Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Wpisy otagowane : sniegowce

Gdzie jest śnieg?

brummblogging

Byłam trzy dni w Borach. Gdyby nie to, że musiałam czasem udawać mamę, odgrzewać biedronkowe pierogi, gotować makaron i serwować kanapki, mogłabym śmiało powiedzieć, że byłam trzy dni w raju. Takiej ciszy nie słyszałam, jak żyję. Ciszy głuchej i trudnej do wytrzymania dłużej, niż przez sześćdziesiąt sekund. Próbowałam. Po tym czasie trzeba chrząknąć gębą, szurnąć nogą w chrobotka, czy choćby zaszeleścić podpachą. Inaczej można od razu zwariować.

Takiej pory roku też nie widziałam, jak żyję. Wiadomo, że nie wiosna. Oczywiste, że nie jesień, a gołym okiem widać, że przecież nie zima! Ciepło i mokro. Mchy i porosty szaleją. Las pachnie, rzeka toczy się leniwie, bobry zaszyły się w żeremiach. A ja, jak jakaś nienormalna szyłam jeszcze w lutym, na złamanie karku i złamanie igły, spodnie śniegowe i rękawice. Poważnie. Nie zrażałam się prognozą, że plus pięć i deszcze. Trzymałam się, jak tonący brzytwy, tej mądrości narodu o lutym i podkuwaniu butów. I szyłam.

Ostatecznie spodnie w Bory nie pojechały, choć nie powiem, walczyłam z pokusą spakowania ich na Wszelki Wypadek i na wspomnienie tych butów, co to się je podkuwa w lutym. Nie pojechały też ani grube rękawice, ani jabłuszka, ani wielka pomarańczowa micha zjazdowa. Zapakowałam w zamian doskonały kryminał, babkę jogurtową, kawiarkę i paczkę kawy z certyfikatem UTZ, ponieważ nawet w czasie ferii dbam o sprawiedliwe warunki dla pracowników plantacji i zrównoważone rolnictwo. Mówię Wam, tak wygląda raj... z pominięciem tych pierogów oczywiście.

spodnie śniegowe

Na allegro kupiłam świetne ortaliony, w fajnych kolorach, o idealnej gramaturze, i w doskonałej cenie 6,90 za metr! Resztę dodatków wygrzebałam z pudeł, w tym idealnie pasującą, pomarańczową taśmę odblaskową. Ha! Tym razem do środka dałam niezbyt grubą pikówkę, bo choć polar sprawdzał się idealnie jako izolator, to nastręczał pewnych problemów podczas prób naciągnięcia go na obutą w rajstopę nogę... Na tym odcinku pikówka spisuje się znakomicie, zapewnia idealny i jakże pożądany poślizg.

śniegowce

Górę spodni wykończyłam szerokim paskiem. Z tyłu dałam gumę, z przodu rygielki na rzep, które pozwalają na dopasowanie spodni w pasie. Początkowo planowałam uszyć jeszcze szelki, ale śniegowce leżą świetnie i trzymają się gdzie trzeba. Możliwe, że wielka, pomarańczowa micha zjazdowa zweryfikuje moją opinię. Wówczas skombinuję szelki.

 spodnie narciarskie

Z tyłu naszyłam uroczą, kontrastową dupkę. To pomysł Burdy, który sprawdziła się już i tu i tam, a także na stoku, podczas nagłego wystrzelenia z michy. Dodatkową warstwą ortalionu wzmocniłam także kolana. 

 spodnie sniegowe

Oczywiście odszyłam też śniegołazy. To dość upierdliwy, ale naprawdę przydatny element spodni śniegowych. Dzieci, nie wiedzieć dlaczego, rzadko naginają wydeptanymi ścieżkami. Najczęściej brną przez zaspy i mają niepohamowane skłonności do tarzania się. Śnieg ma trochę utrudnione zadanie w przedostaniu się do bucików, jeśli stoją mu na drodze śniegochronne nogawki.

 śniegowce

 Wykrój z pewnością pochodzi z Burdy, ale nie wiem z której. Z resztą tyle w nim zmieniłam, że własna matka by go nie poznała. Na szablonie napisałam rozmiar ok 152 i dalibóg nie wiem, co miałam na myśli... Sądzę, że je wzdłużałam, za to z pewnością nie poszerzałam, bo odnalazłam też informację, że na szwy dodać 0,5 cm. Chyba czas kupić jakieś witaminy na pamięć i koncentrację... choć jak znam życie, to zapomnę.

 spodnie śniegowe

Na zakończenie ujęcie figlarne, z podwiniętą nóżką. Druga para spodni, w nieco innej kolorystyce już przebiera nogawkami, żeby pokazać się na brummBLOGu. Mam nadzieję, że zechcą się zaprezentować z towarzystwie sterty rękawic. Szkoda, że cały ten stuff nie przydał się w Borach... ach... ach! A tak wogle, to nie miałabym nic przeciwko spędzeniu jeszcze kilku dni w raju... a jakby do tego spadł śnieg, to byłabym po prostu w siódmym niebie!

 PS Iga: wzburzona, do psa: "Fuji!!! ty... ty... ty kundlu bez rasy!!!" 

Czarna Magia.

brummblogging

Tuż przed świętami temperatura gwałtownie spadła i sypnęło śniegiem. Wpadłam w panikę, gdyż prędzej bym się spodziewała gołoledzi w lipcu, niż podobnej aury w grudniu. Szycie ocieplanej kurtki zaplanowałam sobie na koniec stycznia, a śniegowców dla Małej na luty, więc tym bardziej panikowałam, im gęściej walił śnieg. Oczywiście historię o wspaniałych ortalionowych portkach Igi  można już dawno między bajki włożyć, ponieważ najprawdopodobniej od zimna albo śniegu, czy wilgoci tak się okropnie pokurczyły, że wyglądały na jakieś śmieszne 122... szkoda gadać. Lepiej spanikować!

Jeszcze przed sylwestrem starannie przeczesałam przepełnioną szafę i odnalazłam: resztki czarnego ortalionu, okrawki czegoś gumowanego w kolorze fioletowo-niebieskawym i nieduże kawałki polaru. Skorzystałam z wykroju w rozmiarze 134, według którego szyłam onegdaj śniegowce moro i skroiłam. Jak tylko ostatni raz machnęłam nożycami od razu nadciągnęły fronty, zaburzyły się przepływy strefowe nad Atlantykiem i przemieściły ośrodki niżowe. Ociepliło się i śnieg znikł był. W okamgnieniu.

Prognozy długoterminowe bardzo mnie uspokoiły. Spakowałam wszystkie kawałki śniegowców do worka i schowałam z powrotem do przepełnionej szafy. Odczułam ogromną ulgę i zdziwiłam się sama sobą, że tak bez sensu, jak jakaś waryjatka, panikowałam z powodu byle opadu atmosferycznego. Nie długo trwał ten stan, gdyż jeszcze na dobre nie pozbyłam się posylwestrowego kaca, kiedy nastąpił kolejny atak zimy. Dwa razy gorszy, niż poprzedni! No to znowu wyciągnęłam te śniegowce z szafy (wciąż przepełnionej jednako) i dawaj te kawałki i maszynę, i nić, i dawaj szyć, i szyć, i szyć, a śnieg padał... a mnie szlag trafiał, a Iga w dżinsach na mrozie chodziła.

Wreszcie uszyłam wypasiste, czarne, ortalionowe spodnie ocieplane. Odcięłam ostatnią nić, zgasiłam światełko w maszynie i... słupek rtęci gwałtownie wystrzelił w górę. Tydzień temu było 5 stopni, a przedwczoraj na przykład 8! W plusie! O s i e m !  Niech to dunder świśnie! Magia jakaś? czarna, ortalionowa, czy co? A wygląda to tak:

spodnie ocieplane

Kroiłam sobie swobodnie w nadziei, że nadmiar pójdzie w gumę i już. Cięłam bez wielkich dodatków na szwy sądząc, że to 134 to jest przecież ho, ho! ho... i u dołu też nic nie dodałam, a jeszcze ujęłam ździebko, gdyż odszyłam urocze zakładki na kolanach. Podczas pierwszej przymiarki wszystko stało się jasne!

spodnie ortalionowe

Otóż guma na nic, bo brak nadmiaru. Nie dość na tym, bez suwaka spodni nie da się wciągnąć na właściwe miejsce, a długość... no cóż długość jest odpowiednia i nie, niestety nie można ich zawinąć u dołu na dwa razy tak, jak lubię najbardziej!!!

śniegowce

O tak się miały zawijać u dołu i wystarczyć na trzy sezony przynajmniej. Ale nie, bo po co? Takie pięknie śniegołazy im odszyłam i kieszonki, i wypustki, i odblaski, i suwaczek. E! niech to dunder!

śniegowce

Po bokach dałam dwa rygielki na rzepy, które dopasowują spodnie w talii. Ten po lewej litościwie okrywa suwak, który jest odszyty nienadzwyczajnie, ale za to szybko. Można także zauważyć, że u góry czarny polarek, a w nogawkach szary. Magicznie!

spodnie śniegowe

Obawiam się, że jeśli się natychmiast nie ochłodzi i w ciągu godziny nie spadnie ze 20 cm śniegu, to Iga ze śniegowców wyrośnie i klops. Trzymam je stale pod ręką i śledzę prognozy. Gapię się w kalendarz w osłupieniu i sama już nie wiem, czy to styczeń, czy magia czarnego ortalionu, bo dziś termometr wskazywał 10 stopni...    d z i e s i ę ć ! niech to dunder świśnie! 

 

PS. Ja: Przekonasz się, kiedy sama będziesz babcią. Iga: "Ja nigdy nie będę babcią!" ; Ja: Przecież chcesz mieć dużo dzieci, więc na pewno zostaniesz babcią Igo. Iga: "Hmmm... nie rozumiem tej filozofii." :)

Poronin minus siedemnaście.

brummblogging

Muszę Wam powiedzieć, że siedemnaście stopni poniżej zera w Poroninie, to nie do końca to samo, co minus siedemnaście w Gdańsku. Słońce tu jakoś bardziej lutuje, a wiatr jakoś mniej duje. Decydującym czynnikiem, wpływającym na odczuwalną temperaturę dla turysty, z pewnością jest jednak jego ekwipunek, wyposażenie i sprzęt.

Nad morzem pomykam w dżinach, bluzce i płaszczu. Kiedy temperatury oscylują w okolicach zamarzania-glutów-w-nosie, dodaję cienkie rajtuzki, sweterek i czapkę. Wszędzie mam blisko ;D i ciągle marznę. W górach natomiast... oooo! w górach żartów nie ma! Mam na sobie: getry, grubaśne skarpety i moje wypasiste, ocieplane polarem, śniegowe spodnie; podkoszuek (używany tylko w warunkach ekstremalnych!) bluzkę i polarną bluzę, kurtkę narciarską (wykonaną z zastosowaniem najnowszych osiągnięć NASA); ruską, syberyjską uszatkę i rękawice! Wszytko to sprawia, że kiedy - przed wyjściem - upadnie mi kluczyk od pokoju, muszę się częściowo rozebrać, żeby go podnieść :D

Wspomniałam o wypasistych spodniach - oto one:

Ubolewam nad tym, że są w takim zachowawczym kolorze, ale nie miałam bladego pojęcia, jaka będzie kurtka i wybierając go działałam z dużą ostrożnością. Dodałam granatowy polar, jako podszewkę i beżowo-czerwone taśmy przy wzmocnieniach kolan i szlufkach.

Podczas pracy - korzystając z wykroju na zwykłe spodnie, rozm 44 -

maksymalnie uprościłam fason;

wpuszczane kieszenie,rozporek i pasek (w tyłuach gumka)

to jedyne szaleństwa, na które było mnie stać ;D zwłaszcza, że szyłam na trzy dni przed wyjazdem :O

Nie ma gumek w podszewce, odblasków, taśm, karabińczyków ani suwaków u dołu nogawek; te wszystkie fanaberie chińskiego przemysłu odzieżowego, w warunkach niewielkiej polanki przed hotelem są całkowicie zbędne! Wierzcie mi.

Kiedy w nich chodzę skrzypi śnieg pod butami i - łing! łing! - skrzypi ortalion. Odgłosy te łączą się, tworząc mój osobisty, turystyczny profil foniczny. Lekko poskrzypując i dając wyższe, ortalionowe tony - łiiing! łiiing! - drepcze obok Mała, postękując: "jus nie dam rady dalij, mamo!"

Ciepło nam na tych minus siedemnnastu stopniach.

Ja bez oporów rzucam się na świeży śnieg i kręcę orzełka (bo wychowałam się za komuny) Iga nieśmiało kładzie się obok i robi aniołka... konflikt pokoleń odciska się na śniegu wyraźnie. Orły i aniołki walczą o pierszeństwo polegiwania na polance. Te są większe, tamte z kolei liczniejsze (mała podnosi się jak bańka-wstańka, ja leżę dłuższą chwilę jak przewrócony żuk) po której stronie leży racja?...

Nawet nie zamarzły nam gluty w nosach, bo siąkając wracamy na najsmaczniejszą herbatkę świata!

Polar i ortalion ogłaszam najlepszym duetem wszechczasów!

PS. Iga od tygodni nęka nas pytaniem: "Kiedy jedziemy na te góly?"; wreszcie jesteśmy w samochodzie i od godziny prujemy w stornę Poronina. Teraz z kolei Mała stęka: "Jak długo będziemy tak jechać"; odpowiadamy jej cierpliwie, że cały dzień i takie inne dorosłe blablabla; na co Iga: "Boze! po co ja się nie mogłam na to doczekać!?" :D

Camouflage.

brummblogging

Jedni pragną być widoczni, inni woleliby nieszczególnie się wyróżniać i pozostać niezauważonymi. Dla tej drugiej grupy ( o dziwacznych preferencjach ) spodnie maskujące, czyli moro-we. Na ośnieżonym stoku niespecjalnie się sprawdzą, ale już w gąszczu karłowatej kosodrzewiny można się spokojnie zaszyć; prywatność gwarantowana. 

Przed zabraniem się do tej roboty, napisałam, że "będzie łatwiej"... oczywiście wystarczy COŚ TAKIEGO tylko pomyśleć, a już wiadomo, że będzie pod górę. Jeżeli TO wypowiesz, masz jak w banku pod górę, pod wiatr i po kamieniach. Noooooo! a gdy NAPISZESZ TO I OPUBLIKUJESZ - załamka - pod górę, pod wiatr, po kamieniach, na boso i minus trzynaście! 

Właśnie w takim trybie, przez dwa dni, przebiegały prace :O

Wykrój Burdowy, z numeru mocno archiwalnego, 12/2001r. Rozmiar spodni 134, który w dodatku jest przeznaczony do baraszkowania po śniegu. Ku mojemu zdziwieniu nie musiałam go powiększać ani na jotę, doskonale pasuje na Chłopca. 

Tylko kto by szył zwykłe, proste spodnie na gumie?

...trzeba trochę komplikacji i kombinacji. 

Dodałam:

  1. doszywany pasek;
  2. wzmocnienia na kolana i wzmocnienie tyłu (jak w różowych); 
  3. wymyśliłam trzy suwaki (w rozporku i w nogawkach) milion szlufek, pętelek i karabińczyków.
  4. naszyłam dodatkowe gumki na rzepy, regulujące pasek w przodach;
  5. jak poprzednio wszyłam śniegołazy w podszewkę z polaru.

No? oceńcie same, czy ja się czasem nie potknęłam o kabel zasilający i nie walnęłam łbem w blat roboczy?

Oczywiście pierwsze ciachnięcie ortalionu i pierwsza katastrofa!

zapomniałam wyrysować rozporek :O

Potem musiałam doszywać pliski i wywijać jakieś cudawianki :!@$!#%#%


Zastosowałam taśmy odblaskowe, powszechnie wiadomo: najpierw bezpieczeństwo, potem narciarz! 

Kontrasty to grafitowy ortalion; podszewka - brązowy polar.

Zbliżenie na kieszeń wpuszczaną w boczny szew, całkiem nietrudną do wykonania. 

Ulubiony motyw dekoracyjny Chłopca - czaszka -  jest obowiązkowy!

Poniżej wspomniane już suwaki w nogawkach! masakra :O

Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie robiłam. Całkowity debiut. Suwak z pliską (pod spodem, zabezpiecza przed przycinaniem spodni) i do tego polarowa podszewka. Ciężko było i w zasadzie chciałam już to wszystko wypruć w cholerę, zaszyć... i zapomnieć. Powstrzymały mnie ewentualne dziury po igle w ortalionie i samo prucie. Oceniłam, że jestem już bliżej niż dalej, żyłka mi wystąpiła na czoło i pulsowała, ale dałam radę i mam...

I nigdy więcej!

Śniegołazy wyglądają tak:


Tym razem zupełnie inaczej łączyłam podszewkę z wierzchem; najpierw wszyłam polar przy wszystkich rozporkach, potem zwyczajnie doszyłam pasek do prawej strony i nastębnowałam po lewej; na koniec podwinęłam nogawki, nakładając ortalion na (nieco krótszy) polar. Jest ok.

Ostatni rzut oka na całość.

Nie mogę na nie patrzeć bez lekkiej telepki i skaczącego gula, więc obiecałam sobie, że trzecia (moja) para śniegowców, będzie łatwa, prosta i na gumie! 

Koszt: 1mb ortalionu 7,90 i 1mb polaru 13,90; czaszka 5,60  i suwaki (zaraz mnie krew zaleje) 2x 2,40  i 1x2,50; daje to łącznie 34,70

Bądź widoczna na Stoku!

brummblogging

Wreszcie przestałam szukać wymówek i zabrałam się za ortalionowe śniegowce. Termin naszego wyjazdu niebezpiecznie się zbliża, więc czuję już spoooorą prrrresję. Zwłaszcza, że na sobotnich zakupach szłam w zaparte (tak, tak!  spooooko zdążę, uszyyyyję, uszyyyyję!) przechodząc zupełnie obojętnie obok portek i poprzecenianych, dziecięcych kombinezonów.

Denerwowałam się krojąc :O i drżałam wykonując pierwszy szew. Nie miałam bladego pojęcia, jak zachowa się maszyna na takiej ślisko-lepko-gumowanej tkaninie! Szczęśliwie ja zachowywałam się gorzej od niej i dzięki temu wspólnie dałyśmy radę :D

Uprzedzam,

że jestem niemożliwie zadowolona ze spodni

i będę się samochwalić bez końca!

Wspaniałe nieprawdaż?

 Wykrój znalazłam w ubiegłorocznej, listopadowej "Burdzie" (przypominam, że mamy już 2012!). Wybrałam największy dostępny rozmiar, czyli 122 i porządnie dodałam na szwy, a także lekko poszerzyłam (po środku) część górną tyłu i przodu. Nic skomplikowanego nie zauważyłam; fason jest prosty i pozbawiony udziwnień. Wszystko do siebie pasuje i fajnie leży na Dziewczynce.

Wypasiście, nieprawdaż?

Dla mniej doświadczonych - skomplikowane może być połączenie wierzchu z podszewką; ja (po uszyciu ich obu) łaczę krawędź górną (wzdłuż podkrojów szyi i linii szelek) następnie (wywijając przez otwór na suwak) zszywam nogawki i na końcu wszywam zamek. I za każdym razem wydaje mi się to najlepszym ze sposobów, aż do momentu, kiedy należy wszyć zamek :O wtedy klnę i: łączę go z podszewką, *szpilkuję i stębnuję po prawej. Wygląda poprawnie. Może być!

Trochę jednakowoż - mimo wszystko - przy tym wykroju pogmerałam i, np. wszyłam gumkę w tyłachdodałam kieszeń na karczku, oraz zmieniłam kieszonki boczne (zapinane w oryginale na suwak) na zwykłe, wpuszczane; worki po prostu nastębnowałam na przody. Szelki zapinają się na białe klamry, co daje możliwość płynnej regulacji ich długości.

Jako kontrasty wykorzystałam lewą, srebrzystą stronę ortalionu,

przebiegle, prawda? 

Odszyłam z niej: kieszonkę, wzmocnienia na kolana i wzmocnienie tyłu.

Podszewką spodni jest fuksjowy polar.

Tył jest bombowy!

Zachowałam zabawną dupkę, zaproponowaną przez Burdę; rozbawił mnie instruktaż jej szycia: "Część wzmacniającą tył podwinąć i przyszyć do tyłów spodni." buhaha widzicie ten łuk w ortalionie?

Kto się podejmuje go podwinąć? ;D 

Do wykończenia okrągłości użyłam skóropodobnej wypustki w kolorze pistacjowym; dałam ją także na wzmocnienia kolan. W ten spodób wprowadziłam dodatkowy kolor, który w efekcie bardzo tu pasuje i ożywia całość.

Żeby juz była pełna profeska, odcięłam nogawki na wysokości kolan i łącząc je z powrotem (to trochę irracjonalne, wiem) wszyłam do nich podszewkowe śniegołazyczy wiatrołapy... czy jak zwał, tak zwał! Gumka idzie do buta, nogawka na zewnątrz, a stopy pozostają suche i ciepłe ;D

Sama konam z wrażenia... nie wiem jak Wy to wytrzymujecie???

Te dodatkowe taśmy na nogawkach i na karczku to odblaski!

Nie ma mowy, żeby Iga pozostała niezauważona w takich śniegowcach odblaskowcach.

I taka byłam zajarana, że nawet wszyłam swoja brummwszywkę na prawej stronie, co mi się nieczęsto przydarza chyba że, tak jak teraz, podskakuję z radochy i pękam z dumy :D

Oczywiście były też utrudnienia; w takiej tkaninie nie ma mowy o pruciu (ślady po wbiciu igły są wielkości leja po bombie!) ani nawet o *wpięciu szpilki :O na wszystko jest tylko jedna szansa i to na żywca :D Miałam oczywiście kilka wpadek (stębnując boczne szwy załapałam pod spodem przody) i kilka małych kryzysów :!$!#%#@ ale poza tym prace przebiegały bez zakłóceń.

Ciekawostka:

ku mojemu zaskoczeniu ortalion dość dobrze się prasował (lekko ciepłym żelazkiem) :O

W tej chwili jestem już myślami przy moro-śniegowcach dla Chłopca; będzie prościej, bo bez szelek!

PS. Kris oglądając bajkę: "Jak szczur  może być ojcem żółwia? czy ktoś mi to wytłumaczy?"; Iga spokojnie: "Ja, bardzo chętnie!" My: ???  Iga: "Po prostu go kocha." :O

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci