jak równy z równym ( Milik - Ronaldo ) i będą biegać bez zadyszki do ostatniej sekundy, ostatniej minuty dogrywki, i że będzie 1:1* i będzie fantastyczne widowisko, i emocje nie do opisania, i duma, i Milik... gdyby mi ktoś to wszystko powiedział, to kazałabym mu solidnie jebnąć się w łeb. A tu proszę, taka niespodzianka i nawet łzę wzruszenia uroniłam nad rozczarowanym Fabiańskim... jedną... ale słoną.

* Bardzo się szykowałam na słynny kibicowski wyskok z fotela i nawet piwo umieściłam w bezpiecznej odległości, po czym pobiegłam do kuchni... w pierwszej minucie meczu pobiegłam, jak to matka, pokroić jakiegoś cholernego pomidora... i w tym czasie cała Polska... wykonała kibicowski wyskok z fotela... w drugiej minucie pierwszej połowy podczas, gdy ja kroiłam drugą połowę pomidora. Wykonałam więc tylko skok gula, brawurowy rzut nożem i karkołomny bieg... na powtórkę sytuacji bramkowej. Goooool!

Choć na wielkie wzruszenia - patrz akapit o Miliku - nie można już raczej liczyć, to euro trwa i piłka jest w grze! Jako ekspert mogę śmiało postawić tezę, że jeszcze wszystko może się zdarzyć, najpewniej wówczas, gdy Kris nie zaopatrzy mnie zawczasu w piwo i chipsy. Faworyta nie mam, jestem elastyczna i błyskawicznie dostosowuję się do sytuacji w turniejowej drabince. To oszczędza mi wielu rozczarowań i nerwów. Na dziś mam tylko jedno marzenie, żeby na zielonej, francuskiej murawie bezlitośnie rozwalcowano Portugalię. Goooool!

Ponieważ to blog szyciowy, a nie udziergałam ostatnio żadnej piłki, pokażę wiosenne i w ogóle już nieaktualne czapki i kominy. Uszyłam je trzy miesiące temu i pamiętam jak dziś, że odczuwałam wówczas coś na kształt zadowolenia. Kolory mocno energetyczne, chyba na przekór pogodzie, fasony proste, dzianiny bawełniane. Coś dla mamy i coś dla córki. Daję.

 

Powyżej dwuwarstwowy obfity komin i czapka z ćwiekami dla małej. Żółta dzianina jest mięsista i masywna, więc nakrycie głowy naprawdę piękne. Poniżej podobny zestaw dla dużej. Czapa z rulonem i koralowy komin.

 

 Jeśli chcecie nastraszyć sąsiadów, uszyjcie sobie wściekle żółtą czapkę i noście ją rano, koniecznie bez makijażu. Efekt Wooow! i stan przedzawałowy murowany.

 

Bananowa czapka typu smerfetka jest dużo bardziej twarzowa. W dodatku pasuje jak ulał do komina. Ozdobne guziczki sugerują przód, ale Iga dość luźno odnosi się do tej sugestii i kładzie ją jak leci.

 

 Na koniec moja czapeczka, która bardzo mi się podoba, ale której nie odważyłam się założyć. Nie umiem się do niej przekonać, miała być zwykła, na spacerek z psem, czy skok do żabki, a wyszła jakaś pojechana. Sama nie wiem, co z nią jest nie tak... naprawdę bardzo mi się podoba... tylko nie w zestawieniu z moją twarzą.

 

 PS

Iga: "Jutro na zastępstwo przyjdzie do nas pani Zgnilizna!"  po chwili: "...czy tam jakaś Glizda." 

Iga nazajutrz: "To nie była żadna Zgnilizna, ani Glizda, tylko pani Zielińska."

Powoli zakańczamy!

brummblogging

Witajcie! Z pewnością jesteście zaskoczone moim milczeniem i głęboko zszokowane brakiem wpisu świątecznego. Niestety boże narodzenie to taki moment w moim życiu, kiedy mam pełno bigosu w ustach, maku w zębach i nikczemnych myśli w głowie. To absolutnie nie sprzyja. Staram się w takich chwilach raczej nie uzewnętrzniać publicznie. Manifestuję się za to często i chętnie prywatnie... detonuję swoje niezadowolenie w obecności Krisa. Zgrzyt. Łoskot. Łomot. Trajkot. 

Tymczasem kalendarz w jadalni mi się skończył, znakiem tego Sylwester! Dla mnie znakomita okazja, żeby marudzić całe popołudnie, biadolić cały wieczór i zbeczeć się koło północy. Wszystko to bez dopingu, bo alkoholu 31 używam mało, albo wcale. W tym roku wyjątkowo zbeczę się chyba wcześniej, bo w szale przedświątecznych zakupów nie zdążyłam sobie kupić stosownego na dziś okrycia, czyli ciepłej, aseksualnej, flanelowej pidżamy XXXL! Jak tu nie szlochać?

Z życzeń i postanowień noworocznych warto bąknąć, że chciałabym więcej szyć, ale się mniej napocić przy tem, a także dużo mniej blogować, ale być sławną w robótkowym światku ogromnie, kochaną w rękodzielniczym grajdołku niemożliwie i podziwianą w internetach okropnie! Same rozumiecie, że nie mogę Wam życzyć tego samego, bo następuje tu tak zwana sprzeczność interesów, wiele z Was prowadzi popularne blogaski... no, ale poza tym, to dla Wszystkich Wszystkiego i żeby Wam dziś nie zabrakło bąbelków, a jutro nici w bębenku!

Z barku sensownego zdjęcia z serpentyną i konfetti pokażę dwa zimowe, ciepłe kominy. 

 komin

Bakłażanowa dzianina i szary, melanżowy polarek tworzą zimowy duet idealny. Dzianina solo nie dała rady, bo zapadała się w sobie, flaczała i kapceniała podle. Wspierana przez niegruby polar, trzyma fason znakomicie.

komin

Wersja dziecięca z taśmą odblaskową, na wypadek, gdyby piesza Iga zalazła się niespodziewanie poza terenem zabudowanym. Znając jej zamiłowanie do spacerowania i aktywności w ogóle, to jest w zasadzie zupełnie niemożliwe, ale taśmę i tak naszyłam. Pasuje idealnie do wściekle kanarkowej czapki z outletu.

komin

Wersja męska bez odblasków. Kto zna Krisa, wie że nigdy przenigdy by mu się nie przydały, gdyż tereny niezabudowane ogląda wyłącznie zza szyb pojazdów mechanicznych.

komin

Męski Mierzwiony. Oba kominy są bardzo przepastne. Części polarowe są szersze i wywijają się w postaci otoków. Górnych i dolnych. Dodają +10 do puszystości. Mam wielką nadzieję, że jeszcze przed końcem marca zdążę sobie sprawić podobny. W  końcu życzyłam sobie więcej szyć, a namęczyć się przy takim kominie to niezmiernie trudna sprawa. Dziecinna igraszka, fraszka i kaszka z mleczkiem.

Kominami kończymy kalendarze. 

Do siego roku... czy coś!

Nie martwcie się! Jutro będzie tak samo...

 

PS Pomysł: Zagrajmy w coś! Iga: To może w "pscy lul"?

- Iga miała na myśli grę planszową Rój. :D

Sztuka.

brummblogging

Kupić półtora metra wrzosowego, bawełnianego materiału o zadawalającej szerokości i wyciąć z niego dwie nogawki, to żadna sztuka. Każdy by potrafił, gdyby tylko wystarczająco mocno chciał. Ale wycisnąć z tego samego kawałka jeszcze spódniczkę w rozmiarze 128, dla wyrośniętej prawie sześciolatki, spódniczkę z kieszonkami, zakładkami i na pasku to już nie przelewki! Do tego trzeba być sprytnym jak jakiś Macgyver! Niejednokrotnie trzeba nawet dwukrotnie obrócić szablon, nim się odnajdzie jego optymalne ułożenie na ścinkach. Ho, ho! 

spódniczka

Na kopercie z wykrojem znalazłam swoją własną adnotację nieszyty. Hmmm. Akurat! taki z niego nieszyty, jak ze mnie Beyonce.  Nikt się na to nie nabierze. Widać na pierwszy rzut oka w brummBLOGa, że szyty przynajmniej dwa razy. Tym lepiej.

Przód musiałam skroić ze szwem pośrodku. Żeby ten niegodny czyn uzasadnić, odszyłam tam niewielkie, ładne pęknięcie. Czy pęknięcie to należyte uzasadnienie? jeśli nie bardzo to proszę, dokładam jeszcze dekoracyjne, podwójne stębnowanie tłustą nicią!

Całość powiększyłam i wzdłużyłam, o ile tylko mogłam. Niezbyt wiele. Troszeczkę, gdyż okazuje się, że rozmiar 128 słabo już konweniuje z gabarytem prawie sześciolatki. A szkoda, bo prawie nieszyty. Hłe hłe hłe!

spódniczka dżinsowa

Kremowe dodatki - lamówka, gruba nić i guziki - brum...brum...brum... kieszenie, przody, rozporek, tyły, kieszenie, szlufki, pasek, gumka, doły i gotowe! to dopiero sztuka jedna! wrzosowo - kremowa.

spoódniczka

Część stębnowań wykonałam ściegiem potrójnym, później żałowałam, że nie wszystkie, a potem przestałam nad tym ubolewać, bo ta część jest akurat akurat. Szlufki są podszyte do dołu (nikt mi pewnie nie uwierzy, ale zrobiłam to naumyślnie ) można przez nie luźno przeciągnąć jakiś ozdobny, koralikowy, sznurkowy pasek... czy coś takiego. Serio, zrobiłam to celowo!

spódniczka

Będziemy się z Małą nosić wiosną wrzosowo, spodniowo i spódniczkowo. O rety, ale szał! będziemy jak bliźniaczki. Obszyte obie półtorametrowym kawałkiem dżinsu bawełnianego szerokości zadawalającej. Oj! będzie siedziało!

Teraz nastąpi nagły i nieoczekiwany zwrot akcji. 

komin

A nie mówiłam? 

Zwrot w stronę komina. Początkowo miał być szal. Miałam kawałeczek sztucznego jedwabiu, 90 x 150 i, że szal wiosenny. Miał być. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że 90 to trochę zbyt wiele, a 150 to dużo za mało jak na szal.  No to eureka! znaczy komin! jednakże, choć 90 może być, to 150 jest wciąż dużo za mało, żeby komin komfortowo zamotać na dwa razy nie utknąwszy przy drugim razie. 

No... to eureka 2! ciachnąć na pół. W rezultacie mam wiosenny komin o wymiarach 45 x 300cm, obrzucony ściegiem rolującym, nicią obojętną, motany po trzykroć, i uroczy aż strach. Komin pasujący do kobaltowego płaszcza, którego mole się nie imają i który wciąż jest na topie, w szafie i na blogu, o tam: płaszcz. Pięknie? 

PS Gramy rodzinnie w Dixit. Gra polega na podawaniu skojarzeń i dopasowywaniu do nich kart obrazkowych. Kris: "Piąty element". Przy stole wywiązuje się krótka wymiana zdań. Śmichy, chichy, itp. Po chwili Iga: "Jakie to było hasło? siódmy kawałek?" 

Dwa kominy.

brummblogging

Dwa kominy w pół godziny, dla znajomych lub rodziny. 

Zaczęło się w Decathlonie. Moim najulubieńszym sklepie. Mogłabym spędzić tam cztery i pół godziny, bez najmniejszego wysiłku wydając KKK, czyli Kupę Kasy Krisa. Zawsze czegoś mi stamtąd bardzo potrzeba. Zawsze mi tam po drodze. Tylko nie zawsze Kris chce mi udostępnić swoją KK. Szkoda.

Wałęsając się radośnie między regałami i wybierając to, czego mi trzeba bardzo i natychmiast spośród tego czego trzeba mi nie bardzo i później, natknęłam się na komin. Męski, szary i poliestrowy... fe! ale za to za dyszkę! yummy! Kupiłam go dla Marcela, który od razu, bez zastanowienia odmówił noszenia na szyi czegoś takiego. 

Z natury jestem uparta i na dodatek mam w zanadrzu cały arsenał rozmaitych, matczynych narzędzi nacisku, więc oczywiście Młody nosił komin nawet przy dobrej, bezwietrznej pogodzie. Przyzwyczaił się. Nawet polubił szary, poliestrowy komin za dychę. Na dodatek poprosił, żebym mu na urodziny uszyła kolejny (ha! no i czy ja matka nie wiem najlepiej, co jest dla niego najlepsze, zanim jeszcze on sam o tej najlepszości w ogóle pomyśli? ha!) tylko kolorowy.

Nie wypada odmówić. Zabrałam się do szycia komina z pomarańczowego polaru, ale jakoś tak... niechętnie. Grzebałam jedną ręką z pudle z resztkami, a myślami błądziłam między półkami w Decathlonie. Przed oczami stało  mi jak wół 9,90 i coraz wolniej grzebałam w pudle, a coraz śmielej błądziłam myślami. W końcu jednak uznałam, że nie święci garnki lepią i pewnie podobnie jest z kominami. Wytężyłam się i uszyłam.

komin

Myślę, że jak tu zajrzą ludzie z Decathlona i zobaczą jaki mój komin jest kolorowy, i dowiedzą się, jaki jest przytulny i zwąchają, że ma taśmę odblaskową i przeczytają, że szyje się go błyskawicznie! a na koniec obliczą, że kosztuje grosze, to zapadną się pod ziemię, ale najpierw ze wstydu zamkną sklep. Na trzy spusty. Tak myślę. 

komin

Iga za nic nie chciała odpuścić tego komina i zażądała podobnego dla siebie. Tylko jak jej uszyć podobny, skoro ona jest do Marcela zupełnie niepodobna? a komin powinna mieć adekwatny i stosowny. Do swojej płci i wieku, czyli różowy. Z noszeniem nie powinno być problemów, bo pamiętacie z trzeciego akapitu, że dysponuję arsenałem przebogatym i chętnie stosuję szantaż emocjonalny.

komin

I co myślicie? nieźle wyszło, nieprawdaż? Piękna, różowa, ażurowa dzianina i miękki kremowy polar tworzą znakomity, zimowy, kominowy duet. Do tego bąbelki i dwa guziki. Nieźle wyszło!

otulacz

Guziki Iga dobrała sobie sama. Największe i najbardziej różowe jakie tylko mogła znaleźć. Niech jej będzie. Guziki podtrzymują zakładkę, wykonaną z dzianiny tylko po to, by wykorzystać całą jej szerokość. Szkoda mi było ścinać tych kilka centymetrów.

komin z dzianiny

Popatrzcie jak się piętrzy uroczo i fotogenicznie! 

Oczywiście ponieważ szewc bez butów chodzi, a krawiec bez komina, a kominiarz bez ubrania, czy coś w tym stylu, to dla siebie komina nie uszyłam i Nordikuję z gołym duchem (tak mówiła moja babcia: załóż szalik, bo masz gołego ducha) po poligonie. Aż wstyd! bo to tylko pół godziny. Chociaż do Decathlona mam najwyżej 7 min... i potrzebna mi też opaska... a w dodatku to mój najulubieńszy sklep. Co myślicie?

Dziewczyny! przypominam o KONKURSIE z poprzedniego wpisu; są do zgarnięcia fajne nagrody! Zachęcam także do świecenia przykładem, czyli opisania w dwóch słowach, co robicie bezinteresownie dla innych. Do jutra czekam na komentarze spóźnialskich i wkrótce ogłoszę zwycięzcę, który otrzyma ode mnie cztery świątecznie ozdóbki.

ozdoby świąteczne

Kalendarz adwentowy powoli nam się kończy. Coraz bliżej święta! czujecie presję i gorące oddechy reniferów na plecach, czy jeszcze poszyjecie dla wszystkich krewnych kominy? Ja na pewno wpadnę jeszcze na chwilę do Decathlona!

Czy można żyć bez b(L)oga?

brummblogging

Można. Udało mi się to, niechcący,  potwierdzić doświadczalnie.

Co wówczas ze sobą począć? To proste. Przeczytać jedną, zaległą lekturę. Pofarbować włosy na zbyt gorzką czekoladę. Przytyć o jeden kilogram. Przemierzyć park w te i wewte, szurając nogami w zeschniętych liściach. Nazbierać kasztanów. Upiec chleb (z orkiszu, nie z kasztanów). Zachorować raz, czy nawet dwa razy i spędzić tydzień w łóżku (żaden szanujący się, średnio aktywny bloger nie ma czasu na takie fanaberie) nie mając pewności, czy to tylko grypa, czy niepostrzeżenie przeszło się na drugą stronę działu wód  (ta zaległa lektura, to był H. Murakami). 

Przygotować się, w pocie niejednego czoła, do dyktanda z u i ó. Zrobić projekt na technikę. Dwa dni zakuwać do klasówki z historii. Natrzaskać się zadań z treścią aż do porzygania (a może to grypa?) Przeczytać lekturę czwartoklasisty, żeby mu udowodnić, że on sam czytał po łebkach. Odsiedzieć swoje na wywiadówkach, konsultacjach i spotkaniach mniej formalnych oraz sekretnych. Znienawidzić szkołę kolejny raz w życiu.

Jeżeli ma się dużo szczęścia można nudzić się raz, czy dwa przez około 37min;

pod warunkiem, że dzieci synchronicznie przebywają w odpowiednich placówkach; wszystkie telefony się rozładowały, zakupy już zrobione, zupa pyrka na kuchence i na całym osiedlu właśnie wyłączyli prąd*

*w razie niedotrzymanie któregokolwiek z warunków z nudy nici.

Można.

Tylko co to za życie? bez afirmacji, adoracji i motywacji...

Wszystko to funta kłaków (gorzka czekolada...) niewarte!

No więc jestem!

Jesienny outfit dla dziewczynki.

Po pierwsze: fantastyczne spodnie w rozmiarze 134, model 143 z "Burdy" październikowej. Wiem... wiem, stękałam, że fajną ma tylko okładkę, ale nie chciało mi się głębiej grzebać w poszukiwaniu zwykłego wykroju na portki! muszę teraz odszczekać wszystkie kalumnie i niejedną potwarz...

Spodnie są uszyte z pięknej i elastycznej tkaniny, która trochę przypomina wyleniały aksamit. Jest dość masywna, ale dodatek lycry zapewnia komfort użytkowania, czołgania się, raczkowania, turlania i szurdania w warunkach ekstremalnych. Fason jest bardzo interesujący. Obfita góra, ściągnięta w pasie gumą, fajnie kontrastuje z długimi, wąskimi nogawkami. 

Po drugie: ciepły komin. Krótki (wykorzystałam tylko 100cm z szerokości dzianiny) i niezbyt obfity otulacz, uszyty z nierównomiernie wybarwionej, naturalnej wełny; podobno trochę kłuje... ale doskonale grzeje!


Po trzecie: bluzka z bardzo elastycznej szarej dzianiny. "Burda" jw, model 145. Nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia. Uszyłam ją szybko, bez żadnych poprawek i jest bombowa.

Jako aplikacje wykorzystałam print z innej bluzki, podkleiłam go fizeliną, wycięłam i nastębnowałam. 

 Nie będę Wam tu ściemniać, że jesienny zestaw powstał w wyniku długich i żmudnych prac koncepcyjnych projektanta, bo dobrze wiecie, że nie lubię się zbyt mocno trudzić i nie dysponuję projektantem. Działałam, jak zwykle, spontanicznie i chaotycznie. Nic na to nie poradzę, że znowu wyszło olśniewająco :D

Zaparło dech? Mnie zapiera...

Siedząc sobie dziś o świcie w... szkolnej szatni, spoglądałam na Igę. Różne myśli kołatały mi się w głowie: spać... chcę do łóżka... zimno mi... nienawidzę szkoły... jak fajnie jest umieć szyć! spać taż jest fajnie... i prowadzić bloga... i spać... i zimno mi...

Można żyć bez bloga. Tylko co to za życie?

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci