Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Mimozami jesień się zaczyna...

brummblogging

...tak jasne... mimozami, od razu... akurat, chyba ty! Każdy, kto choć przez chwilę był matką wie, że jesień się zaczyna pierwszymi wrześniami, roku początkami, worków szyciami i wywiadówkami. Potem długo, długo nic i dopiero jedna, obsikana przez osiedlowe psy i słońcem wrześniowym upalona, mimoza. Pamiętacie akcję? otóż w tym roku wszystkie moje dzieci trafiły odpowiedniego dnia, o akuratnej godzinie, do adekwatnych placówek i były na dodatek w stosownych ubraniach! Ha! i już, już chciałam odtrąbić organizacyjny sukces i wyszyć sobie na tiszercie stara, ale jara, gdy się zorientowałam, że przegapiłam zapisy do pierwszej komunii... W związku z tym muszę się jakoś umówić z proboszczem na solo i nie powiem, obawiam się, że poświęci mi zbyt wiele swojej świątobliwej uwagi...

 W temacie szkoły, to Iga w tym roku nie ma żadnej poważnej misji, poza utrzymaniem się na powierzchni. Za to Marcel... O! Marcel wyobraźcie sobie, na wyraźne polecenie Pani minister Zalewskiej, poszedł w y g a s z a ć gimnazjum! W nagrodę za dobrze wykonane zadanie, w liceum spotka się ze swoimi kolegami z ósmej klasy szkoły powszechnej i będą siedzieć po 2 na jednym krześle, po 4 w ławce i po 60 w klasie. Żeby było śmieszniej, to tę szkołę powszechną, w przyszłym roku, zainicjuje Iga*, która pójdzie do zinfantylizowanej czwartej klasy, z nauczycielami nauczania początkowego, którzy zamiast uczyć przyrody, historii, muzyki, informatyki itd. przeprowadzą propedeutykę nauczania przedmiotowego. Niezłe combo?.. to teraz niech ktoś odczyta apel smoleński.

*Iga to jest w ogóle ofiara systemu. Najpierw objęła ją reforma, potem odwołano reformę; zaczynała w szkole podstawowej, a skończy szkołę powszechną, ominie ją bal gimnazjalny, na który bardzo się szykowała i o kolejny rok wcześniej pójdzie do liceum, gdzie przystąpi do egzaminu maturalnego, który będzie mniej testowy, z za to bardziej prestiżowy. Na szczęście, jeśli będzie niezadowolona z wyników, będzie mogła się odwołać do KAE. Oczywiście minister n a u k i pan Gowin też szykuje dla niej niespodzianki i zabiera się za gruntowną reformę szkolnictwa wyższego...

 Wracając do szycia, gdyż bliższa ciału koszula, to naturalnie dziergałam te wszystkie piórniczki i woreczki, a nawet jedną śniadaniówkę i w dodatku - będzie perwersyjnie, niech dzieci przejdą do następnego akapitu - sprawiło mi to ogromną przyjemność! Może dlatego, że kupiłam na wyprzedaży w IKEA fantastycznie tanią i bardzo ładną bawełnę z brokułem i ciachałam ją zupełnie swobodnie i bez wyrzutów sumienia?

worek na kapcie

Easy-peasy, trzy i pół szwu plus sznurek. Worek jest duży i mieszczą się w nim swobodnie buty w rozmiarze 37... nie pytajcie mnie, jak to możliwe. Taki sam rozmiar obuwia ma Pani Jola, więc Iga może już pożyczać szpilki od swojej wychowawczyni.

piórnik, śniadaniówka

 Śniadaniówka o nowych proporcjach, nie upycham już do niej bidonu i piórnik o standardowych wymiarach, bo kredka to kredka. Wszystko podkleiłam grubym sztywnikiem i doskonale trzyma formę. Piórnik wykończony zielonym ortalionem, śniadaniówka masywną ceratą. Wewnątrz kieszonka na smakołyk lub niespodziankę.

śniadaniówka

Cały zestaw prezentuje się imponująco! sprawdzi się i w podstawówce i szkole powszechnej. Buty należy zmieniać, ołówki ostrzyć i drugie śniadanie jeść. Tego nie zmieni żadna reforma. 

piórnik

Żeby Marcel mógł godnie wygaszać, też dostał piórnik, a nawet dwa. Jeden normalny, a drugi ulgowy... heheszki... nie, drugi artystyczny, gdyż wydaje się, że trafił na pana od plasty z tak zwanym zacięciem i już po pierwszej lekcji zaopatrzył się w komplet profesjonalnych ołówków oraz gumkę chlebową. Na szczęście panu od muzyki chyba brak zacięcia, co oznacza, że nie będę w tym roku szyć pokrowca na fagot.

piórnik

 Wczoraj na zebraniu rady rodziców mianowałam się Sekretarzem Prezydium. Nominacja spotkała się z dobrym przyjęciem kworum i nawet z głębi sali podniosły się pojedyncze brawa, za odwagę. Postanowiłam, że będę sprytna jak Korwin w Parlamencie UE i rozwalę ten system od środka. Taka działalność dobroczynna.

PS Kuracja odmładzająca. Ja: Jestem stara i gruba. Iga: "Jesteś najpiękniejsza i najwspanialsza!" Ja: No...ale mogłabym być ze 20 lat młodsza... Iga: "...ale wtedy miałabyś 10!!!"

Schyłek.

brummblogging

 W Borach Tucholskich inwazja grzybów i krzyżaków. Te ostatnie kręcą metrowe pajęczyny gdzie popadnie, więc łatwo je zebrać - razem z tym całym obleśnym domostwem, rodziną i wczorajszą kolacją - na twarz. Fuuuj! Grzyby nie są aż tak przebiegłe, ale również nie odpuszczają i wyłażą gromadami wprost na drogę, byleby tylko dostać się do koszyczka. Lato się kończy. Na razie jednak będziemy udawać, że skądże, że nigdy w życiu i że jeszcze przez 18 dni plażing, leżing & smażing.

 W związku z tym, pokażę dziś sukienkę ledwo zakrywającą pośladki i nerkę w klimatach tropikalnych. Sukienka w bardzo prostym fasonie, idealna na lato, model 141 z Burdy 6/2014. Z tymi pośladkami to było niechcący, gdyż tabela rozmiarów kończy się na wzroście 140, a mimo iż wykrój powiększyłam i wzdłużyłam, to pośladki oczywiście wiedzą swoje!

sukienka

 Całe szczęście nadałam tej tubie kształt litery A! Gdyby nie to, pośladki nie tylko byłyby ledwie zakryte, ale przede wszystkim nie miałyby szansy opaść na krzesło. Jedyną ozdobą tego prostego fasonu są cudowne rękawki w kształcie płatków kwiatów. Niefortunnie podczas powiększania wykroju i one wpadły mi w ręce... teraz są trochę za duże i zbyt głęboko zachodzą... gdyby przynajmniej zachodziły na pośladki...

sukienka dziewczęca

W szwach bocznych umieściłam wpuszczane kieszenie, które nastębnowałam na przody. To jedna z tych krawieckich sztuczek, które zawsze sprawdzają się w nudnych fasonach. Ekscytujący detal ukryty w niezajmującym szwie i zagubiony w gąszczu kwiatów.

sukienka w kwiaty

 Nie martwię się szczególnie tymi pośladkami. Po pierwsze należą do Igi, a po wtóre zbyt kuse sukienki stają się po sezonie tunikami i doskonale się prezentują w towarzystwie getrów. To bardzo praktyczne, bo podobnież lato wkrótce się kończy? wiecie, ktoś znalazł dwie kurki w Borach, wpadł gębą w pajęczynę i od razu takie ponure plotki rozsiewa. Fuuuj!

 sukienka

Nerka do sukienki zupełnie nie pasuje, głównie z tego powodu, że dałam Małej swobodę wyboru tkaniny. W związku z tym, ta nerka w ogóle do niewielu outfitów pasuje, czym Iga się bynajmniej nie zraża i nosi ja zawzięcie. Do wszystkiego.

nerka, saszetka dziecięca

Uszyłam ją z tego samego wykroju, z którego szyłam swoją, ale bez dodatków na szwy. Podobnie jak poprzednio zwęziłam komorę główną i wydaje mi się, że poprawiłam proporcje. Tym razem przestębnowałam całość, przez wszystkie warstwy pionowo, po linii doszycia części bocznych; ograniczając w ten sposób główną część nerki i odcinając dostęp do niewykończonych szwów. To trochę ułatwiło mi pracę na domowej maszynie, która niechętnie szyje dużo warstw tkaniny.

 nerka, saszetka, nerka dziecięca

Lato w pełnym rozkwicie! a, że tam jakieś krzyżaki i grzyby... ja nie dam sobie odebrać tych 18 dni i będę szła w zaparte, choćby wiało, lało i termometr pokazywał 16 stopni... jak dziś. I nie odpuszczę nawet, kiedy zacznie się ściemniać o 19.30!

 PS Iga: "Karolina mówi, że chciałaby mieć takiego tatę jak ja, który się na wszystko zgadza." po chwili namysłu dodaje od siebie: "No, prawie na wszystko... tak do 50zł..." 

Nerka.

brummblogging

No, to uszyłam sobie nerkę! Długo się przed tym wzdragałam, głównie spoglądając na gotowe wykroje, składające się ze zbyt wielu, zbyt małych i zupełnie niepasujących do siebie kawałeczków. Plus zameczek i to wszystko jeszcze wykończone podszeweczką, która składa się z tych samych kawałeczków, tak samo małych i podobnie niepasujących.

Próbowałam się przełamać, studiując dostępne w sieci tutoriale, ale moja niechęć tylko się pogłębiała. Analizowałam zdjęcia i opisy, wciąż nie ogarniając, jak do cholery te wszystkie niepasujące kawałeczki... W końcu uznałam, że mam jakiś mankament, brak  mi odpowiedniego receptora, względnie dysponuję jakąś genetyczną fiksacją i w tym miejscu, gdzie wszyscy mają opcję: rozumienie krawieckich tutoriali ja mam tylko wielką, czarną dziurę w DNA. 

Na swoje nieszczęście mam już jedną, kupną* saszetkę i wiem doskonale, czym to pachnie - akurat aktualnie to najbardziej wędzonką, bo przechowuję w niej psie smakołyki - otóż pachnie komfortem i wygodą mienia przy sobie, zawsze i wszędzie swoich ukochanych itemków: telefonu do fotografowania, obiektywu do makro, chusteczki do nosa i klucza do drzwi. W bocznej kieszonce mieszczą się jeszcze: woreczki do kupki i suszona pierś kaczki do wabienia psa...  m a g i a!

 * nie, nie wstyd mi wcale! patrz akapit pierwszy.

No to uszyłam sobie nerkę! pobrałam gotowy wykrój i nawet, w pewnym sensie, skorzystałam z tutorialu. Z tego mianowicie torebka/saszetka/nerka szycie krok po kroku. Naturalnie moje rozumienie zatrzymało się na pierwszym zdjęciu przybory i akcesoria, dalej brnęłam po omacku, biegając w tę i wewtę od kompa do maszyny, porównując ilości i kształty swoich, autorskich kawałeczków do ichnich kawałeczków z monitora. 

nerka, saszetka, rękodzieło

Moja nerka, jak widać, to wersja deluxe. Słowem dałam z siebie wszystko, a nawet więcej, gdyż własnoręcznie uszyłam pasek. Wewnątrz, jakimś cudem, umieściłam wszystkie kawałeczki podszewki. W warstwie wierzchniej także niczego  nie zaniedbałam, a suwak ciąga się za mini chwościk. 

nerka, saszetka, rękodzieło

Proszę. Robi wrażenie nawet na mnie. Powiem Wam, że przydałaby się wewnątrz kieszonka, najlepiej na suwak, ale za żadne skarby nie chciałabym jej szyć, choć przydałaby się bardzo.

nerka, saszetka, rękodzieło

Krótko o tutorialu, czyli zajrzymy w zęby darowanemu koniowi, choć to nieelegancko. Niestety poszczególne elementy szablonu nie są jakoś przesadnie skrupulatnie opisane. Wiem, że mądrej głowie dość dwie słowie, ale a, b, c, a, c? może dałoby radę coś w stylu: przód, tył, klapa? a na bocznym kawałku mogłaby być nitka prosta, bo kręciłam nim pół godziny, jak Iga kalejdoskopem świnki Peppy i tak samo tępo się w niego gapiłam.

Oczywiście uwzględniłam dodatki na szwy, a następnie górną klapę mocno zmniejszyłam, po linii wszycia suwaka o 0,5cm, u nasady o 1cm i boczne elementy wszyłam o 2cm głebiej (nerka wydawała mi się bardzo wąska i długa), więc nie dziwi nikogo, że plecy nie pasowały do niczego i mocno je przemodelowałam.

Końca także nie można nazwać happyendem, gdyż kiedy zbliżamy się wreszcie do upragnionego finiszu, czyli ostatecznego wykończenia, dostajemy jak solonym śledziem w pysk taką wskazówkę: "Oczywiście pozostaje nam do estetycznego wykończenia zajęcie się szew w środku. Jego również wykończamy np.: lamówką." i gapimy się tępo w ekran i trzymamy w spoconych palcach ten ostatni kawałek podszewki, który skroiliśmy w nadziei na piękne i estetyczne wykończenie naszej wypasionej nerki i czujemy się trochę... głupio. I musimy zajęcie się szew w środku jakoś wykończać samodzielnie.

nerka, saszetka, rękodzieło

 Osiągnęłam kształt prawie idealny. Nerka świetnie się prezentuje i ładnie leży tuż poniżej linii bioder. Jest bardzo lekka i ultra wygodna, a moje wszystkie itemki czują się w niej bezpiecznie i przytulnie. Czego chcieć więcej? chyba tylko następnej nerki... takiej bardziej sportowej i koniecznie z kieszonką na suwaczek, ha!

PS Iga: "Idę sobie włączyć bajki. Musze się trochę rozluzować!"

Święty Dominik patron naiwnych.

brummblogging

Czy orientujecie się, jakoby święty niejaki Dominik był męczennikiem? Przypuszczam, że srogim, bo to zacny patron mojej corocznej męczeńskiej pielgrzymki pomiędzy kramami z mydłem i powidłem, a także z chlebem i zesmalcem... Jarmark Dominikański! Impreza zaiste epicka! Rok po roku daję szansę tej nędzy i każdorazowo przekonuję się, że gdańską starówkę to ja lubię i owszem, ale w październiku i najlepiej wieczorkiem... kiedy śnieg z deszczem lekko zacina w twarz... nielicznym przechodniom. W czasie jarmarku nie urzeka mię wcale i nie łechce mnie magiczny nożyk, którym w 20 sekund można pokroić ćwierć tony kapusty w idealne paseczki, i nie jara mnie futrzana konfekcja z farbowanego jenota, a nawet nie jestem admiratorem pajdy ze smalcem. 

 Błąkam się w gąszczu straganów, gąszczu obcych kończyn, głów i nieswoich włosów. Marcel hejtuje cały świat. Co za męka. Snuję się od pajdy, do pajdy. Na każdym zakręcie czegoś odmawiam... a to gigantycznego, wypchanego śledzia za pięć dych, a to rękodzielniczej torebki z kotkiem, nawet bańkopistoletu. Odmawiam także owcy uszytej z używanego swetra... a wyobraźnia mi podpowiada kto, kiedy i jak bardzo go używał.... W odwecie dzieci odmawiają mi ciepłego pączka z czekoladą.

W końcu decyduję się na zakup jakiejś przaśnej pamiątki. Przez chwilę biję się z myślami, czy powiększyć oceaniczną wyspę śmieci, czy raczej ciąć puszczę? Ekodylemat rozwiązuje stragan z konfekcją drewnianą. Moją uwagę z miejsca przykuwają szczypce do wyciągania ogórów z beczki. Wykonuję próbne szczypanie, działają! Marcel wciąż wytrwale hejtuje cały świat, co i rusz ktoś mnie potrąca, znudzona sprzedawczyni jara fajkę. Szczypię dalej i odmawiam Idze kolejno: procy, dziadka do orzechów w kształcie grzybka i nienaturalnych rozmiarów kostki do gry. Marcel wybiera sobie drewniany nóż do masła ze zbyt spiczastym ostrzem i oddala się zawzięcie dźgając nim powietrze. 

Ostatecznie inwestuję w Igę 28 złociszów i kupuję niewielkich rozmiarów dream catcher'a. To trochę prezent i dla mnie, i dla Krisa, gdyż Mała przysięga na wszystkie swoje barbiaki, że dzięki niemu przestanie uporczywie wbijać się do naszego łóżka w środku nocy. Zobowiązuje się uroczyście mieć już tylko wesołe, tęczowe sny z miękkimi, puszystymi króliczkami w rolach głównych. Opłaca się. Żeby nie było, że jestem jakaś żyła, dzieciaki zżarły: owoce w czekoladzie, makaron ze spageciarni, odgrzewane frytki z czymś czerwonym, co miało udawać keczap i cukierki. Pochłonęłyby prawdopodobnie jeszcze lody, ale nie było sorbetów... uff! Ja natomiast nie zjadłam nawet złamanego pączka.

Oczywiście mogłabym się wystroić w moją nową maxi spódnicę w stylu Miami Vice, pogoda była sierpniowa i sprzyjająca, siedemnaście stopni i chłodny wiaterek, więc mogłabym, ale wybrałam wariant praktyczny. Za to spódnicę pokażę na brummBLOGu, prawie na to samo wychodzi, a przynajmniej nie uwalam jej sosem bolognese i nikt mi jej nie przydepnie. 

 spódnica maxi

Piękny, cienki, lejący ale mięsisty materiał wykorzystałam w całości. Podczas krojenia karczka niepotrzebnie sugerowałam się wykrojem z Burdy nr 7/2016; podczas układania części dolnej po prostu wykorzystałam całą - podwójną - szerokość tkaniny. Wyszło wspaniale i spódnica doskonale układa się na biodrach!

 spódnica

Karczek starannie odszyty na podszewce z błękitnego batystu, z tyłu zapinany na suwak. Niestety niezbyt starannie go obrzuciłam, gdyż planowałam zupełnie inne wykończenie... potem zrezygnowałam z wykończenia i wszystko w środku wygląda jak świeżo malowana kawalerka, z której jeszcze nie usunięto pędzli, puszek po farbie i drabiny.

spódnica maxi

Naturalnie wystąpił problem podszewkowy. Nie chciałam pogrubiać spódnicy, ale sto razy bardziej nie chciałam świecić tyłkiem. Po kilkudniowej walce, podpytywania domowników, ustawiania się pod światło i majtania nogami podszyłam ją jednak tym samym błękitnym batystem, który dałam w karczkach. Ma się rozumieć, że pogrubiłam spódnicę i ograniczyłam wentylację wewnątrz... to jednak niewysoka cena za spokój ducha.

spódnica

 Bardzo lubię bardzo długie spódnice, a trendy mi sprzyjają. Swoje dwie stare i tamtę też bardzo lubiłam i chętnie nosiłam, ale po kilku sezonach wymagają solidnego update w obwodach, więc leżą i czekają aż znowu przybiorę. Mając w czułej pamięci tego niebyłego, ciepłego pączka z nadzieniem czekoladowym mam nadzieję, że nieprędko to nastąpi. 

PS Marcel: " 756 Jarmark!!! nie do wiary! i ludzie wciąż na to chodzą???" ; "Ja, jak tylko będę mógł, od razu przestanę na to chodzić!!!"

Gooooooool!

brummblogging

Początki były trudne... zwłaszcza dla Krisa. Otóż obejrzałam mecz otwarcia i już w pierwszych sekundach pierwszej minuty przypomniałam sobie, że jestem przecież miłośnikiem futbolu, ekspertem od piłki nożnej i słynnym autorytetem w dziedzinie kopania. Ucieszyłam się i na następny mecz wyposażyłam się we wszystkie, znane mi, atrybuty kibica: chipsy, piwo i spory zasób szpetnych słów. Włączyłam jedynkę - nic, dwójkę - kabaretowy klub dwójki, oblazłam polsaty - gówno, przeczesałam kablówkę - zero! a ponieważ nie było pod ręką żadnego prezesa telewizji, natychmiast wsiadłam na Krisa, zużyłam w 30 sekund cały przyszykowany zapas słów obelżywych i wulgarnych, oraz się poryczałam.

Nie dość, że mnie nie zabrał na żaden velodrom, to nawet nie zadbał o transmisję na żywo? co za żal... Łzy jak wiadomo, działają na mężczyzn mobilizująco, więc Kris od razu wysupłał stówę dla Zygmunta niejakiego Solorza i jeszcze tego samego wieczora mogłam bez przeszkód leżeć na sofie, rozwijać swoją pasję i bez wyrzutów sumienia, żreć chipsy. Turniej zresztą okazał się znakomity, a Kris wyśmienicie ulokował swoje oszczędności. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to jego najlepiej wydana stówa w tym miesiącu, nie licząc moich zakupów na outlecie.

Jeśli chodzi o moje osobiste preferencje to Arkadiusz Milik. W sumie nie mam w tym temacie nic do dodania, bo albo Kris ocenzuruje to, sprawdzając mi interpunkcję albo, co gorsza, do końca życia zabroni mi oglądania meczy reprezentacji i niechcący potłucze rossmanowy kubeczek z Milikiem. Z innych statystyk to: najlepiej prezentujący się gracz reprezentacji polskiej - Milik, najlepiej prezentujący się gracz w ogóle - Milik, król piłki - Milik, najlepiej asystujący - Milik, najzgrabniej biegający - nie będzie niespodzianki - też Milik, najwięcej wszystkiego i najbardziej - Milik, najlepszy mecz - Milik, w spotkaniu Polska- Portugalia! najładniejszy kolor trykotów - miętowy! gracz, który najlepiej wyglądałby w miętowym - Milik, maskotka turnieju - Mmii... Ronaldo! jednak... rzutem na taśmę i spojrzeniem smutnego misia. Na drugim miejscu tuż za nim, rzecz jasna, Milik. Goooool!

Kolejna sytuacja, to szeroko pojęta kondycja naszej drużyny. Muszę przyznać, że w zamierzchłych czasach, gdy nie miałam pojęcia co to spalony i kiedy dyktuje się rzut rożny, oglądałam popisy naszych piłkarzy z nigdy niesłabnącym zażenowaniem. I bólem dupy, także niesłabnącym... nigdy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że biało-czerwoni zagrają na wielkim turnieju, w ćwierćfinale, z Portugalią! i że zagrają nie tylko bez kompleksów, ale jak równy z równym ( Milik - Ronaldo ) i będą biegać bez zadyszki do ostatniej sekundy, ostatniej minuty dogrywki, i że będzie 1:1* i będzie fantastyczne widowisko, i emocje nie do opisania, i duma, i Milik... gdyby mi ktoś to wszystko powiedział, to kazałabym mu solidnie jebnąć się w łeb. A tu proszę, taka niespodzianka i nawet łzę wzruszenia uroniłam nad rozczarowanym Fabiańskim... jedną... ale słoną.

* Bardzo się szykowałam na słynny kibicowski wyskok z fotela i nawet piwo umieściłam w bezpiecznej odległości, po czym pobiegłam do kuchni... w pierwszej minucie meczu pobiegłam, jak to matka, pokroić jakiegoś cholernego pomidora... i w tym czasie cała Polska... wykonała kibicowski wyskok z fotela... w drugiej minucie pierwszej połowy podczas, gdy ja kroiłam drugą połowę pomidora. Wykonałam więc tylko skok gula, brawurowy rzut nożem i karkołomny bieg... na powtórkę sytuacji bramkowej. Goooool!

Choć na wielkie wzruszenia - patrz akapit o Miliku - nie można już raczej liczyć, to euro trwa i piłka jest w grze! Jako ekspert mogę śmiało postawić tezę, że jeszcze wszystko może się zdarzyć, najpewniej wówczas, gdy Kris nie zaopatrzy mnie zawczasu w piwo i chipsy. Faworyta nie mam, jestem elastyczna i błyskawicznie dostosowuję się do sytuacji w turniejowej drabince. To oszczędza mi wielu rozczarowań i nerwów. Na dziś mam tylko jedno marzenie, żeby na zielonej, francuskiej murawie bezlitośnie rozwalcowano Portugalię. Goooool!

Ponieważ to blog szyciowy, a nie udziergałam ostatnio żadnej piłki, pokażę wiosenne i w ogóle już nieaktualne czapki i kominy. Uszyłam je trzy miesiące temu i pamiętam jak dziś, że odczuwałam wówczas coś na kształt zadowolenia. Kolory mocno energetyczne, chyba na przekór pogodzie, fasony proste, dzianiny bawełniane. Coś dla mamy i coś dla córki. Daję.

 

Powyżej dwuwarstwowy obfity komin i czapka z ćwiekami dla małej. Żółta dzianina jest mięsista i masywna, więc nakrycie głowy naprawdę piękne. Poniżej podobny zestaw dla dużej. Czapa z rulonem i koralowy komin.

 

 Jeśli chcecie nastraszyć sąsiadów, uszyjcie sobie wściekle żółtą czapkę i noście ją rano, koniecznie bez makijażu. Efekt Wooow! i stan przedzawałowy murowany.

 

Bananowa czapka typu smerfetka jest dużo bardziej twarzowa. W dodatku pasuje jak ulał do komina. Ozdobne guziczki sugerują przód, ale Iga dość luźno odnosi się do tej sugestii i kładzie ją jak leci.

 

 Na koniec moja czapeczka, która bardzo mi się podoba, ale której nie odważyłam się założyć. Nie umiem się do niej przekonać, miała być zwykła, na spacerek z psem, czy skok do żabki, a wyszła jakaś pojechana. Sama nie wiem, co z nią jest nie tak... naprawdę bardzo mi się podoba... tylko nie w zestawieniu z moją twarzą.

 

 PS

Iga: "Jutro na zastępstwo przyjdzie do nas pani Zgnilizna!"  po chwili: "...czy tam jakaś Glizda." 

Iga nazajutrz: "To nie była żadna Zgnilizna, ani Glizda, tylko pani Zielińska."

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci