Menu

BrummBLOGGing

Grubymi nićmi szycie...

Z metra cięte.

brummblogging

Zajączki moje uchate! jak to miło dla Was znowu pisać!

Otóż u mnie wszystko po staremu. Do świąt się szczęśliwie doczołgałam i zdążyłam z wegańskim, bezglutenowym mazurkiem akurat przed rezurekcją. Niestety okien nie zdążyłam pomyć, co się właściwie całkiem dobrze złożyło, gdyż nie widać przez nie tej całej pogodowej mizeroty i śniegu na forsycji. Mogę sobie spokojnie przeżuwać suszone ananasy i udawać, że mamy wiosnę.

Niefortunnie tak się ostatnio składa, że nic kompletnie nie szyję. To drobny kłopot w przypadku, gdy się prowadzi szyciowego bloga. Choćbym pisała lepiej, niż nobliwe noblistki,  to postu nie zagadam, ani nie zapiszam. Dlatego grzebiąc w odmętach zasobów na dyskach, odnalazłam marne, po ciemku robione, fotki torbiszcza. 

Tkaninę, w obłędnej ilości jednego metra bieżącego, kupiłam na allegro i od razu zaczęłam się odgrażać na instagramie co to ja z niego nie nawyczyniam. A, że wielką torbę, i listonoszkę, i jeszcze nerkę, i nic nie szkodzi, że to tylko metr, bo ja jestem taka zdolna! niesłychanie... Żeby było dziesięć razy trudniej zaczęłam od końca, czyli od nerki, a jak przyszło do krojenia wielkiej torby, to dysponowałam tylko niewielkim kawałkiem tkaniny. 

torba miejska

Wzięłam więc tę pozostałość tkaniny, zszyłam boki i powstała torba. 

 torba

 Piękny, beżowy skaj dodałam z konieczności na uchach, a potem już pooooszłooo! i na rożki, i troczek, i na frędzle! Pasuje idealnie i mam nadzieję, że jest dobrej jakości. Na razie skóra mu, na szczęście, nigdzie nie złazi.

torba diy

W środku kieszeń z krajką, kombinowana z resztek i druga, zapinana na suwaczek. Całość zapina się jeszcze na magnesik, którym za cholerę nie mogę trafić na miejsce, więc go z zemsty zaczęłam ignorować, a ten wariat z rozpaczy sam trafia na siebie! spontanicznie.

torba

Już po pierwszym spacerku wyszło, za przeproszeniem szydło z worka i okazało się, że z toreb na ramię to ja najbardziej lubię torby przez ramię. Taka funkcja bardzo się przydaje, kiedy się idzie z pieskiem, kartofelkami, dzieckiem, hulajnogą i nagle pojawi się problem sprzątania kupki... a po chwili niedługiej drugiej. Nie łatwo być dzielnicową elegantką z miejską torbą diy na ramieniu.

torba

Podsumowując praktyczne to to nie jest, ale efektowne, jak najbardziej i wrażenie robi. Największe chyba na mnie, przez wzgląd na to, że z metrowego kawałka taniej tkaniny wykroiłam nerkę, dużą listonoszkę i słuszne torbiszcze z chwostami. Aha! na śmierć zapomniałam. Guzik jest kompletnie od czapy, za to z aliexpress. Guzik polecam, robi robotę, za to ali... szkoda słów. Jest taka straszna klątwa rękodzielnika: ażebyś na aliexpress ugrzązł i guzików nakupił! tfu, trzy razy przez lewe ramię! to, na którym noszę torbiszcze. Oczywiście.

PS Ja: Marcel, dobrze ci radzę, zabieraj się za tę lekturę, bo jest gruba i męcząca. Marcel: "Sama jesteś gruba i męcząca!"

Jak Brumm torebkę kupuje.

brummblogging

Stara torba się była styrała i ma dziurki na rożkach. Na dodatek, pod wieloma względami nie była idealna, rozstaniemy się więc bez żalu. Sytuacja ta jednakowoż rodzi pewien problem, który w skrócie można nazwać niemieniem torby w ogóle. To z kolei pociąga za sobą cały łańcuch przykrych komplikacji życiowych. Tych ostatnich z całej siły staram się unikać, więc od razu postanawiam: muszę sobie kupić nową torbę.

Najsampierw przychodzi mi do głowy myśl, żeby chociaż raz kupić porządną i skórzaną, ale już po dwóch setnych sekundy robi mi się żal zwierzaka i skłaniam się ku tworzywom zwierzopodobnym. Chwilkę się zastanawiam, czy znam jakieś fajne sklepy, przypominam sobie, że unikam sklepów prawie tak samo, jak przykrych komplikacji życiowych, więc jadę na pobliski outlet. Tam znajduje się mój ulubiony sklep, który przemierzam nerwowo w poszukiwaniu torebki za 9.90. Nie ma. Postanawiam iść na kompromis 19.90. Nic. Napinam się, kalkuluję, macam się nerwowo po portfelu... no dobra, moje ostatnie słowo! 29.99, tyle co  za moją starą, która się styrała. Zero. Wracam do domu szczęśliwa, że zaoszczędziłam trochę kasy i staram się nie pamiętać o komplikacjach życiowych.

 W domu sięgam po piękny kawałek tkaniny, z której szyłam już sobie nerkę i kroję z czapy pokaźnych rozmiarów, prostą listonoszkę z klapą. Zszywam trochę tylko złorzecząc na zgrubieniach i mam. I powiem Wam w sekrecie, że tak jest prawie zawsze no chyba, że trafię na promocję promocji w przecenie i po obniżce sezonowej. Wówczas, bez wahania, decyduję się na kupno.

 torebka

Listonoszka z klapą ma wymiary 33x30 i głębokość 8cm. Tkaninę wzmocniłam fizeliną i tylko chwilę walczyła w mojej głowie fizelina ze sztywnikiem i dobrze, że wygrała gdyż możliwe, iż sztywnik wygrałby ostatecznie (zwłaszcza na zgrubieniach) z Janome, a tego byśmy nie chcieli, bo to pociągnęłoby za sobą porażkę krawcowej i  cały łańcuch przykrych komplikacji życiowych.

torebka

Klapa zamyka się na magnes, a te perwersyjne pompony są tylko jej ozdobą. Podobnie jak liście, które są równie perwersyjne i gdyby nie to, że zawsze pragnę zaimponować moim czytelnikom płci obojga, to nigdy w życiu bym się na takie wygibasy nie porywała.

torebka

Zbliżenie na wygibasy.

Liście i frędzle uszyłam z tej samej tkaniny, z której wykonałam woreczki walentynkowe. To naprawdę wyjątkowo przyjemne tworzywo. Dodatkowo brzegi liści pomalowałam farbą puchnącą, dzięki czemu na krawędziach nie widać białego sztywnika. Trochę mi przy tej robocie ręka drżała, ale i tak wyszło całkiem poprawnie.

torebka

Wewnątrz torebka wykończona jest sztywną, niebieską tkaniną, podobno wodoodporną (uwierzę, jak mi się bidon odkręci) i ma dwie duże kieszenie. Z tyłu, od zewnątrz, umieściłam jeszcze jedną kieszonkę, na przydasie moich dzieci i psa. Choć muszę przyznać, że z tej gromadki, to ze swoim wyposażeniem najgorzej ogarnia się pies i na przykład, jak zrobi kupę, to zawsze wymownie patrzy na mnie, czy zabrałam jego woreczki. 

torebka z tkaniny

Na razie jej nie noszę. Oszczędzam. Wiem, że to głupi nawyk, ale nie umiem się go pozbyć, więc póki co prowadzam się z moją starą torbą, styraną i dziurawą na rożkach, a tę tylko podziwiam skrycie. Wierzę, że wiosna zmobilizuje mnie do działań radykalnych i może odważę się ją nosić, a z tamtej zrobię... czy ja wiem, może marzannę!

 PS. Koszmarny sen. Iga: "Śniło mi się, że idziemy na obiad do Pana Dudy, ale żeby tam pójść, to na dwa tygodnie przed, przyszła do nas pani, uczyć nas dobrych manier. I te wszystkie widelce duże i małe, i te wszystkie łyżeczki do różnych deserów... i żeby nie mlaskać i żeby jeść malutkimi kęsami, i w żadnym razie nie mówić z pełnymi ustami. No i najważniejsze! nigdy nie kłaść kiełbasy na białym talerzu... bo po prostu śmierć!!! Mama... po co im te wszystkie widelce???"

Siateczkę?

brummblogging

Biorę udział w wydarzeniu Luty Bez Foliówek. Wiem... przecież wiem, że mamy już marzec, ale ja się nie zrażam i biorę udział. Niefortunnie jakoś nie mam do tej akcji głowy i najbardziej się w nią angażuję na FB. Na szczęście Fejsbuka jeszcze nie pakują w foliówki, więc idzie mi tam wyśmienicie. Za to na dzielni już dużo gorzej, bo jestem skupiona na podnoszeniu Igi na duchu, trzymania czapki na głowie i komina na twarzy, niezaplątywaniu się w smycz, kupieniu 4 marchewek, 2 pietruszek, 8 jabłek, 3 gruszek oraz podnoszeniu Igi na duchu. Foliówek już nie ogarniam i dopiero w domu oceniam bezmiar swojej porażki...

Mimo, że mam zawsze przy sobie siatę z karaluchem i zachowuję ekopozory, to wewnątrz... w środku... wstyd przyznać, ale tam, wśród marchewek i gruszek, mną się malowniczo i szeleszczą bezczelnie wielokolorowe, plastikowe odpady. Przeklęte siatki zrywki, wciskane mi namiętnie przez nadgorliwych sprzedawców dóbr wszelakich. Toteż wracam, rozpakowuję zakupy, zaglądam na FB, a tu patrzy na mnie z wyrzutem LutyBezFoliówek i grozi mi zielonym ekopaluszkiem. 

466 reklamówek przypada rocznie na jednego Polaka i muszę przyznać, że z łatwością wyrabiam tę niechlubną normę. Nie zostanę w najbliższym czasie Dunką (4 reklamówki rocznie), ani Finką ( tej wystarcza 5 siateczek), ani nawet Niemką, gdyż ta zużywa ich zaledwie 98 na rok! Okazuje się, że to ja, wędrując od zieleniaka do spożywczaka sprawię, że tego roku w UE zużyje się 100 miliardów reklamówek. I nie umiem sobie nawet tej ilości zwizualizować bez zaglądania do zasobnika, gdzie przechowuję swoją kolekcję siateczek.

Ze wstydu, poczucia odpowiedzialności i starej, bawełnianej, niebielonej surówki uszyłam worki i siatki. Niewielkie, żeby mieściły się do tej z karaluchem. Na razie są bardzo ładne, ale postanowiłam nie mieć dla nich litości. Zaraz ich napcham do torby i siaty, a wszelkiej maści warzywa będę do nich ładować bez wahania! i nie pytajcie mnie o kiszoną kapustę!

eko siatka

Wymiary 43x33cm i krótkie, wygodne ucha. Szycie najprostsze z możliwych, żadnych fanaberii, bo potem żal używać i strach buraki kupować. Jedyną ekstrawagancją jest duża kieszeń, do której planuję pakować foliówki ze swojej domowej kolekcji i w ramach ekopokuty, używać ich po wielokroć. 

siatka z bawełny

Piórka malowałam przez szablony, czarną farbą akrylową. Z pewnością nie puści, gdyż palec, który sobie nią nieostrożnie ubabrałam był czarny przez 14 dni i 14 nocy, a paznokieć to nawet dłużej.

woreczek na zakupy

Pieczywo planuję kupować niekrojone. Nóż w domu mam, więc jakoś te pajdy ogarnę. Dzięki temu uniknę foliowego worka na chleb, zaklejonego irytującą banderolą i reklamówki. Zyskam po trzykroć! Bochen, także malowany przez szablon, tymże czarnym akrylem.

siatka ekologiczna

Cały urobek. Wygląda imponująco nieprawdaż? Kris przyglądał się temu sceptycznie, sapał, cmokał i w końcu zapytał o... kiszoną kapustę... Dobra, dobra! trudno, kapustę będę brać w folii, ale ponieważ nie gotuję bigosu codziennie, być może w tym roku zmieszczę się w średniej unijnej, która wynosi 198 reklamówek na osobę rocznie? a jak się bardzo postaram to może doścignę jakąś Helgę?

siatka, torba, eko siatka

Niniejszym rozciągam akcję LutyBezFoliówek na marzec, kwiecień i listopad, a jak się wciągnę, to nawet na grudzień - uwaga bigos! Jestem uzbrojona i niebezpieczna dla przemysłu opakowań jednorazowych i torebek z folii PP, PE, CAST, OPP, CPP. Nie znoszę śmieci i Was również do tego zachęcam, może niedługo wszystkie zostaniemy Dunkami?

 PS Kris: Pamiętaj, nie ma wyrazów, które mają na końcu samo "h". Oprócz druha oczywiście." ; Iga: "Ale druha ma na końcu "a"."

Święty Walenty.

brummblogging

W tym roku postanowiłyśmy z Igą świętować Dzień Zakochanych w niedzielę. Pomysł był idiotyczny, gdyż koniec końców tegoroczne Walentynki trwały u nas tyle, co porządne wiejskie wesele... wraz z poprawinami. Jestem już do szczętu wyczerpana tą miłością i czekam z utęsknieniem na tłusty czwartek. Zeżrę pączka, dostanę zgagi i po święcie.

Prócz wymiany serdeczności i zalewu słodyczy, obdarowaliśmy się również upominkami. W gronie najbliższej rodziny, bez obawy o blamaż, można się swobodnie obdzielać rękodziełem wszelkiej maści. Im mniej udane, tym w zasadzie lepiej... więcej czułej troski otrzymuje się w zamian. Ja i Iga wymieniłyśmy się zawieszkami z masy samoutwardzalnej. Niespodzianki nie było, gdyż robiłyśmy je w kooperacji.

Za to ja sama, w największym sekrecie, ani pary z gęby i tajne przez poufne, szyłam tegoroczne prezenty już w ubiegłym tygodniu. Wykorzystałam kawałek bardzo fajnej cienkiej, gniecionej i miękkiej sztucznej skóry. Bardzo przydał się sprzęt do zadań specjalnych: teflonowa stopka i igła do skóry. Bez takich udogodnień ani rusz. Dosłownie. 

Dla Marcela uszyłam podróżny woreczek na drobiazgi. 

woreczek

Woreczek zamyka się na troczki i stoper. Końcówki troczków zwieńczone są uroczymi pędzelkami. Wewnątrz podszyłam pasek z karabińczykiem, na drobiazgi, które się gubią. Na zewnątrz kieszonka na drobiazgi, które muszą być zawsze pod ręką. 

sakiewka

Widać, że materiał jest uroczy i ma duży potencjał. Świetnie stabilizuje go podszewka, wykonana ze sztywnej, wodoodpornej tkaniny.

saszetka

Dla Igi uszyłam etuj na lornetkę i latarkę. Te dwa przedmioty giną jej bezustannie i nigdy nie ma ich na podorędziu, na przykład ciemną nocą nad jeziorkiem, albo w biały dzień w lesie, kiedy akurat przemknie rącza sarna. Najwyższy czas, żeby zdyscyplinować Igę i jej wycieczkowe wyposażenie.

saszetka, torebka

Spostrzegawczy czytelnik zwrócił uwagę na tematyczny dekor na klapie, stosowny do okoliczności, jak również na breloczek. Naprawdę całkiem zgrabnie mi to wyszło, choć trochę się sponiewierałam wszywając podszewkę... do bardzo małej dziurki chciałam zmieścić stopkę maszyny, dwa palce od prawej ręki i jeden od lewej... i zajrzeć. Niestety wcisnęłam tylko stopkę i szyłam bezdotykowo i bezwzrokowo. Nie polecam!

sakiewka

Dla Krisa uszyłam ekskluzywną sakiewkę. Zamyka się bardzo elegancko, przez plątanie długiego troczka. W komplecie breloczek w kształcie serca. Nie uwierzycie, ale tamte serca wciąż wyglądają dobrze i trzymają się znakomicie. Na pewno lepiej niż moje anatomiczne, które się telepie zupełnie bez potrzeby.

Dla siebie, w ramach miłości własnej i dogadzania samej sobie, uszyłam duży zasobnik na przydasie. Ma okrągłe dno, przestronną komorę główną i wszędzie kieszenie. Wewnątrz ta sama, bardzo sztywna i wodoodporna tkanina. To ona sprawia, że wór pręży się dumnie i trzyma się w pionie.

worek

Worek zaciąga się na troki, oczywiście zakończone wspaniałymi pomponami. Na kieszeniach ma ćwieki, u góry oczka i pętelkę do wygodnego przenoszenia.

zasobnik

 Wszyscy obdarowani Walentynkami z eko skóry są zadowoleni umiarkowanie, prócz mnie, która wprost szaleję z zachwytu i Igi, która omdlewa z miłości. Co prawda pani w szkole powiedziała, że Iga jest jeszcze za mała na miłość i może najwyżej obchodzić dzień Świętego Walentego, patrona nerwowo chorych, jednak ona się nie poddaje i kocha nas na zabój. My ją z resztą również, bez względu na wiek. I wolimy nie przyznawać się do tego przed panią, bo może nam powie, że jesteśmy już na to zbyt starzy? 

PS Marcel: "Ksiądz jest chory." ; Iga: "Ksiądz jest chory??? ale ekstra! Jezus go uzdrowi!!!"

Chce mi się szyć.

brummblogging

Strasznie mi się chce szyć. Strasznie! Tylko nie wiem, co mi się chce. Z pewnością nie jest to ani 171, ani 172 para spodni dla Igi. Wyzwań mi się chce i przygód, a nie spodni. Nowe tkaniny kupiłam na allegro, zrobiłam zapas nici na 60 lat i straszne chcenie jeszcze się we mnie wzmogło i tylko te spodnie stoją mi na drodze. Poprzecznie.

No to szast-prast skopiowałam wykrój z Ottobre, pociachałam jakieś bawełny z zapasów, jakie to szczęście, że w temacie tekstyliów jestem tak niewypowiedzianie zapobiegliwa i bez zwłoki udziergałam te portki. Tak zrobiłam, co do joty! Spodnie leżą kapitalnie i całkiem możliwe, że będę musiała znowu uszyć coś ze starej, dobrej Burdy, bo z tego nowego czasopisma to ja nie wycisnę żadnej dramaturgii. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie zwinąć brummBLOGGa i wyjechać do San Escobar. 

spodnie młodzieżowe

 Ottobre dla dzieci 6/2015, model nr 30, wzrost 158. Na zdjęciu w żurnalu wydają się wąskie, więc trochę poszerzyłam nogawki. Mając w czułej pamięci swoje przygody z Burdą i to, że spodnie zawsze sięgają Małej do 2/3 pośladka, dodałam też conieco w pośladku. No i nie zgadniecie! niepotrzebnie się tak namęczyłam, bo spodnie i bez tego sięgają dopokąd trzeba, czyli pod pachy. Radość Igi i me zdumienie nie miały granic.

spodnie młodzieżowe

 Fason jest prosty, lecz wszystkomający. Ładne kieszenie z przodu, kieszenie z tyłu i fikuśnie wymodelowany karczek. No i te tam wszystkie nogawki też są gdzie potrzeba, a w dodatku jest ich u dołu zapas, czyli wystarcza na porządne podwinięcie. To jest w zasadzie cecha, którą w spodnich u Igi cenię najbardziej... prócz okrywania pośladków w całości.

spodnie

 Zaraz za tymi pierwszymi spodniami poszły drugie, z dość cienkiego, czerwonego dżinsu. Skroiłam je już kompletnie na pałę, bez żadnych swoich, pożal się boże, ulepszeń i wyszły co najmniej tak samo kapitalnie, jak poprzednie. 

dżinsy młodzieżowe

Wybrałam grubą nić do dżinsu, żeby Wam pokazać te wszystkie zapierające dech w piersiach detale, a kieszenie i pasek ozdobiłam ćwiekami, żeby się popisać swoją pomysłowością. Musiałam sobie jakoś zrekompensować ten brak gmerania przy wykroju.

spodnie dżinsowe

Tu trochę widać oryginalnie wyprofilowany karczek oraz przestronne miejsce na pośladki. 

spodnie młodziezowe

A tu widać jak na dłoni moją pomysłowość w wykorzystaniu ćwieków. 

Strasznie chce mi się szyć. Strasznie. Tylko nie wiem, co mi się chce. Z pewnością nie są to upominki walentynkowe dla moich najbliższych, gdyż wyzwań mi się chce i przygód. Niestety wygląda na to, że teraz to te upominki, o których nie pisnę ani słowa więcej, stoją mi na drodze, poprzecznie. Szkoda, bo chcenie wciąż się we mnie wzmaga zwłaszcza, kiedy spoglądam na pokaźny stos nowych tkanin i kłęby różnobarwnych nici, których mam spory zapas. Na szczęście upominki zaprojektowałam sama, więc radości będzie co nie miara, a może się zdarzyć nawet jakiś mały dramacik.

PS Ja: Co kupiłeś koleżance w prezencie? ; Marcel: "Słoiki do paznokci i czarną miotłę." 

© BrummBLOGGing
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci