Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Nerka.

brummblogging

No, to uszyłam sobie nerkę! Długo się przed tym wzdragałam, głównie spoglądając na gotowe wykroje, składające się ze zbyt wielu, zbyt małych i zupełnie niepasujących do siebie kawałeczków. Plus zameczek i to wszystko jeszcze wykończone podszeweczką, która składa się z tych samych kawałeczków, tak samo małych i podobnie niepasujących.

Próbowałam się przełamać, studiując dostępne w sieci tutoriale, ale moja niechęć tylko się pogłębiała. Analizowałam zdjęcia i opisy, wciąż nie ogarniając, jak do cholery te wszystkie niepasujące kawałeczki... W końcu uznałam, że mam jakiś mankament, brak  mi odpowiedniego receptora, względnie dysponuję jakąś genetyczną fiksacją i w tym miejscu, gdzie wszyscy mają opcję: rozumienie krawieckich tutoriali ja mam tylko wielką, czarną dziurę w DNA. 

Na swoje nieszczęście mam już jedną, kupną* saszetkę i wiem doskonale, czym to pachnie - akurat aktualnie to najbardziej wędzonką, bo przechowuję w niej psie smakołyki - otóż pachnie komfortem i wygodą mienia przy sobie, zawsze i wszędzie swoich ukochanych itemków: telefonu do fotografowania, obiektywu do makro, chusteczki do nosa i klucza do drzwi. W bocznej kieszonce mieszczą się jeszcze: woreczki do kupki i suszona pierś kaczki do wabienia psa...  m a g i a!

 * nie, nie wstyd mi wcale! patrz akapit pierwszy.

No to uszyłam sobie nerkę! pobrałam gotowy wykrój i nawet, w pewnym sensie, skorzystałam z tutorialu. Z tego mianowicie torebka/saszetka/nerka szycie krok po kroku. Naturalnie moje rozumienie zatrzymało się na pierwszym zdjęciu przybory i akcesoria, dalej brnęłam po omacku, biegając w tę i wewtę od kompa do maszyny, porównując ilości i kształty swoich, autorskich kawałeczków do ichnich kawałeczków z monitora. 

nerka, saszetka, rękodzieło

Moja nerka, jak widać, to wersja deluxe. Słowem dałam z siebie wszystko, a nawet więcej, gdyż własnoręcznie uszyłam pasek. Wewnątrz, jakimś cudem, umieściłam wszystkie kawałeczki podszewki. W warstwie wierzchniej także niczego  nie zaniedbałam, a suwak ciąga się za mini chwościk. 

nerka, saszetka, rękodzieło

Proszę. Robi wrażenie nawet na mnie. Powiem Wam, że przydałaby się wewnątrz kieszonka, najlepiej na suwak, ale za żadne skarby nie chciałabym jej szyć, choć przydałaby się bardzo.

nerka, saszetka, rękodzieło

Krótko o tutorialu, czyli zajrzymy w zęby darowanemu koniowi, choć to nieelegancko. Niestety poszczególne elementy szablonu nie są jakoś przesadnie skrupulatnie opisane. Wiem, że mądrej głowie dość dwie słowie, ale a, b, c, a, c? może dałoby radę coś w stylu: przód, tył, klapa? a na bocznym kawałku mogłaby być nitka prosta, bo kręciłam nim pół godziny, jak Iga kalejdoskopem świnki Peppy i tak samo tępo się w niego gapiłam.

Oczywiście uwzględniłam dodatki na szwy, a następnie górną klapę mocno zmniejszyłam, po linii wszycia suwaka o 0,5cm, u nasady o 1cm i boczne elementy wszyłam o 2cm głebiej (nerka wydawała mi się bardzo wąska i długa), więc nie dziwi nikogo, że plecy nie pasowały do niczego i mocno je przemodelowałam.

Końca także nie można nazwać happyendem, gdyż kiedy zbliżamy się wreszcie do upragnionego finiszu, czyli ostatecznego wykończenia, dostajemy jak solonym śledziem w pysk taką wskazówkę: "Oczywiście pozostaje nam do estetycznego wykończenia zajęcie się szew w środku. Jego również wykończamy np.: lamówką." i gapimy się tępo w ekran i trzymamy w spoconych palcach ten ostatni kawałek podszewki, który skroiliśmy w nadziei na piękne i estetyczne wykończenie naszej wypasionej nerki i czujemy się trochę... głupio. I musimy zajęcie się szew w środku jakoś wykończać samodzielnie.

nerka, saszetka, rękodzieło

 Osiągnęłam kształt prawie idealny. Nerka świetnie się prezentuje i ładnie leży tuż poniżej linii bioder. Jest bardzo lekka i ultra wygodna, a moje wszystkie itemki czują się w niej bezpiecznie i przytulnie. Czego chcieć więcej? chyba tylko następnej nerki... takiej bardziej sportowej i koniecznie z kieszonką na suwaczek, ha!

PS Iga: "Idę sobie włączyć bajki. Musze się trochę rozluzować!"

Święty Dominik patron naiwnych.

brummblogging

Czy orientujecie się, jakoby święty niejaki Dominik był męczennikiem? Przypuszczam, że srogim, bo to zacny patron mojej corocznej męczeńskiej pielgrzymki pomiędzy kramami z mydłem i powidłem, a także z chlebem i zesmalcem... Jarmark Dominikański! Impreza zaiste epicka! Rok po roku daję szansę tej nędzy i każdorazowo przekonuję się, że gdańską starówkę to ja lubię i owszem, ale w październiku i najlepiej wieczorkiem... kiedy śnieg z deszczem lekko zacina w twarz... nielicznym przechodniom. W czasie jarmarku nie urzeka mię wcale i nie łechce mnie magiczny nożyk, którym w 20 sekund można pokroić ćwierć tony kapusty w idealne paseczki, i nie jara mnie futrzana konfekcja z farbowanego jenota, a nawet nie jestem admiratorem pajdy ze smalcem. 

 Błąkam się w gąszczu straganów, gąszczu obcych kończyn, głów i nieswoich włosów. Marcel hejtuje cały świat. Co za męka. Snuję się od pajdy, do pajdy. Na każdym zakręcie czegoś odmawiam... a to gigantycznego, wypchanego śledzia za pięć dych, a to rękodzielniczej torebki z kotkiem, nawet bańkopistoletu. Odmawiam także owcy uszytej z używanego swetra... a wyobraźnia mi podpowiada kto, kiedy i jak bardzo go używał.... W odwecie dzieci odmawiają mi ciepłego pączka z czekoladą.

W końcu decyduję się na zakup jakiejś przaśnej pamiątki. Przez chwilę biję się z myślami, czy powiększyć oceaniczną wyspę śmieci, czy raczej ciąć puszczę? Ekodylemat rozwiązuje stragan z konfekcją drewnianą. Moją uwagę z miejsca przykuwają szczypce do wyciągania ogórów z beczki. Wykonuję próbne szczypanie, działają! Marcel wciąż wytrwale hejtuje cały świat, co i rusz ktoś mnie potrąca, znudzona sprzedawczyni jara fajkę. Szczypię dalej i odmawiam Idze kolejno: procy, dziadka do orzechów w kształcie grzybka i nienaturalnych rozmiarów kostki do gry. Marcel wybiera sobie drewniany nóż do masła ze zbyt spiczastym ostrzem i oddala się zawzięcie dźgając nim powietrze. 

Ostatecznie inwestuję w Igę 28 złociszów i kupuję niewielkich rozmiarów dream catcher'a. To trochę prezent i dla mnie, i dla Krisa, gdyż Mała przysięga na wszystkie swoje barbiaki, że dzięki niemu przestanie uporczywie wbijać się do naszego łóżka w środku nocy. Zobowiązuje się uroczyście mieć już tylko wesołe, tęczowe sny z miękkimi, puszystymi króliczkami w rolach głównych. Opłaca się. Żeby nie było, że jestem jakaś żyła, dzieciaki zżarły: owoce w czekoladzie, makaron ze spageciarni, odgrzewane frytki z czymś czerwonym, co miało udawać keczap i cukierki. Pochłonęłyby prawdopodobnie jeszcze lody, ale nie było sorbetów... uff! Ja natomiast nie zjadłam nawet złamanego pączka.

Oczywiście mogłabym się wystroić w moją nową maxi spódnicę w stylu Miami Vice, pogoda była sierpniowa i sprzyjająca, siedemnaście stopni i chłodny wiaterek, więc mogłabym, ale wybrałam wariant praktyczny. Za to spódnicę pokażę na brummBLOGu, prawie na to samo wychodzi, a przynajmniej nie uwalam jej sosem bolognese i nikt mi jej nie przydepnie. 

 spódnica maxi

Piękny, cienki, lejący ale mięsisty materiał wykorzystałam w całości. Podczas krojenia karczka niepotrzebnie sugerowałam się wykrojem z Burdy nr 7/2016; podczas układania części dolnej po prostu wykorzystałam całą - podwójną - szerokość tkaniny. Wyszło wspaniale i spódnica doskonale układa się na biodrach!

 spódnica

Karczek starannie odszyty na podszewce z błękitnego batystu, z tyłu zapinany na suwak. Niestety niezbyt starannie go obrzuciłam, gdyż planowałam zupełnie inne wykończenie... potem zrezygnowałam z wykończenia i wszystko w środku wygląda jak świeżo malowana kawalerka, z której jeszcze nie usunięto pędzli, puszek po farbie i drabiny.

spódnica maxi

Naturalnie wystąpił problem podszewkowy. Nie chciałam pogrubiać spódnicy, ale sto razy bardziej nie chciałam świecić tyłkiem. Po kilkudniowej walce, podpytywania domowników, ustawiania się pod światło i majtania nogami podszyłam ją jednak tym samym błękitnym batystem, który dałam w karczkach. Ma się rozumieć, że pogrubiłam spódnicę i ograniczyłam wentylację wewnątrz... to jednak niewysoka cena za spokój ducha.

spódnica

 Bardzo lubię bardzo długie spódnice, a trendy mi sprzyjają. Swoje dwie stare i tamtę też bardzo lubiłam i chętnie nosiłam, ale po kilku sezonach wymagają solidnego update w obwodach, więc leżą i czekają aż znowu przybiorę. Mając w czułej pamięci tego niebyłego, ciepłego pączka z nadzieniem czekoladowym mam nadzieję, że nieprędko to nastąpi. 

PS Marcel: " 756 Jarmark!!! nie do wiary! i ludzie wciąż na to chodzą???" ; "Ja, jak tylko będę mógł, od razu przestanę na to chodzić!!!"

Gooooooool!

brummblogging

Początki były trudne... zwłaszcza dla Krisa. Otóż obejrzałam mecz otwarcia i już w pierwszych sekundach pierwszej minuty przypomniałam sobie, że jestem przecież miłośnikiem futbolu, ekspertem od piłki nożnej i słynnym autorytetem w dziedzinie kopania. Ucieszyłam się i na następny mecz wyposażyłam się we wszystkie, znane mi, atrybuty kibica: chipsy, piwo i spory zasób szpetnych słów. Włączyłam jedynkę - nic, dwójkę - kabaretowy klub dwójki, oblazłam polsaty - gówno, przeczesałam kablówkę - zero! a ponieważ nie było pod ręką żadnego prezesa telewizji, natychmiast wsiadłam na Krisa, zużyłam w 30 sekund cały przyszykowany zapas słów obelżywych i wulgarnych, oraz się poryczałam.

Nie dość, że mnie nie zabrał na żaden velodrom, to nawet nie zadbał o transmisję na żywo? co za żal... Łzy jak wiadomo, działają na mężczyzn mobilizująco, więc Kris od razu wysupłał stówę dla Zygmunta niejakiego Solorza i jeszcze tego samego wieczora mogłam bez przeszkód leżeć na sofie, rozwijać swoją pasję i bez wyrzutów sumienia, żreć chipsy. Turniej zresztą okazał się znakomity, a Kris wyśmienicie ulokował swoje oszczędności. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to jego najlepiej wydana stówa w tym miesiącu, nie licząc moich zakupów na outlecie.

Jeśli chodzi o moje osobiste preferencje to Arkadiusz Milik. W sumie nie mam w tym temacie nic do dodania, bo albo Kris ocenzuruje to, sprawdzając mi interpunkcję albo, co gorsza, do końca życia zabroni mi oglądania meczy reprezentacji i niechcący potłucze rossmanowy kubeczek z Milikiem. Z innych statystyk to: najlepiej prezentujący się gracz reprezentacji polskiej - Milik, najlepiej prezentujący się gracz w ogóle - Milik, król piłki - Milik, najlepiej asystujący - Milik, najzgrabniej biegający - nie będzie niespodzianki - też Milik, najwięcej wszystkiego i najbardziej - Milik, najlepszy mecz - Milik, w spotkaniu Polska- Portugalia! najładniejszy kolor trykotów - miętowy! gracz, który najlepiej wyglądałby w miętowym - Milik, maskotka turnieju - Mmii... Ronaldo! jednak... rzutem na taśmę i spojrzeniem smutnego misia. Na drugim miejscu tuż za nim, rzecz jasna, Milik. Goooool!

Kolejna sytuacja, to szeroko pojęta kondycja naszej drużyny. Muszę przyznać, że w zamierzchłych czasach, gdy nie miałam pojęcia co to spalony i kiedy dyktuje się rzut rożny, oglądałam popisy naszych piłkarzy z nigdy niesłabnącym zażenowaniem. I bólem dupy, także niesłabnącym... nigdy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że biało-czerwoni zagrają na wielkim turnieju, w ćwierćfinale, z Portugalią! i że zagrają nie tylko bez kompleksów, ale jak równy z równym ( Milik - Ronaldo ) i będą biegać bez zadyszki do ostatniej sekundy, ostatniej minuty dogrywki, i że będzie 1:1* i będzie fantastyczne widowisko, i emocje nie do opisania, i duma, i Milik... gdyby mi ktoś to wszystko powiedział, to kazałabym mu solidnie jebnąć się w łeb. A tu proszę, taka niespodzianka i nawet łzę wzruszenia uroniłam nad rozczarowanym Fabiańskim... jedną... ale słoną.

* Bardzo się szykowałam na słynny kibicowski wyskok z fotela i nawet piwo umieściłam w bezpiecznej odległości, po czym pobiegłam do kuchni... w pierwszej minucie meczu pobiegłam, jak to matka, pokroić jakiegoś cholernego pomidora... i w tym czasie cała Polska... wykonała kibicowski wyskok z fotela... w drugiej minucie pierwszej połowy podczas, gdy ja kroiłam drugą połowę pomidora. Wykonałam więc tylko skok gula, brawurowy rzut nożem i karkołomny bieg... na powtórkę sytuacji bramkowej. Goooool!

Choć na wielkie wzruszenia - patrz akapit o Miliku - nie można już raczej liczyć, to euro trwa i piłka jest w grze! Jako ekspert mogę śmiało postawić tezę, że jeszcze wszystko może się zdarzyć, najpewniej wówczas, gdy Kris nie zaopatrzy mnie zawczasu w piwo i chipsy. Faworyta nie mam, jestem elastyczna i błyskawicznie dostosowuję się do sytuacji w turniejowej drabince. To oszczędza mi wielu rozczarowań i nerwów. Na dziś mam tylko jedno marzenie, żeby na zielonej, francuskiej murawie bezlitośnie rozwalcowano Portugalię. Goooool!

Ponieważ to blog szyciowy, a nie udziergałam ostatnio żadnej piłki, pokażę wiosenne i w ogóle już nieaktualne czapki i kominy. Uszyłam je trzy miesiące temu i pamiętam jak dziś, że odczuwałam wówczas coś na kształt zadowolenia. Kolory mocno energetyczne, chyba na przekór pogodzie, fasony proste, dzianiny bawełniane. Coś dla mamy i coś dla córki. Daję.

 

Powyżej dwuwarstwowy obfity komin i czapka z ćwiekami dla małej. Żółta dzianina jest mięsista i masywna, więc nakrycie głowy naprawdę piękne. Poniżej podobny zestaw dla dużej. Czapa z rulonem i koralowy komin.

 

 Jeśli chcecie nastraszyć sąsiadów, uszyjcie sobie wściekle żółtą czapkę i noście ją rano, koniecznie bez makijażu. Efekt Wooow! i stan przedzawałowy murowany.

 

Bananowa czapka typu smerfetka jest dużo bardziej twarzowa. W dodatku pasuje jak ulał do komina. Ozdobne guziczki sugerują przód, ale Iga dość luźno odnosi się do tej sugestii i kładzie ją jak leci.

 

 Na koniec moja czapeczka, która bardzo mi się podoba, ale której nie odważyłam się założyć. Nie umiem się do niej przekonać, miała być zwykła, na spacerek z psem, czy skok do żabki, a wyszła jakaś pojechana. Sama nie wiem, co z nią jest nie tak... naprawdę bardzo mi się podoba... tylko nie w zestawieniu z moją twarzą.

 

 PS

Iga: "Jutro na zastępstwo przyjdzie do nas pani Zgnilizna!"  po chwili: "...czy tam jakaś Glizda." 

Iga nazajutrz: "To nie była żadna Zgnilizna, ani Glizda, tylko pani Zielińska."

Złodzieje.

brummblogging

To nie jest kraj dla starych ludzi, mówię Wam. Im dłużej żyję, tym dotkliwiej to odczuwam. Weźmy na przykład takie świętowanie po polsku. Dwa tygodnie haruję, sprzątam, myję, piorę, pucuję. Biegam z siatami. Nie dosypiam i nie dojadam, aż tu nagle bum, bach, bęc dwa dni siedzenia, bez ruchu, przy stole i  żarcia! Przeciążenia żurem i jajem na twardo są gigantyczne! To może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy organizm. Ja pękam w szwach i puszczam na łączeniach.

Na dodatek różne święta następują po sobie zbyt często. Ledwie jakoś przeczołgałam się przez Boże Narodzenie, a tu już Zajączek przebiera nogami i bukszpan podśmierduje... cóż począć? Umyłam jakieś losowo wybrane okno, ukręciłam dwa niezbyt udane ciasta, zrobiłam dwie sałatki i przyczaiłam się w kąciku. Obok kotów... kurzu. I kiedy już się ucieszyłam, że wszystko dobrze się skończy i operacja się uda... pacjentowi się zmarło. Ukradli mi godzinę!!!

 Oczywiście o świcie mi ukradli i myśleli, że nie zauważę. Złodzieje! Od tamtej chwili nie dosypiam i podjadam bez przerwy. Kładę się za późno i wstaję przedwcześnie. Nic mi się nie chce, na nic nie mam siły. Jestem w ruinie. Jestem wrakiem, cieniem siebie sprzed zmiany czasu. Każdego dnia, przynajmniej pięć razy szukam tej bezcennej, skradzionej godziny, zawsze stwierdzając jej dotkliwy brak. Nie zdążam. Obiad podaję o 19.12 nawet, gdy tylko odgrzewam sajgonki. To przecież może wytrzymać tylko młody, silny i zdrowy... a ja nic z tych rzeczy i to już od dawna...

 Zanim mnie zaorali tą zmianą czasu, trochę poszyłam. Ponieważ jestem sama sobie sterem, żeglarzem i... zajączkiem naszykowałam dla siebie małą niespodziankę: serwetę, bieżnik i serwetki. Trzęsłam się, jak świąteczna galareta krajając tę piękną tkaninę. Tłumaczyłam sobie, że zawsze mogę, z tego obrusa, uszyć coś zupełnie innego. Po świętach.

obrus z bawełny

Oczywiście nie, że dla siebie, pod prymulę, to po łebkach i byle jak. Skądże! Wszystkie rożki odszyte w uroczy i pracochłonny dzióbek. Całość pięknie odprasowana i oczywiście, kiedy tak drżałam nad tą tkaniną, to mi się żelazko zerzygało na bieżnik i moje problemy z przewidywaną plamą po ćwikle zniknęły, jak ręką odjął. Przesłonięte tą plamą... jakby po kupie. Zaraz potem plasnęłam na środek rozkrojoną, czerwoną paprykę.

obrus

Nie wiem, czy kogoś może zainteresować wielkie zdjęcie dzióbka, choćby był nie wiem jak pracochłonny i uroczy. Trudno! mnie też nie interesuje czas letni, a mi zrobili i muszę się męczyć. Na oliwkowych serwetkach miały być frędzle, ale niestety poszły do frędzlowego nieba. Odeszły... nie dało się nijak szyć pojedynczej warstwy tej tkaniny. 

serweta bawełniana

 Jeszcze wcześniej, przed autozajączkiem, zainspirowana narzutką z sieciówki, skleciłam sobie żakiet ze śmietanowej dzianiny. Wykroju szukałam jak zwykle w Burdzie i poza tym bla, bla, bla też jak zwykle. Wybrałam model 120, z numeru 1/2014 nazwany Mocnym Wejściem... i coś w tym jest. Uwaga, daję!

 żakiet

Mocne? Po pierwsze, żakiet w oryginale ma paski. Cóż z tego powiecie sobie? to samo pomyślałam. Potem zaś skrupulatnie kopiowałam wykrój, wraz ze wszystkimi dziwnymi oznaczeniami, jakich w życiu, na żadnym żakiecie nie widziałam. Przestudiowawszy plątaninę kreseczek na wykroju uznałam, że to są chyba - eureka! - oznaczenia wysokości pasków... do niczego niepotrzebne ani mnie, ani mojej śmietanowej dzianinie. 

 żakiet

Żakiet miał mieć niewykończone szwy. No... i się zaczęło... ale, że kieszenie też? a kołnierzyk? a klapy? to się przecież nie godzi! a szwy tu i szwy tam? niemożliwe, także niewykończone? bez przesady! Na ostatek wszystko zostało elegancko poobrzucane, i oblamowane. 

żakiet z dzianiny

Poza tym skopiowałam rozmiar 42 i okazało się, że to jest naprawdę rozmiar 42! Skandal!!! W każdym razie mało brakowało, a w ogóle bym go na siebie nie naciągnęła. Całość zszyłam normalnie, ale rękawki... uuułaaa! rękawki musiałam popruć i połączyć samym owerlokiem, główki im trochę poprzycinać i podkroje lekko pogłębić. Się działo, mówię Wam.

 żakiet z dresówki

Tradycyjnie już w żakiecie brak zapięcia... po tym mnie poznacie. Wciąż nie mogę się zdecydować, ani na guziki, ani na kołki, ani na zatrzaski. Zresztą, po komentarzach na FB, że to bardzo elegancki uniform dla pielęgniarki, jakoś straciłam cały impet twórczy i zawiesiłam go na kołku, w szafie. 

narzutka

W świąteczną niedzielę, kiedy zsynchronizowałam zegary i okazało się, że jestem spóźniona o godzinkę, szybciutko odnalazłam i szafę, i kołek, i żakiet. Narzuciłam go na biały trykot i wpadłam w zachwyt. Wszystko pięknie leży - no, może prócz jednowarstwowego kołnierzyka, który zbyt mocno naciągnęłam i ten akurat sterczy - świetnie się układa i w dodatku nikt, dosłownie nikt, przez całe przedpołudnie nie zawołał do mnie: siostro, basen! Jestem zachwycona. Sama sobie zaimponowałam, a nie jest to łatwe! Teraz czekam tylko, aż mi zwrócą moją zagrabioną godzinę. Niestety spodziewam się ją odzyskać dopiero jesienią. Dostanę ją wtedy, a jakże, i nie będę wiedziała co z nią począć. 

 PS Iga: "Ta bluza jest okropna!" ; Ja: Okropna? ; Iga: "Tak, okropna, jak koci wymiot!" Ja: Koci wymiot??? ; Iga: "Tak! jak koci wymiot z rękawami!"

Tornister.

brummblogging

Pamiętacie, jak się odgrażałam, że mam szafę wypchaną starymi, lekko używanymi dżinsami? No, to postanowiłam trochę bardziej ich użyć. Zaczęło się jak zwykle od natarczywej myśli, a skończyło na tornistrze. Wszystko, co zmieściło się pomiędzy w zasadzie nie jest warte relacjonowania na tak zacnym blogu, wobec tak szacownego grona czytelników... tyle dni... mękamamęka... 

tornister

 Żadna filozofia. Zarys projektu, taki bardziej szkic szkicu, więcej niż niechlujny, nabazgrałam w trzy sekundy. Co do szczegółów postanowiłam iść na żywioł i działać instynktownie. Niestety podczas kolejnych dni szycia wszystkie instynkty, jeden po drugim, mnie zawodziły, a intuicję szlag trafił. 

plecak z dżinsu

Przede wszystkim w trakcie roboty okazało się, że beznadziejny ze mnie kaletnik i nie mam pomysłu na zapięcie, kółek, ramek, karabińczyków, regulatorów... ani dobrych chęci... w ogóle nic nie mam, tylko ten nędzny szkic i znoszone wycieruchy. Zrobiłam niezbędne zakupy na allegro i żeby nie siedzieć cztery dni w oknie, czekając na listonosza, zaczęłam krążyć po mieszkaniu. Od śniadaniówki, co to się zagubiła i odnalazła, odcięłam klamerkę i praca się posunęła o trzy ściegi...

tornister

Od sponiewieranej smyczki urąbałam całkiem sensowny karabińczyk i znowu mogłam coś udziergać... 

 plecak

Następnie ogarnęły mnie wątpliwości okołopodszewkowe. Kolejny dzień spędziłam grzebiąc w szafie i pomrukując z niezadowolenia. W końcu zdecydowałam się na różyczki, które bardzo dobrze się spisały w kamizelce. Pamiętacie? Tutaj też wyglądają niezgorzej. Oczywiście wewnątrz odszyłam trzy kieszenie, a całość zapinana jest na suwak, co ogromnie utrudnia niepowołanym łapom niekontrolowane grzebanko. 

 tornister

Wreszcie zadziałała poczta i zjawił się pan liston. Mogłam umieścić w dnie plecaka te wspaniałe, srebrne, tłuste pukle! Zazwyczaj taki dodatek oznacza pełen profesjonalizm... Nie u mnie, gdyż kiedy poczta wreszcie zadziałała, plecak miał już wszytą podszewkę, więc wewnątrz mam teraz cztery pęczki niezbyt fachowo wyglądających i sterczących drutów...

 tornister

Regulatory szelek regulują bez zakłóceń. Całe szczęście, bo kolejne przeciwności mogłyby mnie po prostu wykończyć.

 tornister

Po takiej męce twórczej mam wobec tego plecaka wiele oczekiwań. Zamierzam go eksploatować nieustannie i bez opamiętania. Wypychać go będę bidonami i prowiantem. Czapkami i okularami. A na górę wcisnę dwie książki! Będę korzystać z każdej kieszonki i zajeżdżę suwak na śmierć. Zemszczę się! Niech się tylko ociepli, wyruszam na wycieczkę.

PS Ja w desperacji: Gówno, dupa, gówno! ; Marcel: "Hehehe! hehehe! a co ci się dzisiaj zebrało na takie gimnazjalne żarty mamusiu?"

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci