Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Gooooooool!

brummblogging

Początki były trudne... zwłaszcza dla Krisa. Otóż obejrzałam mecz otwarcia i już w pierwszych sekundach pierwszej minuty przypomniałam sobie, że jestem przecież miłośnikiem futbolu, ekspertem od piłki nożnej i słynnym autorytetem w dziedzinie kopania. Ucieszyłam się i na następny mecz wyposażyłam się we wszystkie, znane mi, atrybuty kibica: chipsy, piwo i spory zasób szpetnych słów. Włączyłam jedynkę - nic, dwójkę - kabaretowy klub dwójki, oblazłam polsaty - gówno, przeczesałam kablówkę - zero! a ponieważ nie było pod ręką żadnego prezesa telewizji, natychmiast wsiadłam na Krisa, zużyłam w 30 sekund cały przyszykowany zapas słów obelżywych i wulgarnych, oraz się poryczałam.

Nie dość, że mnie nie zabrał na żaden velodrom, to nawet nie zadbał o transmisję na żywo? co za żal... Łzy jak wiadomo, działają na mężczyzn mobilizująco, więc Kris od razu wysupłał stówę dla Zygmunta niejakiego Solorza i jeszcze tego samego wieczora mogłam bez przeszkód leżeć na sofie, rozwijać swoją pasję i bez wyrzutów sumienia, żreć chipsy. Turniej zresztą okazał się znakomity, a Kris wyśmienicie ulokował swoje oszczędności. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to jego najlepiej wydana stówa w tym miesiącu, nie licząc moich zakupów na outlecie.

Jeśli chodzi o moje osobiste preferencje to Arkadiusz Milik. W sumie nie mam w tym temacie nic do dodania, bo albo Kris ocenzuruje to, sprawdzając mi interpunkcję albo, co gorsza, do końca życia zabroni mi oglądania meczy reprezentacji i niechcący potłucze rossmanowy kubeczek z Milikiem. Z innych statystyk to: najlepiej prezentujący się gracz reprezentacji polskiej - Milik, najlepiej prezentujący się gracz w ogóle - Milik, król piłki - Milik, najlepiej asystujący - Milik, najzgrabniej biegający - nie będzie niespodzianki - też Milik, najwięcej wszystkiego i najbardziej - Milik, najlepszy mecz - Milik, w spotkaniu Polska- Portugalia! najładniejszy kolor trykotów - miętowy! gracz, który najlepiej wyglądałby w miętowym - Milik, maskotka turnieju - Mmii... Ronaldo! jednak... rzutem na taśmę i spojrzeniem smutnego misia. Na drugim miejscu tuż za nim, rzecz jasna, Milik. Goooool!

Kolejna sytuacja, to szeroko pojęta kondycja naszej drużyny. Muszę przyznać, że w zamierzchłych czasach, gdy nie miałam pojęcia co to spalony i kiedy dyktuje się rzut rożny, oglądałam popisy naszych piłkarzy z nigdy niesłabnącym zażenowaniem. I bólem dupy, także niesłabnącym... nigdy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że biało-czerwoni zagrają na wielkim turnieju, w ćwierćfinale, z Portugalią! i że zagrają nie tylko bez kompleksów, ale jak równy z równym ( Milik - Ronaldo ) i będą biegać bez zadyszki do ostatniej sekundy, ostatniej minuty dogrywki, i że będzie 1:1* i będzie fantastyczne widowisko, i emocje nie do opisania, i duma, i Milik... gdyby mi ktoś to wszystko powiedział, to kazałabym mu solidnie jebnąć się w łeb. A tu proszę, taka niespodzianka i nawet łzę wzruszenia uroniłam nad rozczarowanym Fabiańskim... jedną... ale słoną.

* Bardzo się szykowałam na słynny kibicowski wyskok z fotela i nawet piwo umieściłam w bezpiecznej odległości, po czym pobiegłam do kuchni... w pierwszej minucie meczu pobiegłam, jak to matka, pokroić jakiegoś cholernego pomidora... i w tym czasie cała Polska... wykonała kibicowski wyskok z fotela... w drugiej minucie pierwszej połowy podczas, gdy ja kroiłam drugą połowę pomidora. Wykonałam więc tylko skok gula, brawurowy rzut nożem i karkołomny bieg... na powtórkę sytuacji bramkowej. Goooool!

Choć na wielkie wzruszenia - patrz akapit o Miliku - nie można już raczej liczyć, to euro trwa i piłka jest w grze! Jako ekspert mogę śmiało postawić tezę, że jeszcze wszystko może się zdarzyć, najpewniej wówczas, gdy Kris nie zaopatrzy mnie zawczasu w piwo i chipsy. Faworyta nie mam, jestem elastyczna i błyskawicznie dostosowuję się do sytuacji w turniejowej drabince. To oszczędza mi wielu rozczarowań i nerwów. Na dziś mam tylko jedno marzenie, żeby na zielonej, francuskiej murawie bezlitośnie rozwalcowano Portugalię. Goooool!

Ponieważ to blog szyciowy, a nie udziergałam ostatnio żadnej piłki, pokażę wiosenne i w ogóle już nieaktualne czapki i kominy. Uszyłam je trzy miesiące temu i pamiętam jak dziś, że odczuwałam wówczas coś na kształt zadowolenia. Kolory mocno energetyczne, chyba na przekór pogodzie, fasony proste, dzianiny bawełniane. Coś dla mamy i coś dla córki. Daję.

 

Powyżej dwuwarstwowy obfity komin i czapka z ćwiekami dla małej. Żółta dzianina jest mięsista i masywna, więc nakrycie głowy naprawdę piękne. Poniżej podobny zestaw dla dużej. Czapa z rulonem i koralowy komin.

 

 Jeśli chcecie nastraszyć sąsiadów, uszyjcie sobie wściekle żółtą czapkę i noście ją rano, koniecznie bez makijażu. Efekt Wooow! i stan przedzawałowy murowany.

 

Bananowa czapka typu smerfetka jest dużo bardziej twarzowa. W dodatku pasuje jak ulał do komina. Ozdobne guziczki sugerują przód, ale Iga dość luźno odnosi się do tej sugestii i kładzie ją jak leci.

 

 Na koniec moja czapeczka, która bardzo mi się podoba, ale której nie odważyłam się założyć. Nie umiem się do niej przekonać, miała być zwykła, na spacerek z psem, czy skok do żabki, a wyszła jakaś pojechana. Sama nie wiem, co z nią jest nie tak... naprawdę bardzo mi się podoba... tylko nie w zestawieniu z moją twarzą.

 

 PS

Iga: "Jutro na zastępstwo przyjdzie do nas pani Zgnilizna!"  po chwili: "...czy tam jakaś Glizda." 

Iga nazajutrz: "To nie była żadna Zgnilizna, ani Glizda, tylko pani Zielińska."

Złodzieje.

brummblogging

To nie jest kraj dla starych ludzi, mówię Wam. Im dłużej żyję, tym dotkliwiej to odczuwam. Weźmy na przykład takie świętowanie po polsku. Dwa tygodnie haruję, sprzątam, myję, piorę, pucuję. Biegam z siatami. Nie dosypiam i nie dojadam, aż tu nagle bum, bach, bęc dwa dni siedzenia, bez ruchu, przy stole i  żarcia! Przeciążenia żurem i jajem na twardo są gigantyczne! To może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy organizm. Ja pękam w szwach i puszczam na łączeniach.

Na dodatek różne święta następują po sobie zbyt często. Ledwie jakoś przeczołgałam się przez Boże Narodzenie, a tu już Zajączek przebiera nogami i bukszpan podśmierduje... cóż począć? Umyłam jakieś losowo wybrane okno, ukręciłam dwa niezbyt udane ciasta, zrobiłam dwie sałatki i przyczaiłam się w kąciku. Obok kotów... kurzu. I kiedy już się ucieszyłam, że wszystko dobrze się skończy i operacja się uda... pacjentowi się zmarło. Ukradli mi godzinę!!!

 Oczywiście o świcie mi ukradli i myśleli, że nie zauważę. Złodzieje! Od tamtej chwili nie dosypiam i podjadam bez przerwy. Kładę się za późno i wstaję przedwcześnie. Nic mi się nie chce, na nic nie mam siły. Jestem w ruinie. Jestem wrakiem, cieniem siebie sprzed zmiany czasu. Każdego dnia, przynajmniej pięć razy szukam tej bezcennej, skradzionej godziny, zawsze stwierdzając jej dotkliwy brak. Nie zdążam. Obiad podaję o 19.12 nawet, gdy tylko odgrzewam sajgonki. To przecież może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy... a ja nic z tych rzeczy i to już od dawna...

 Zanim mnie zaorali tą zmianą czasu, trochę poszyłam. Ponieważ jestem sama sobie sterem, żeglarzem i... zajączkiem naszykowałam dla siebie małą niespodziankę: serwetę, bieżnik i serwetki. Trzęsłam się, jak świąteczna galareta krajając tę piękną tkaninę. Tłumaczyłam sobie, że zawsze mogę, z tego obrusa, uszyć coś zupełnie innego. Po świętach.

obrus z bawełny

Oczywiście nie, że dla siebie, pod prymulę, to po łebkach i byle jak. Skądże! Wszystkie rożki odszyte w uroczy i pracochłonny dzióbek. Całość pięknie odprasowana i oczywiście, kiedy tak drżałam nad tą tkaniną, to mi się żelazko zerzygało na bieżnik i moje problemy z przewidywaną plamą po ćwikle zniknęły, jak ręką odjął. Przesłonięte tą plamą... jakby po kupie. Zaraz potem plasnęłam na środek rozkrojoną, czerwoną paprykę.

obrus

Nie wiem, czy kogoś może zainteresować wielkie zdjęcie dzióbka, choćby był nie wiem jak pracochłonny i uroczy. Trudno! mnie też nie interesuje czas letni, a mi zrobili i muszę się męczyć. Na oliwkowych serwetkach miały być frędzle, ale niestety poszły do frędzlowego nieba. Odeszły... nie dało się nijak szyć pojedynczej warstwy tej tkaniny. 

serweta bawełniana

 Jeszcze wcześniej, przed autozajączkiem, zainspirowana narzutką z sieciówki, skleciłam sobie żakiet ze śmietanowej dzianiny. Wykroju szukałam jak zwykle w Burdzie i poza tym bla, bla, bla też jak zwykle. Wybrałam model 120, z numeru 1/2014 nazwany Mocnym Wejściem... i coś w tym jest. Uwaga, daję!

 żakiet

Mocne? Po pierwsze, żakiet w oryginale ma paski. Cóż z tego powiecie sobie? to samo pomyślałam. Potem zaś skrupulatnie kopiowałam wykrój, wraz ze wszystkimi dziwnymi oznaczeniami, jakich w życiu, na żadnym żakiecie nie widziałam. Przestudiowawszy plątaninę kreseczek na wykroju uznałam, że to są chyba - eureka! - oznaczenia wysokości pasków... do niczego niepotrzebne ani mnie, ani mojej śmietanowej dzianinie. 

 żakiet

Żakiet miał mieć niewykończone szwy. No... i się zaczęło... ale, że kieszenie też? a kołnierzyk? a klapy? to się przecież nie godzi! a szwy tu i szwy tam? niemożliwe, także niewykończone? bez przesady! Na ostatek wszystko zostało elegancko poobrzucane, i oblamowane. 

żakiet z dzianiny

Poza tym skopiowałam rozmiar 42 i okazało się, że to jest naprawdę rozmiar 42! Skandal!!! W każdym razie mało brakowało, a w ogóle bym go na siebie nie naciągnęła. Całość zszyłam normalnie, ale rękawki... uuułaaa! rękawki musiałam popruć i połączyć samym owerlokiem, główki im trochę poprzycinać i podkroje lekko pogłębić. Się działo, mówię Wam.

 żakiet z dresówki

Tradycyjnie już w żakiecie brak zapięcia... po tym mnie poznacie. Wciąż nie mogę się zdecydować, ani na guziki, ani na kołki, ani na zatrzaski. Zresztą, po komentarzach na FB, że to bardzo elegancki uniform dla pielęgniarki, jakoś straciłam cały impet twórczy i zawiesiłam go na kołku, w szafie. 

narzutka

W świąteczną niedzielę, kiedy zsynchronizowałam zegary i okazało się, że jestem spóźniona o godzinkę, szybciutko odnalazłam i szafę, i kołek, i żakiet. Narzuciłam go na biały trykot i wpadłam w zachwyt. Wszystko pięknie leży - no, może prócz jednowarstwowego kołnierzyka, który zbyt mocno naciągnęłam i ten akurat sterczy - świetnie się układa i w dodatku nikt, dosłownie nikt, przez całe przedpołudnie nie zawołał do mnie: siostro, basen! Jestem zachwycona. Sama sobie zaimponowałam, a nie jest to łatwe! Teraz czekam tylko, aż mi zwrócą moją zagrabioną godzinę. Niestety spodziewam się ją odzyskać dopiero jesienią. Dostanę ją wtedy, a jakże, i nie będę wiedziała co z nią począć. 

 PS Iga: "Ta bluza jest okropna!" ; Ja: Okropna? ; Iga: "Tak, okropna, jak koci wymiot!" Ja: Koci wymiot??? ; Iga: "Tak! jak koci wymiot z rękawami!"

Tornister.

brummblogging

Pamiętacie, jak się odgrażałam, że mam szafę wypchaną starymi, lekko używanymi dżinsami? No, to postanowiłam trochę bardziej ich użyć. Zaczęło się jak zwykle od natarczywej myśli, a skończyło na tornistrze. Wszystko, co zmieściło się pomiędzy w zasadzie nie jest warte relacjonowania na tak zacnym blogu, wobec tak szacownego grona czytelników... tyle dni... mękamamęka... 

tornister

 Żadna filozofia. Zarys projektu, taki bardziej szkic szkicu, więcej niż niechlujny, nabazgrałam w trzy sekundy. Co do szczegółów postanowiłam iść na żywioł i działać instynktownie. Niestety podczas kolejnych dni szycia wszystkie instynkty, jeden po drugim, mnie zawodziły, a intuicję szlag trafił. 

plecak z dżinsu

Przede wszystkim w trakcie roboty okazało się, że beznadziejny ze mnie kaletnik i nie mam pomysłu na zapięcie, kółek, ramek, karabińczyków, regulatorów... ani dobrych chęci... w ogóle nic nie mam, tylko ten nędzny szkic i znoszone wycieruchy. Zrobiłam niezbędne zakupy na allegro i żeby nie siedzieć cztery dni w oknie, czekając na listonosza, zaczęłam krążyć po mieszkaniu. Od śniadaniówki, co to się zagubiła i odnalazła, odcięłam klamerkę i praca się posunęła o trzy ściegi...

tornister

Od sponiewieranej smyczki urąbałam całkiem sensowny karabińczyk i znowu mogłam coś udziergać... 

 plecak

Następnie ogarnęły mnie wątpliwości okołopodszewkowe. Kolejny dzień spędziłam grzebiąc w szafie i pomrukując z niezadowolenia. W końcu zdecydowałam się na różyczki, które bardzo dobrze się spisały w kamizelce. Pamiętacie? Tutaj też wyglądają niezgorzej. Oczywiście wewnątrz odszyłam trzy kieszenie, a całość zapinana jest na suwak, co ogromnie utrudnia niepowołanym łapom niekontrolowane grzebanko. 

 tornister

Wreszcie zadziałała poczta i zjawił się pan liston. Mogłam umieścić w dnie plecaka te wspaniałe, srebrne, tłuste pukle! Zazwyczaj taki dodatek oznacza pełen profesjonalizm... Nie u mnie, gdyż kiedy poczta wreszcie zadziałała, plecak miał już wszytą podszewkę, więc wewnątrz mam teraz cztery pęczki niezbyt fachowo wyglądających i sterczących drutów...

 tornister

Regulatory szelek regulują bez zakłóceń. Całe szczęście, bo kolejne przeciwności mogłyby mnie po prostu wykończyć.

 tornister

Po takiej męce twórczej mam wobec tego plecaka wiele oczekiwań. Zamierzam go eksploatować nieustannie i bez opamiętania. Wypychać go będę bidonami i prowiantem. Czapkami i okularami. A na górę wcisnę dwie książki! Będę korzystać z każdej kieszonki i zajeżdżę suwak na śmierć. Zemszczę się! Niech się tylko ociepli, wyruszam na wycieczkę.

PS Ja w desperacji: Gówno, dupa, gówno! ; Marcel: "Hehehe! hehehe! a co ci się dzisiaj zebrało na takie gimnazjalne żarty mamusiu?"

Pan Hilary.

brummblogging

Jestem jak moja matka i bynajmniej nie jest to komplement. Więcej powiem, Krisa to podobieństwo napawa przerażeniem, a mnie... mnie cholera jasna bierze po prostu! Na każdym kroku. I choć już o tym na pewno wspominałam, napiszę raz jeszcze - jestem podobna do mojej matki, z niej też jest niezły Pan Hilary. Otóż, kiedy już coś schowamy - ja podobnież, jak i ona - nie ma sposobu na odnalezienie tego inaczej, niż:

  • podczas generalnego remontu (takiego z kuciem kafli i pruciem ścian)
  • w czasie przeprowadzki
  • po 5 latach i kompletnie przypadkowo, kiedy się już nabyło dwa następne, a o tamym dawno zapomniało

 Otóż przed feriami schowałam śniadaniówkę Marcela, żeby się nie szwędała. Nawet pamiętam, jak dziś, że chowając ją, a mając świadomość podobieństwa do własnej matki, powtarzałam sobie: chowasz ją tutaj, chowasz ja tutaj, zapamiętaj, że chowasz ją... Właśnie. Przeleciały ferie, minęły rekolekcje, dwa dni szkoły i weekend. Przewaliłam pół chaty. Szukałam i w spodniach i w surducie; w prawym bucie i lewym bucie... macałam palto i szlafrok, a nawet przeszła mi przez głowę myśl o kradzieży. Wyobraźcie sobie  n i e  m a! Diabeł przykrył ogonem, jak mawiała rodzicielka. Przepadła, a była taka jeszcze całkiem, niczego sobie i lubiłam ją, choć guzik jej odpadł w ubiegłym roku. Lubiłam ją. 

Tymczasem na remont się nie zanosi, żadna przeprowadzka się  nie szykuje, a nie mam zamiaru żyć pięć lat bez śniadaniówki. Co to za życie? Już pierwszego dnia Marcel przyniósł ze szkoły całkowicie wybuchniętego banana. Trzeba szyć! Na szczęście w tym też jestem podobna do mojej maki, że umiem.

śniadaniówka

 Jak zwykle szyłam z materiałów, które miałam pod ręką. Masywnej, grafitowej bawełny z IKEA; ceraty z Jysk; lamówki, sztywnika i guzika z allegro. Tkaninę przepikowałam na sztywniku po linii wzorów. Ten zagmatwaniec na klapie także poprzeszywałam. Wszystkie warstwy są na tyle sztywne, że śniadaniówka znakomicie trzyma formę i dobrze chroni banany przed eksplozją.

 lunch box

Bardzo się z szyciem spieszyłam, gdyż następnego dnia musiałam znowu dać smarkaczowi śniadanie do szkoły i zapomniałam o pętelce. Pętelka u góry jest kluczowa podczas przenoszenia, codziennego chowania i wyciągania, pakowania i rozpakowywania śniadaniówki z plecaka. Niestety swój błąd zauważyłam już po zamknięciu wszystkich szwów, a wiecie, że bardzo się spieszyłam i... boszsz... chyba podpruję górną krawędź i wsunę tę pętelkę, bo mi jej okropnie brak!

 śniadaniówka

 Po pewnym czasie satysfakcjonującego użytkowania nowej śniadaniówki, kiedy już zapomniałam o tamtej, zagubionej i bez guzika, oczywiście nastąpiło jej nieoczekiwane i cudowne odnalezienie! taaadaam! Proszę bardzo! i pomyśleć, że szperałam w piecu i w kominie, w mysiej dziurze i pianinie... już podłogę chciałam zrywać i policję chciałam wzywać... Wierzyć się nie chce, była schowana w Marcela biurku!

 Na deser pokaże jeszcze całkiem fajniastą tunikę, uszytą według wypróbowanego wykroju na bluzę z dzianiny

tunika z dzianiny

To pod pachami, co wygląda jak kępy owłosienia, na szczęście wypada na ramieniu i nie przywodzi na myśl niegolonych porzeczek. 

Cieniutka dzianina grymasiła i nie szyła się przyjemnie. Nic do siebie nie pasowało i nie zgadzała się żadna listwa wykończenia. Dekolt obszywałam dwukrotnie, co raz - to gorzej... ostatecznie i tak sterczał na ramionach i musiałam go spacyfikowac ręcznie. Mimo tych przeciwności losu wyszła całkiem przyjemna tuniczka, do noszenia na biały top lub, dla odważnych i tych co ćwiczą z Chodakowską, na goły brzuch. Jestem zadowolona.

bluzka z dzianiny

I print jakoś tak... bardzo na czasie... niestety.

PS Kris: "Kto pije i pali ten nie ma robali." ; Iga: "Serio? to chyba muszę zacząć, bo już mnie te wszy wykańczają..." 

Łezka się kręci.

brummblogging

Nie trzeba nadzwyczajnej biegłości w rachunkach, żeby dojść do tego, iż wielkimi krokami zbliża się piąta rocznica istnienia brummBLOGGa! Rozlegają się pojedyncze oklaski i strzela jeden korek od bardzo taniego szampana. Tak moi drodzy, to już tysiąc osiemset dwadzieścia siedem dni katorżniczej pracy bez wytchnienia. I bez wypłaty. Łezka się w oku kręci... Krisowi, bo trochę kasy w ten wątpliwy interes zainwestował, a co dostał w zamian? jedną parę przykrótkich spodenek i dwie pary wiskozowych gaci od pidżamy i porozrzucane po podłodze szpilki. Żal.

 Mnie jednak nie żal ani jednej chwili spędzonej przy maszynie i ani minuty ślęczenia nad klawiaturą. Z przyjemnością zaglądam do swojej szafy i do przepastnego archiwum bloga. Owszem, udało mi się wyprodukować sporo badziewia, ale stworzyłam także kilka fajnych rzeczy, a nawet jedną, czy dwie po prostu zjawiskowe! Knoty na razie idą na bok, opiszę je szczegółowo na dwudziestopięciolecie istnienia bloga, dzisiaj przypomnę te wybitne. Jedziemy... aaaleeeją gwiaaaazd.

Po pierwsze mój wystrzałowy, malinowy softshell. Najwspanialsza, magiczna* kurtka do sportów, do maszerowania, biegania, nordikowania, badmnintona i całej reszty. Chroni przed deszczem i wiatrem, dobrze odprowadza wilgoć na zewnątrz, ma dwie dość głębokie kieszenie na suwaki, jest komfortowa i wygodna. Nie wyobrażam sobie lepszego okrycia do aktywnego wypoczynku, w wielu sytuacjach okazała się niezastąpiona. Uwielbiam ją!

*i zdjęcie też jest magiczne, można w nie kliknąć i czarodziejsko przenieść się w czasie.

kurtka sportowa

 Po wtóre mój kobaltowy paltocik z rękawkiem trzy czwarte. Wygodny i elegancki. Pasuje do wszystkich i do wszystkiego, świetnie się sprawdza, jako okrycie przejściowe. Ostatnio zauważyłam, że brak mi w nim kieszeni, które zwyczajowo wypycham czym popadnie, więc może w tym sezonie trochę go odmienię. Mam jeszcze kawałeczek materiału, więc wszystko może się zdarzyć!

płaszczyk

Następnie dwa hitowe wytwory recyklingowe, kombinowane ze starych dżinsów: torebka i kamizelka. Każda z nich miała swój czas, kiedy po prostu się z nią nie rozstawałam. Torba jest bardzo praktyczna i uniwersalna. Sprawdza się znakomicie i jest bardzo, bardzo pakowna. Wypadło mi co prawda jedno oczko z paska, ale poza tym jest nie do zajechania. Absolutnie niezniszczalna!

torebka dżinsowa

Kamizelka jest na mnie odrobinę zbyt obszerna - trochę schudłam - i rozważam usunięcie zapięcia. niestety wiąże się to ze zburzeniem tych wspaniałych stębnowań, które trzeba będzie po pruciu posztukować... Może lepiej znowu przytyć?

kamizelka dżinsowa

 Dwa żakiety udały mi się nad podziw i myślę, że Burda może pękać z dumy, bo to bardzo wystrzałowe modele. Kwiecisty zdarzyło mi się już zwężać po bokach i po tej ryzykownej operacji wciąż leży nienagannie. Jest bez podszewki i wcale mu jej nie brakuje. Tkanina nie zmieniła się po praniu, dobrze się prasuje, a przy tym niezbyt się gniecie. Wyglądam w nim znakomicie i wiosną znowu go odkurzę!

żakiet

 

Drugi poważniejszy, na podszewce i niestety wciąż bez zapięcia... wiedziałam, że tak będzie!  W tym sezonie postaram się wreszcie dodać mu guzik lub szamerunek. Nosze go na czarny top i wygląda bardzo szykownie. Linia ramion w tym modelu nieustannie mnie zachwyca.

marynarka

 Czas wspomnieć o karaluchach.

siatka na zakupy

Uszyłam dwie siaty, po jednaj dla siebie i Krisa. Jednak Kris swojej używał nieprzesadnie, a ja swoją oszczędzałam obsesyjnie, więc... ukradłam karaluchy Krisowi i po prostu zakupów sobie bez nich nie wyobrażam. Siata jest ogromna i mimo, że napełniam ją codziennie po brzegi, trzyma się dzielnie. Ta druga mieści wszystkie nasze książki z biblioteki i ubóstwiam je obie. Po równo!

 Sporą grupę pokazanych na brummBLOGu prac stanowią kosmetyczki, śniadaniówki i inne organizery. Większość z nich świetnie spełnia swoje funkcje, a wiele jest eksploatowanych nieustannie i bezlitośnie. Na przykład kredkownik, który wciąż wzbudza podziw i zazdrość, a tylko lekko pofałdował się w gumkach i troszkę sponiewierał na ceracie. Jest bardzo wygodny i praktyczny, więc szykuję się właśnie do szycia kolejnego... dla siebie.

piórnik

Kosmetyczki niezastąpione w podróży. Jestem do nich bardzo przywiązana. Te dwie ze zdjęcia, to przedstawicielki całej gromady przyborniczek, które wciąż mam i używam. Trzymają się mężnie i nie dają mi pretekstu do szycia nowych.

kosmetyczki

 No i śniadaniówki, które są dla mnie absolutnym hitem. Codzienne szykowanie trzech drugich śniadań, tuż po podaniu czterech pierwszych, jest z nimi dużo łatwiejsze. Nawet nie umiem sobie wyobrazić ciemnych, zimnych listopadowych poranków bez ich pomocy. Mimo, iż staram się je mieć zawsze na podorędziu ostatnio jedna mi zaginęła... Po dwóch śniadaniach pilnie szyłam nową. Wkrótce ją pokażę. Jest wypasiona!

śniadaniówka

 I jeszcze zerówkowy plecaczek Igi, który ciężko się szył, ale za to odwdzięczył się, jak umiał i nie tylko przeżył cały rok szkolny, ale do dziś towarzyszy Małej na wycieczkach, piknikach i innych wyprawach. Trochę się sponiewierał i wymagał drobnych napraw, ale jestem z niego bardzo dumna. Zuch plecak!

plecak

 Zupełnie na koniec ubrania Igi. To trudna kategoria i niełatwo w niej o wyróżnienie. Trzeba wytrzymać tysiąc prań, prasowań i miliony niebezpiecznych sytuacji pocierania, tarzania, przeciągania, zginania i prostowania. Kilka rzeczy zniosło to nad podziw mężnie i wciąż są niestrudzenie poniewierane, na przykład spodnie z sercami, którym już trzykrotnie wzdłużałam nogawki. Dżins lekko się sprał, ale jest nie do zdarcia. Lubię to!

dżinsy

I płaszczyk, noszony już przez cały sezon. Iga wygląda w nim uroczo, on wygląda na niej prześlicznie... razem wzbudzają powszechny zachwyt. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad ponownym wykorzystaniem tego fasonu, który z upływem czasu i mnie coraz bardziej się podoba. Jedynym mankamentem jest zapięcie... często mam problem z trafieniem odpowiednią dziurką na adekwatny guzik. 

płaszczyk

Och! troszkę się wzruszyłam tym wspominkowym wpisem i grzebaniem w odmętach bloga. Może i ja uronię jedną łezkę od gapienia się uporczywie przez dwie godziny w monitor? Kto wie. Moi drodzy czytelnicy, wiele już wspólnie przeszliśmy, a przecież wiecie, że nie zamierzam zamilknąć i wiele jeszcze przed nami! Myślę, że po tej zapowiedzi i Wy uronicie łzę.

PS Ja: Mam straszną ochotę na pączka! Co ja mam z tymi pączkami? ; Kris: "Może ci brakuje witaminy Pą?

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci